ZIMOWE ŻNIWA
I znowu Boże Narodzenie za pasem. I początek corocznej kołomyjki. Jeśli ktoś nie był na tyle przezorny, ażeby już w lecie, czy też wczesną jesienią, poczynić zakupy, wbrew przestrogom medyków o nadciągającej epidemii grypy i unikaniu miejsc publicznych, już za chwilę wprowadzi w życie rokroczny rytuał: maraton po sklepach. Niepomny, że właśnie tam najłatwiej jest paść ofiarą zimowych żniw.
Żniwa? Jakie żniwa W zimie? Tak jest! Żniwa dla złodziei i wszelkiej maści kanciarzy. Za pola, łąki i sady ”robią” im mall'e, sklepy, bankomaty. Plonem zaś jest zawartość portfeli, torebek i niezliczonych paczek ich ofiar. Oszuści, z każdym rokiem robią się coraz bardziej śmiali i zuchwali. Coraz bardziej cwani i pomysłowi. Co wcale nie oznacza, że rezygnują ze starych, wypróbowanych kruczków.
Myślę, że jest to najbardziej odpowiedni moment, ażeby napisać o dwóch kantach, szeroko stosowanych w ubiegłym roku. Pierwszy pojawił się zrazu jako internetowy mit (urban legend). I może pozostałby mitem, gdyby nie to, że jakiś cwaniak wprowadził go w czyn. Natychmiast znaleźli się naśladowcy i…poleciało. Drugi jest stary. Nie tak stary jak świat, ale jak karty kredytowe. Czyli 55 lat.
Na temat pierwszego kantu, dostałam kilka e‑maili i telefonów. Różnią się tylko adresem parkingu, opisem samochodów (wszystkie skradzione) i samych oszustów. Pani Bożena Ł. z Toronto opisała mi to dokładnie: kiedy na Yorkdale Plaza, obładowana paczkami, usiłowałam otworzyć bagażnik mojej Hondy, z pobliskiego BMW wysiadł elegancki pan, ofiarując pomoc. Był sympatyczny, rozmowny. Nadmienił, że podoba mu się zapach moich perfum. Stwierdził, że mam dobry gust i dodał, że on się na tym zna. Reprezentuje światowej sławy francuską firmę perfumeryjną i, że właśnie robi dostawę perfum do Bay'a. Jeśli chcę, może mi tanio odstąpić ”tester" (próbny flakonik – przyp.mój), który jest zawsze lepszej jakości, lecz nie do sprzedaży. Kiedy wymienił cenę dziecinnie niską, dałam się nabrać i zgodziłam na zakup dwóch. Zapytał czy chcę powąchać, co kupuję. Oczywiście – odrzekłam. Na co on poradził abym wsiadła do samochodu i poczekała chwilę. On przyniesie kilka butelek do wyboru. Po chwili wsiadł do mojego wozu (powiedział, że nie chce ażeby ktoś ze sklepu zobaczył, że on handluje na własną rękę) podał mi pierwszą butelkę.
Drugiej już nie degustowałam, bo nic nie pamiętam. Kiedy przyszłam do siebie, nie było człowieka, nie było testerów, nie było mojej torebki, nie było zakupów w bagażniku. Na gumowych nogach weszłam do pierwszego z brzegu sklepu. Wezwana policja, powiedziała, że w butelce był przypuszczalnie eter lub inny środek odurzający (chloroform wykluczyli). W torebce miałam sporo pieniędzy, karty kredytowe i wszystkie dokumenty. To zajmie miesiące, zanim zdobędę duplikaty. Nie takiego prezentu świątecznego się spodziewałam. Pani Nino! Proszę, niech Pani o tym napisze i ostrzeże czytelników.
Ostrzegam! Faktycznie te ”perfumy” zdają się być dyżurnym kantem. Inne panie też nagabywano. Koleżanka p. Elżbiety K. z Brampton nie dała się podejść na ”Square One”. Po prostu odmówiła. A ją samą zaczepili dwaj faceci na Forest Drive. Inną panią, na Governor’s Square, naciągały dwie kobiety. Donosy sypały się jak konfetti. Ze wszystkich stron. Moja rada: NIE WĄCHAJCIE! UCIEKAJCIE! A jeśli macie komórkę w torebce – NADAWAJCIE (policji)!
Ofiarą drugiego kantu padł p.Michał P. z Etobicoke. Jemu też zawdzięczamy dokładne szczegóły: Pani Nino! Chcę się z Panią podzielić moim przeżyciem. Jeśli jest to możliwe, może by Pani zechciała to opublikować, aby zaoszczędzić innym zgryzotę i straty finansowe. W ubiegłym roku, przed Świętami robiliśmy z żoną zakupy na Sherway Gardens. Po całym dniu zakupów, żona poczuła się zmęczona i poszła do samochodu. Ja musiałem jeszcze chwilę poczekać, aż wygrawerują inicjały na adwokatce, którą właśnie zakupiliśmy.
Kiedy dojechaliśmy do domu, na automatycznej sekretarce zastaliśmy wiadomość, że pan Jonathan Smithson znalazł mój portfel, że po adresie odnalazł mój numer telefonu i, że chce mi powiedzieć ażebym niczym się nie martwił, że zadzwoni później. Złapałem się za kieszeń. Portfela nie było. Przeraziłem się, gdyż noszę w nim wszystkie dokumenty. Nie wspominając już o gotówce i kartach kredytowych. Postanowiłem czekać do wieczora, zanim zawiadomię policję. Zadzwonił tuż po 21-szej. Miły, kulturalny głos przeprosił, że dopiero teraz dzwoni, że miał najszczersze chęci dostarczyć mi zgubę kilka godzin temu, ale mu nie wyszło. Teraz leci na nocną zmianę w szpitalu, aż w Scarborough. Dzisiaj, niestety, nie zdąży. Ofiarowałem się, że podjadę do jego pracy, ale on tylko zapytał: po co? Przecież rano mi dowiezie. Na drugi dzień, około 9‑tej rano, zadzwonił. Przeprosił za następną zwłokę, bo musi zawieźć dziecko do dentysty. Ale, popołudniu odwiezie mi portfel na pewno. Zapytałem czy są w nim karty kredytowe a on natychmiast wyliczył mi zawartość portfela. Zgadzało się, co do joty. Dopiero późnym wieczorem, około 21.30, przed dom podjechało auto. Siedziało w nim kilka osób. Ale wyleciało tylko dziecko, może 7‑8 letnie, nawet nie wiem, jakiej płci, bo zakutane było w szale aż po uszy. Wyszedłem na podjazd. Dziecko wręczyło mi portfel, pomachało rączką i pobiegło z powrotem do samochodu, który ruszył z kopyta. Chciałem im podziękować, chciałem dać, co najmniej 10% znaleźnego, ale ich już nie było.
Co za ulga! Z portfela nie ubyło nic! Dziękowałem Bogu, że są jeszcze na świecie tacy uczciwi ludzie! Szok przyszedł dopiero po kilku tygodniach. Kiedy zaczęliśmy otrzymywać ”statementy” (miesięczne zestawienie – przyp.mój) ze sklepów The Bay, Zellers, Canadian Tire, Sears, etc. Także kart kredytowych Visa, Mastercard i American Express. Wszystkie wyczerpane do limitu. Nie skorzystali tylko z karty bankowej (ATM), bo nigdzie nie znaleźli mojego numeru PIN.
W sumie straciliśmy ponad $12.000.00 i nie było od tego, niestety, żadnego odwołania. A dlaczego nie było? Bo uwierzyliśmy temu człowiekowi. I NIE ZAMELDOWALIŚMY NATYCHMIAST BRAKU PORTFELA na policji!
Jak nam po tym policja wyjaśniła, jest to stary i wypróbowany trick. Policja przypuszcza, że ktoś z szajki poszedł za żoną. Kiedy zobaczył, że wsiadła do samochodu i zapięła pas (znak, że wnet odjedziemy), był to dla nich sygnał do rozpoczęcia akcji. Musieli świsnąć mi portfel tuż przed samym wyjściem z mall'u, tak, ażebym nie zauważył jego braku przed powrotem do domu. Inaczej, wiadomo, że z miejsca udałbym się na policję i oczywiście natychmiast zacząłbym zawiadamiać wszystkie finansowe instytucje o kradzieży. Wszystkie konta zostałyby zablokowane i mimo, że mieli w ręku faksymile mojego podpisu, nie tylko by nic nie kupili, ale mogli jeszcze wpaść. A tak, obiecując mi zwrot i wodząc za nos, zagwarantowali sobie półtora dnia na ”świąteczne” zakupy. Przez to, że nie zameldowałem straty portfela na policji, sam sobie zamknąłem drogę do rekursu. Na policji zostałem pouczony, że o każdej zgubie czy kradzieży należy NATYCHMIAST im zameldować. Nie potrafiłem opisać samochodu ani podać numerów rejestracyjnych. Było ciemno, nie widziałem żadnej twarzy. Wszystko, co mogłem powiedzieć, to to, że głos w telefonie był kulturalny, bez żadnego obcego akcentu i, przypuszczalnie należał do człowieka w średnim wieku. Policja sądzi, że to był lider. On chodzi za kupującym, często nawet w sklepie obok niego stoi. Zagląda do portfela. Interesuje się rodzajem i ceną zakupu. Po wytypowaniu ”jelenia”, nadaje go swojej bandzie. Ta stwarza sztuczne zamieszanie, podczas którego ”etatowy” kieszonkowiec dokonuje kradzieży. Szybko, z publicznego telefonu, z pomocą operatora, (jeśli w portfelu nie ma wizytówki), odnajdują numer telefonu, po czym reszta odbywa się jak powyżej. W wypadku, gdy numer telefonu jest zastrzeżony, wtedy tylko przez pierwsze pół godziny wykupują, co się da, zabierają gotówkę, a portfel wyrzucają na śmietnik. Policjant, który prowadził moją sprawę, powiedział mi, że nie ma dnia (szczególnie przed każdymi świętami) ażeby kilka ofiar tego procederu nie zgłosiło się do nich z identyczną historią.
Piszę do Pani, ażeby Pani uprzedziła o tym swoich czytelników. Nikomu nie wolno wierzyć. Bez względu na okoliczności, KONIECZNIE zaraz meldować straty na policji. Po to, aby protokół znalazł się w ich rejestrze z dokładną datą i godziną. Sprawdzenie tego jest punktem wyjściowym każdej firmy ubezpieczeniowej ….
Każda kradzież jest traumatycznym przeżyciem. Wszystkim ofiarom tego podłego (lecz nagminnego) procederu - bardzo współczuję. Ludzie nie zdają sobie sprawy z komplikacji związanych z doprowadzeniem życia do jakiejkolwiek normalki po takim wstrząsie. Jestem wszystkim niezmiernie zobowiązana za przekazanie tych bulwersujących historii, gwoli przestrogi innym. Jestem pewna, że nie jeden czytelnik przekonał się już na własnej skórze, że nawet przy ubezpieczeniu po uszy, żadna firma asekuracyjna nie wypłaci złamanego centa, jeśli roszczone pretensje (claims) nie są poparte meldunkiem na policji. Proszę sprawdzić swoje polisy. Wszystkie zawierają ograniczenia (indemnity clauses), co znaczy, że oni ”umywają ręce”, jeśli nie znajdą potwierdzenia z policji o zameldowanej szkodzie. No i faktem jest też, że bardzo mało osób (może poza biznesmanami), ubezpiecza się na okoliczność strat z powodu oszustwa czy malwersacji (fraud).
Aliści karty kredytowe, bankowe, karty SIN i OHIP, prawo jazdy i nawet paszport, można ubezpieczyć za śmiesznie niską cenę. Pisałam już o tym. (Dla tych, którzy nie czytali: takich firm ubezpieczeniowych jest wiele. Ja korzystam z wypróbowanej, amerykańskiej firmy, która nie przez przypadek nazywa się SENTINEL (strażnik, wartownik). Firma ma w Kanadzie siedzibę w Quebec’u, ale dla wygody, roczne opłaty można dokonywać w Bay’u). Mam od nich wisiorek z moim numerem rejestracyjnym. W razie gdyby mi ukradli czy wyrwali torebkę, musiałabym tylko dopaść najbliższego telefonu. Zadzwonić "collect" (na koszt rozmówcy), podać mój numer ewidencyjny i od tej chwili, co do minuty i sekundy, nie być za nic więcej odpowiedzialna. Bardzo uspokajająca byłaby też świadomość, że w ciągu kilku minut wszystkie moje dokumenty będą przez nich automatycznie unieważnione! Bank zablokuje moje konto i unieważni książeczkę czekową. Tylko firmę telefoniczną (w przypadku komórki) trzeba samemu zawiadomić. Albowiem kradzież komórki łączy się z rezygnacją z dotychczasowego numeru i koniecznością otrzymania nowego.
Do metalowego wisiorka z numerem ewidencyjnym przyczepiłam kluczyk do samochodu. Kluczyka od auta NIGDY nie trzymam w torebce. Jego miejsce jest w kieszeni płaszcza, spodni, bluzki czy spódnicy. Zawsze mam go przy sobie. W lecie, jeśli noszę zwiewną sukienkę bez kieszeni, kluczyk, z tym niezwykle ważnym breloczkiem, wkładam do stanika. Co tam zniekształcony cyc! Samochód jest ważniejszy od mojego wyglądu. Mając do niego klucz, będę w domu w krótkim czasie (zapasowy klucz do domu, ukryłam w bezpiecznym miejscu na zewnątrz). Z miejsca zdołam zawiadomić policję i wezwać ślusarza ażeby wymienił zamki.
Wszystkim nieubezpieczonym, czytającym te słowa, radzę chyżo udać się do najbliższego sklepu, gdzie znajduje się publiczna kopiarka. Ułożyć karty kredytowe, prawo jazdy, SIN, OHIP, paszport, etc. frontem do spodu i zrobić, co najmniej, trzy odbitki. Jedną trzymać w domu (w sobie znanym miejscu), drugą przekazać zaufanej osobie (w razie gdyby ktoś inny musiał je unieważniać. Na przykład z powodu kradzieży w innym mieście a nawet w innym kraju). Trzecia kopia byłaby dla policji, jak znalazł. Wielki kłopot z głowy, kiedy ziemia pali się pod nogami.
Mam nadzieję, że ten felieton spełnił swoją zamierzoną rolę. Albowiem: PRZESTRZEŻENI ‑ JESTEŚMY UZBROJENI!