HAMU-PAPU DO KECZUPU
Tegoroczne Święto Dziękczynnienia mamy za sobą. Szybko
zaakceptowaliśmy to nowe dla nas święto a wraz z nim wyżerkę na 102 fajerki.
Wszyscy, łącznie ze mną, świętowali w rodzinnym czy przyjacielskim gronie;
znowu biedny indyk oddał dla nas życie. Dlatego zadaję sobie pytanie, czy
doprawdy ktoś w tym dniu poszedł spać głodny, jak uparcie twierdzą środki
masowego przekazu. Gdzie? U nas? W Kanadzie? W tym kraju przesadnej, prawie
chorobliwej nadopiekuńczości? Więc dlaczego jeszcze dzisiaj massmedia skarżą
się i skamlą, że w tym roku Bank Żywności otrzymał 10% mniej datków od
społeczeństwa, że świeci pustkami i, że nam, tym sytym, nasze sumienie
powinno nakazać te braki natychmiast uzupełnić.
Naiwność nie jest chorobą sensu stricto. Jest
rodzajem łagodnego szaleństwa. Złudzeniem, że wszyscy są tacy dobrzy i
uczciwi, jak my sami. Wiara, że zbawimy świat wkłada nam na nos różowe
okulary. Szczepionki na naiwność jeszcze nikt nie wymyslił. I ja także padłam
kiedyś jej ofiarą. Nie wstydzę się do tego przyznać. Wprost przeciwnie. Chcę
się tym doświadczeniem podzielić.
Przed przybyciem do Kanady nie znałam Święta
Dziękczynienia; w Anglii nie jest znane. Ale po względnie krótkiej
aklimatyzacji, pomyślałam sobie: no cóż! Jeśli taki zwyczaj tutaj panuje,
jeśli mnie Bozia dała, to w myśl naszej wiary, należy się dzielić. (To, że
mnie Bozia dała za wiele lat ciężkiej i sumiennej pracy – to już zupełnie
inna sprawa.) Odtąd trzy razy w roku, z kartką w ręku, obłędem w oczach i
rozwianym włosem, cwałowałam po sklepach, metodycznie skupując pożywne
wiktuały, przeznaczone dla Banku Żywności.
Jednakże po pewnym czasie, na kilka lat wycofałam mój
udział w kampanii żywnościowej. Bo się okrutnie wkurzyłam. Gorąco prosiłam
Pana Boga ażeby mi wybaczył i nie pokarał za to. A z drugiej strony chcę
wierzyć, że to właśnie palec boży spowodował,
że spadła mi łuska z oczu i pozwoliła jasno spojrzeć na świat. Może
Pan Bóg właśnie tego chciał?! Żebym przestała wspierać rzekome
"kulawe
kaczątka", które, w rzeczywistości, biegają lepiej i dużo
szybciej ode mnie.
A co się stało, że mi się tak radykalnie światopogląd
odmienił? W zasadzie wiele czynników odegrało rolę metaforycznych gwoździ
do trumny Banku Żywności. Ale przy mojej naiwności, dopiero trzy ostatnie
przybiły jej wieko na dobrych lat kilka. Prawda jest taka, że każdy z tych
gwoździ wystawiał swą główkę już od dłuższego czasu, tylko ja jakoś
nie kojarzyłam i dlatego nie odrazu chwyciłam za młotek.
Pierwszy gwóźdź – kiedy prasa odkryła pokątny
handel uprawiany przez banki żywności. Wyszło bowiem na jaw, że wiele
znanych gigantów przemysłu spożywczego, z dobrej woli (a może też i celem
opróżnienia swych magazynów) systematycznie przekazywało swe nadwyżki tym
instytucjom. I co? Czy rozdano je biednym? Ale gdzież tam! Bezwstydnie
odsprzedawano je za wielkie pieniądze (gotówką oczywiście) właścicielom małych
sklepików, stoisk na bazarach, etc. Kto zainkasował gotówkę? Tego nikt nie
wie. Rozpłynęła się jak senne marzenie, jak poranna mgła. Po czym sprawie
ukręcono główkę. Zaprzestano dochodzeń i na tym skandal się skończył.
Dlaczego, kto i jakim prawem - zawyła moja biedna, praworządna dusza?
Drugi gwóźdź – kiedy przez czysty przypadek, nadziałam
się na Foodpath Food Bank
("foodpath” = ścieżka żywności) w Mississauga. Znane
tutaj miejsce, gdzie wydają darmową żywność biednym. Biednym? Biednym?
Jakim biednym? Zaparkowałam i przez godzinę obserwowałam przepływ tych
"biedusiów" korzystających
z usług tej instytucji. I stwierdziłam, że to co widzę, są to raczej głodne
kawałki a nie głodni ludzie. Kiedy odnotowałam jakie luksusowe wozy tam podjeżdżają,
kiedy zobaczyłam jak prężnie wyskakują z nich młodzi ludzie, odziani jeśli
nie w szałowe skóry, to w dżinsy z najdroższych domów mody (po kilka setek
sztuka): Calvin Klein, GAP, Polo, Versace (Levisów i Wranglerów, po zaledwie pół setki sztuka, już
się nie nosi. Takie „barachło” noszą rzeczywiście biedni) - krew
mnie zalała. Uparcie nasuwało się pytanie: jeśli facet jeździ jeepem czy
innym SUV’em ostatniej generacji (wszystkie po kilkadziesiąt tysięcy) to
jaki z niego bidołacha? Owszem, było kilka kobiet z dziećmi, ale też w
eleganckich samochodach. I tylko jedna starsza pani, na piechotę, popychała
przed sobą metalowy wózek. Wtedy nagle do mnie doszło. Olśniło. Oni wcale
nie są biedni. Oni biorą - bo im dają! Trzeba frajera, ażeby nie brał. Czy
ktoś ich sprawdza czy rzeczywiście są nędzarzami. Nowocześni Les
Miserables tyle, że bez
muzyki? Czy oni aby czasem
nie pracują i nieźle zarabiają? Czy ci ludzie nie powinni w jakiś sposób
wykazać się, że ta pomoc jest im konieczna do przeżycia?
Okazuje się, że sprawdzać tutaj nie wolno. Bo im to uwłacza. Pozbawia
godności. Ale żyć naszym kosztem - to nie uwłacza?! Luuuudzie! Na jakim świecie
my żyjemy?! (A propos, o tym dowiedziałam się od znajomej pani, Polki, która
nie chwali się, ale wręcz chełpi, że od lat nie kupiła żadnej puszki z
jarzynami, płatków owsianych, makaronu czy ryżu w normalnym sklepie. Ale nie
miała czasu dłużej ze mną rozmawiać. Leciała do biura podróży, załatwić
sobie i mężowi urlop na Kubie.)
Na pewno są pośród nas przypadki wymagające finansowej
i żywnościowej interwencji. Na pewno wyjątek stanowią ludzie upośledzeni
umysłowo, którzy pracować nie mogą. Na pewno ludzie bezdomni zmuszeni są
korzystać z banku żywności. Starzy ludzie, którzy nie zdążyli wypracować
sobie rządowej emerytury, nie wiążą końca z końcem. Samotne matki z większą
ilością dzieci, których tatusie poszli w siną dal, nie zawsze sobie radzą.
Bezrobotni i chorzy korzystają z innych zasiłków, nie wiem czy trzeba ich
dokarmiać. Pewnie sprawa indywidualna. Ale to panoptikum, które moje zdziwione
oczy oglądały przez jedną tylko godzinę, zadało kłam całej tej
dobroczynnej imprezie. Zrozumiałam, że te młode, zdrowe byczki tak długo będą
nabierać system, dopóki stare dobrogłupki jak ja, nie opamiętamy się, nie
palniemy pięścią w stół i nie wrzaśniemy gromko: basta! Sprzedajcie jeepa
- kupcie rower. I co wy tutaj robicie w ciągu dnia? A jazda do roboty! Mało płacą?
Trudno. Nie odrazu Rzym zbudowano! Ja także w młodości kokosów nie zbijałam.
Ale, że z pracy SĄ kołacze – to gwarantuję! Konsultuję własne sumienie i
zadaję sobie pytanie: gdzie jest napisane, że ludzie starzy ale niezależni
finansowo, mają mieć moralny obowiązek utrzymywać w słodkim nieróbstwie
przekarmioną (acz elegancką) zgraję
darmozjadów?
Mnie się w ogóle wydaje, że korzystanie z banków żywności
powinno być krótkie i tymczasowe. Te banki powinny służyć tylko chwilową
pomocą, być szczudłem dla kogoś, kto nagle okulał. Ktoś stracił pracę.
Ktoś zachorował. Coś się nagle rypło. Proszę bardzo. Wtedy trzeba pomagać.
Ale tylko do czasu. A tymczasem znam rodziny, w których już kilka generacji żeruje
na ludziach wielkiego serca. Nie pracują, bo im się to finansowo nie opłaca.
Trzecim gwoździem do trumny (i ostatnim), była sprawa państwa
Pennell. Wyczytałam o tym w prasie. Otóż w Mississauga mieszka para dobrych
Samarytanów, państwo Sharon i Calvin Pennell. Państwo Pennell przed pójściem
do pracy, skoro świt, objeżdżają lokalne piekarnie i sklepy żywnościowe i
wypraszają od nich chleb, który pozostał im ze sprzedaży. Najczęściej
dostają krajany, biały chleb, opakowany w plastyk, jako, że ten rodzaj nie ma
długiego „życia na półce”. Dwa razy w tygodniu dostarczali ten chleb właśnie
to tego Foodpath Food Bank w Mississauga (przed którym ja "urzędowałam"
przez tą jedną, ale jakże oświecającą, godzinę). Państwo Pennell
swoją pracę charytatywną traktują bardzo poważnie. W świątek - piątek, w
zimę - lato, w zdrowiu – katarze, oni zbierają ten chleb nieprzerwanie od ośmiu
lat. Są to młodzi ludzie, którzy przez swój dobry uczynek chcą ulżyć
innym, w gorszym od ich własnego, położeniu. I wszystko było dobrze aż do
maja. Któregoś dnia dostali tyle chleba, że aby móc go dostarczyć, musieli
upchnąć w vanie na siłę, jak sie tylko dało. Po dowiezieniu chleba na
miejsce. okazało się, że niektóre opakowania są lekko przygniecione.
Kierowniczka "Foodpath", pani
Anne Hunter, powiedziała, ażeby tego nawet nie wyładowywali, gdyż ona takich
bubli nie akceptuje. I co oni sobie właściwie myślą o jej instytucji, że
takie coś jej podrzucają. (Czyżby ta pani nie wiedziała, że ta „biała
wata” już za godzinę odzyska swój oryginalny kształt?) I powiedziała im
jeszcze, że ona nie będzie więcej od nich chleba przyjmowała, że ich nie
potrzebuje.
Zrozumiale, państwo Pennell doznali straszliwego szoku.
Pani Sharon mówi, że najbardziej ją zabolało, że nikt chyba nigdy dotąd
nie docenił ich wysiłku. Pal sześć, że musieli kupić większy van. Nie ważne,
ile oni płacą za coraz droższe paliwo i amortyzację wozu. Że wstają wraz
ze słońcem. Że jeżdżą, pakują, rozwożą. Toż to ciężka praca! Ona nie
może zrozumieć arogancji kierowniczki. Jak śmie publiczny bank żywności być
tak wybredny? Bank żywności powinien pokornie przyjmować co ludzie dają a
nie stawiać wymagania. Nawet jeśli parę bochenków było zgniecionych, czy
nie nadają się do konsumpcji? Czy głodny zważa na kształt kromki? Pani
Sharon uważa, że wymierzono im niezasłużony policzek i nie może zrozumieć za
co.
Ale kiedy doszli nieco do siebie i ochłonęli,
postanowili, mimo wszystko, nie rezygnować ze swej dobroczynnej pracy. Z gorżkim
posmakiem w ustach i pełni nienajlepszych uczuć, pojechali do filii Foodpath w
Brampton. Zapytać czy czasem nie potrzebują tam chleba. Niepotrzebnie się
denerwowali. W Brampton przyjęto ich z otwartymi ramionami i odtąd, nie uskarżając
się na odległość (25km dalej w każdą stronę), co wtorek i czwartek
dostarczają chleb do Brampton. W reportażu o tym wydarzeniu, pod fotografią uśmiechniętej
rozkosznie pani Anne Hunter (tej z Mississauga) figuruje jej wypowiedź: klienci
banku żywności mają prawo do dobrego jedzenia, a nie tylko takiego "garbage",
którego inni nie chcą. Tej pani
od nadmiaru własnej ważności chyba szajba odbiła. O czym ona mówi? Prawo?
Jakie prawo? Prawo do czego? W Anglii, jak by nie było kolebce świadczeń społecznych,
nadal szanuje się aksjomat: "beggars can't be choosers". (W tłumaczeniu:
żebracy nie mają wyboru). Bo taka jest prawda. Ktoś kto żebrze, skazany jest
na dobrą wolę swego dobroczyńcy. Obojętnie czy będzie to jałmużna w formie
pieniężnej, używanej odzieży czy banku żywności. Jeśli komuś
przyjmowanie jałmużny ubliża, nie powinien z niej korzystac. Proste. Przy
odrobinie wysiłku zawsze może:
1. kraść i w
razie wpadki ponieść konsekwencję
2. dumnie, z podniesioną głową,
zdychać z głodu
3. pójść do pracy i zarobić
na siebie (mile widziane)
4. opłakiwać zanik
szlachetności naiwnych
Dziennikarz, który ten incydent opisał, nie poprzestał
na reportażu. Zwrócił się do Foodpath Director of Operations, p. Margaret
Moore o wytłumaczenie zaistniałej sytuacji. Odpowiedź, jaką otrzymał, obraża
inteligencję nawet jamochłona. Albowiem dowiedział się, że: "jeśli chleb jest zgnieciony, nie można go przekazać
klientowi (jaki klient? Co za klient? Klient to jest osoba, która płaci!-
przyp.mój), bo to klienta obraża.
Nasi klienci pomimo biedy, mają prawo do godności. Jeśli klient zrobi dziecku
sandwicze do szkoły ze zgniecionego chleba, inne dzieci będą się z niego śmiały
i dziecko dostanie kompleksu na życie. Wobec tego taki zgnieciony chleb my
musimy albo wyrzucać do pojemnika, albo odstawiać do kompostowania. W obu
wypadkach my płacimy za usunięcie go z naszych magazynów, a nas nie stać na
takie koszty".
Bardzo żałuję, że ten reporter nie miał na tyle
przytomności umysłu ażeby powiedzieć tej paniusi, że każdy jeden świniarz
i co drugi farmer, z pocałowaniem ręki będzie przyjeżdżał po ten chleb i
jeszcze nieźle zań zapłaci. Albo może jakaś dobra dusza podarowałaby im
przemysłowy młynek i mogliby przetwarzać frajerski chleb na nieźle płatną
tartą bułkę. Wyjść jest cała gama. Tylko znalezienie ich wymaga
odrobiny pomyślunku. I tyle samo dobrej woli. Ale za to tym hrabiniom
nie płacą.
Ciekawa jestem kto naprawdę korzysta
z zawartości moich brązowych worków. Nie uciekinierzy, czyli „refugees”,
gdyż (w/g The Toronto Star) każdego z nich nasz hojny rząd obdarza miesięcznie
sumą $1.890 i mogą starać się jeszcze o $580 ekstra, w formie pomocy społecznej.
Chyba jednak robią nas w konia. Może,
kiedy więcej ludzi to pojmie, upadnie ta misternie zbudowana piramida
chorobliwych ambicji. Może wtedy, jak w innych, rozsądnych i zaawansowanych
krajach, sprawę przejmie rząd. Tak jak w USA, gdzie udowodnionym ubogim
przydzielane są miesięcznie kupony żywnościowe (food stamps), do
zrealizowania w każdym sklepie spożywczym. Chleb będzie z półki, ani
odrobinę nie zgnieciony i niczyja godność nie zostanie wystawiona na szwank.
Ale jak długo każdy Tom, Dick i Harry, bez żadnego dowodu, że jest w
potrzebie (kiedy gażę przepije czy wyda na „panienki” lub narkotyki), może
wpadać po frajerskie hamu-papu i wynosić je całymi skrzynkami - tak długo
nic się nie zmieni.
Napisałam, że naiwność nie jest chorobą. Bo nie jest.
Zresztą, nawet gdyby była, jestem z niej wyleczona. Ale teraz choruję na
sumienie. Także logika coś mi szwankuje. Boże Narodzenie za pasem. No i
pewnie znowu pójdę z torbami. Dosłownie!