KONIEC Z MITEM O "ZŁOTYM WIEKU"
Znajomość
z panem Robertem zaczęła się dość niewinnie, na przyjęciu
u wspólnych znajomych. Ale już na drugi dzień zadzwonił do mnie
w charakterze jeszcze jednego z licznych "potrzebowskich". Z dosyć
skomplikowaną sprawą zresztą. Nieopatrznie zaraz mu pomogłam.
Czym, nieświadomie, sama sobie ukręciłam stryczek wokół szyi. Albowiem pan
Robert, z angielska Bob, a "Bobuś - przez znajomych pieszczotliwie
zwany (mniej go lubiący zwą go Bobek; nie wiem czy im się to z
czymś kojarzy), zauroczony moją osobowością, jak to stale
podkreśla, z miejsca pasował mnie na swoją przyjaciółkę,
na "kolesiównę". Co gorsze, awansował mnie też na matkę-spowiedniczkę.
Ponieważ jego mamą fizycznie w żaden sposób być nie mogę,
na "girlfriendę" nijak się nie nadaję, więc
jestem czymś w rodzaju "trzeciej płci". Dobra do gadania, zanudzania, udzielania
zbawiennych porad i wypłakiwania się w "karman". Nawet w
sprawach intymnych. Z moimi poradami Bobuś wprawdzie nie zawsze się
zgadza, ale, okradając mnie bezczelnie z cennego czasu przez to jałowe
gaworzenie, zawsze zapełnia sobie własny. Albowiem Bobuś
ogromnie się nudzi.
Bobuś,
jak każdy zdeklasowany inteligent, nie potrafi znaleźć sobie
miejsca w nowym świecie. Odkąd się tutaj znalazł (jakieś
12 lat temu), jest ciągle niepocieszony ze swej pochopnej decyzji
osiedlenia się w Kanadzie. Bobuś twierdzi, że od tego czasu
zatracił całą joie de vivre (radość życia).
Także czuje się bardzo samotny i nie może zrozumieć
dlaczego tak się dzieje. Dlaczego, w przeciwieństwie do Polski, tutaj
żadna pani dotąd się na nim nie poznała? - pyta
rozgoryczony. Biedny Bobuś! Nie wie, nie rozumie, że to dlatego, że
one właśnie zaraz na nim się poznały! Bo dzisiejsze kobiety
nie są idiotkami. Nie lecą, jak dawniej, na parę spodni, jak
mucha na lep. One teraz same je noszą. Stąd z miejsca potrafią
takiego ancymonka rozszyfrować; wiedzą o co mu chodzi. I nie szukają
sobie guza na głowie.
Bobuś
powoli ale nieubłaganie dociąga do 60 -tki. Jest przystojny, to prawda.
Jest schludny i elegancki. Ba! - może nawet za przesadnie dba o swoją
powierzchowność. Wręcz chorobliwie przejmuje się swoim
zdrowiem. (Ot! Oksymoron drobny taki!) Połyka kilogramy witamin, uprawia
gimnastykę, wklepuje w szyję i buziuchnę więcej kremów, niż
pięć bab razem wziętych. I naprawdę wierzy, że zdoła
zatrzymać czas. Bobuś długo miał aspiracje zostać
etatowym kochankiem każdej jednej z moich młodych przyjaciółek i
nigdy nie przestał się dziwić, że "ryba nie
bierze". Taki drobny fakcik, że
one wszystkie są mężatkami, jemu nigdy nie wydawał się
być istotną przeszkodą.
Wobec
tego Bobuś próbował, acz niechętnie, zastartować do pań
w wieku zbliżonym do własnego. (Bobuś w kraju pozostawił
kilka eks-żon, o których, przy całej swej elokwencji, jakoś dziwnie
nie lubi mówić.) Uderzył więc Bonuś do tych babć z
Polski, które po wielu perypetiach i niesnaskach rodzinnych, realia tutejszego życia
obdarły z iluzji. Też są bardzo samotne. Ale nic z tego! Stale
spotyka się z rekuzą. Dlaczego? Głównie dlatego, że po
"rozwodzie z rodziną”, te panie są najczęściej
"finansowo zaambarasowane". Są jednak w pełni świadome, że taki Adonis z bożej
łaski, taki Narcyz dla ubogich, czynszu za nich nie zapłaci. A, że
same ledwo koniec z końcem wiążą, pieczeniarza do szczęścia
im nie potrzeba.
W końcu
w ramach akcji pod tytułem “Rozpaczliwy Krok”, Bobuś popróbował
jeszcze kilku podchodów do "starych" (tak wiekiem jak i stażem w
Kanadzie) bogatych "polonusek". I tutaj dopiero się naciął.
Czasy, kiedy te panie przepuszczały przez palce kochanków, dawno się
skończyły. Ze trzy dekady temu. Teraz przepuszczają spadek po
mężu i koraliki różańca. Kupić sobie, a tfu! – i jeszcze
utrzymywać absztyfikanta, ani im się śni, ani im to w głowie.
Może właśnie dlatego są ciągle bogate? Nie wiem. Bo
nawet jeśli na forsie siedzą, nawet jeśli z niej nie korzystają
(nagminnie zresztą), to przecież dzieciom ją zostawią, a
nie Bobusiowi-przybłędzie.
Dlatego
Bobuś powoli godzi się z faktem, że trzeba zrezygnować ze złotej
kariery lowelasa i marzy tylko o jednym: ażeby jak najszybciej zostać
"złotym" emerytem. Takie ma już dziwne hobby, taką idee
fixe. W każdej rozmowie śpiewa peany pochwalne na temat "Złotego
Wieku" i snuje plany, co to on nie będzie robił kiedy wreszcie
przestanie być magazynierem w fabryce i zasili szeregi seniorów. Jakie to
on będzie miał złote życie! Jak to będzie cudownie!
Jestem pewna, że Bobuś jest jedynym człowiekiem na całym,
bożym świecie, który marzy o tym ażeby być starszy. Czyżby
starość nobilitowała? Automatycznie powodowała respekt dla siwych włosów? Sugerowała
życiową mądrość? Ejże? Nie dzisiaj, proszę
Bobusia.
Długo
nie miałam serca budzić go z tego błogiego snu i sprowadzać
z nieba na ziemię jednym babskim, ale chyba logicznym, pytaniem:
"pardon, ale z czego ty, facet, będziesz żył? Jako, że
za 10 lat (pierwsze dwa był na "welfare" – zasiłku
socjalnym) i tych kilka następnych, nie za wiele rządowej emerytury zdążysz
sobie wyrobić. Dostaniesz jeszcze
jedną czwartą zasiłku ”dla wiekowych” i na tym koniec. Raz na
miesiąc będziesz miał 10% zniżki w niektórych sklepach. O
wa! Może, jeśli będziesz miał niebywały fart, to po
wielu latach czekania, dostaniesz subsydiowane mieszkanie. Ale co dalej? Bo ja
tą jego różową przyszłość widzę raczej w
czarnych kolorach. Przezornie nie pytam,
więc nie wiem jak on to sobie wszystko wyobraża. Może wierzy w
krasnoludki?
Bobuś
był przerażony epidemią SARS. On jeden, jedyny chodził w
masce i straszył znajomych. O tak, Bobuś w ogóle bardzo się
pilnuje, bardzo dba o swoje zdrówko. Na przykład Bobuś nie jada masła.
Widocznie wiele nie czyta i nie wie, że to już dawno odszczekano. Że
teraz margaryna to "ziazie". Czysta chemia – mówią naukowcy.
Bobuś nie pije kawy. Pewnie nie czytał też ostatnich doniesień,
że kawa jest znowu w łaskach, jako doskonały stymulant. Bobuś
twierdzi, że jest abstynentem (czyżby? Bo na przyjęciach u
znajomych "robi za gąbkę") lecz czyżby doprawdy nie wiedział, że czerwone
wino jest zbawienne dla trawienia i produkcji czrwonych krwinek? Chociaż
już się podniosły głosy, że białe jest lepsze, bo
pozbawione garbników. Golone - strzyżone. Zresztą, cholera wie. Bo ja
nie. Ale, że kieliszek koniaku jest od dawna zalecany przez kardiologów,
to wiem z całą pewnością. Czekolada dotąd też była
"be". Już nie jest. Teraz jest zdrowa - mówią. Kołowacizny
można dostać. Bobuś co chwilę dzwoni ażeby zapytać
czy te lub inne wiktuały są zdrowe. Czy ma je kupić czy nie. No
bo przecież ja wszystko wiem. O naiwny!
Boję
się czy wnet nie zacznę cierpieć na bezsenne noce. I zastanawiam
się czy piąty jeździec Apokalipsy będzie miał na imię
SARS, komar Zachodniego Nilu, choroba szalonych krów, kryzys ekonomiczny, czy
tylko Bobuś. Bo też jest plagą.
Dlaczego
z takim sarkazmem dzisiaj o nim piszę? Bo Bobuś właśnie
zadzwonił ażeby znowu o coś zapytać, a skończyło
się pyskówką. I może nareszcie będę miała go z głowy.
Bowiem kiedy po mojej, mam nadzieję rzeczowej odpowiedzi, Bobuś wsiadł znowu na swego
ukochanego konika "Złotym Wiekiem" zwanym i zaczął długo
nadawać (w samych superlatywach, oczywiście) swoją oklepaną
gadkę, kiedy znowu jął roztaczać różową wizję
podeszłego wieku - krew mnie w końcu zalała. "Złoty
Wiek" jest cacy, jeśli ktoś jest jeszcze zdrów jak rydz, jest
niezależny finansowo, sprawny, doskonale zna język angielski, z nikąd
i od nikogo żadnej nie potrzebuje pomocy. Tylko ile seniorów może się
tym pochwalić?
Szlus!
Dosyć tego. I zaskroniec ma swój koniec. Wzięłam głęboki
oddech i wreszcie mu wygarnęłam.
Powiedziałam: wie pan co? Oprócz tego znanego wszystkim wierszyka o
bólach, laseczce, tupeciku, sklerozie i zębach w szklance - starość
to doprawdy żadna radość. Nie wiem jak pana przekonać. Ha,
spróbuję po babsku. Na logikę. I niech się Pan ode mnie
uczy. Mnie starość nie straszna, bo:
· Nikt mnie nie porwie, bo wszyscy wiedzą, że zięć
okupu nie zapłaci
· Jak się na coś uskarżam, idę do lekarza.
Nie jestem hipochondryczką
Przestali mnie pouczać. Pewnie myślą, że i tak nic nie
kapuję
· Sukienka dzisiaj kupiona wyjdzie z mody zanim
zdążę ją znosić
· Mogę żyć bez seksu ale nie bez okularów
· Wreszcie nie muszę już dla nikogo wciągać
brzucha
· Moje kości są najlepszym meteorologiem świata
· Urządzam party na 102 fajerki a sąsiedzi nawet nie
słyszą
· Z ciekawością rozprawiam o operacjach. Znajomych
· Ludzie dzwonią o 9-tej i pytają czy mnie zbudzili
· Podśpiewuję sobie w windzie. Nikt się nie
dziwi
· Z utęsknieniem czekam
na lato. Chodząc bez stanika - znikną mi wszystkie zmarszczki z twarzy
No
to tyle o mnie. Ale co będzie z panem? Bo ja jestem kobietą. Stroną
pasywną. Ja z każdej sytuacji jakoś wybrnę, ze wszystkim
dam sobie radę. Ja niczego nie muszę udowadniać. Ale mężczyźni
nie są tak uprzywilejowani. Co będzie jeśli jakimś cudem
pan znajdzie wreszcie tę kobietę o której Pan tak stale marzy, i ona,
po wielu zachodach i ceregielach, w uniesieniu zaproponuje wreszcie: "no
to chodźmy na górę". A pan spojrzy na te schody i będzie
musiał z żalem skonstatować: "A cio to - to nie. Wybieraj,
kochanie. Albo schody albo….." Fajna perspektywa?
Przypomniał
mi się dowcip. Stary jak świat. Ale jakże aktualny. Więc mu
opowiedziałam, acz bez pewności czy "aluzju ponia".
Otóż w domu "Pogodnej Starości" trzech panów przechwala się
jacy to oni są jeszcze dziarscy, jacy z nich chojracy. I jak spędzają
chwile wolne od wegetacji. Pierwszy
mówi: "Dla mnie liczy się wyłącznie luksus. Limuzyna. Pięciogwiazdkowy
hotel. Penthouse suite. Widok na
bajecznie oświetlone miasto. Jedwabna pościel. Kolacja - uczta
Lukullusa. Kawior, szampan i równie szampańska noc." Na to mówi
drugi: "eee,.. ja jestem romantykiem. Mam liryczną duszę. Ja
wywożę moją bogdankę za miasto. Na zieloną trawkę.
Ptaszki nam świergolą, motylki latają nad głową, trawa
i kwiatki pachną urzekająco. No a jeszcze jak mam fart, że spoczęliśmy
akurat na mrowisku, no to…..sami rozumiecie! Żyć - nie umierać!"
A ten trzeci patrzy na nich rozbawiony i mówi: "a ja się kocham tylko
na schodach." Jak to na schodach? Dlaczego na schodach? - pytają
tamci zaskoczeni. "Bo ja, jak nie mogę - to krzyczę, że ktoś
idzie i uciekam. Ale za to z twarzą". Bobuś istotnie nie poniał.
Mówi, że to nie śmieszne. A bo ja wiem? Mnie śmieszy.
Zdrowie
nie sługa, proszę pana Bobusia - kontynuuję. Jedyne co w podeszłym
wieku bywa jeszcze złote - to uryna. Niestety, po prawie każdym
kichnięciu trzeba zmieniać gacie. Czy do tego tak panu się śpieszy?
Jeśli za kilka lat, widok pięknej kobiety spowoduje jeszcze pewne
podniecenie, pana pacemaker (rozrusznik
serca) może ewentualnie otworzyć drzwi do garażu, ale nic więcej
nie zdziała. I to ma być "złoty wiek"? A kiedy lekarz, a nie policja, nakaże
panu: "slow down", drogi Bobusiu! - to this is it! To
znaczy, że starość już nie puka do drzwi. Ona już weszła
bez pytania i zadomowiła się na dobre. "Złoty wiek" to
metafora. Dwa słowa na piśmie i nic więcej. Dożycie starości we względnym zdrowiu (bo od lekarzy i
medykamentów nie ma już ucieczki), w jako takiej niezależności,
w zgodzie z przyjaciółmi i rodziną, w spokoju ducha i uśmiechem
na twarzy - "TO" jest największe szczęście jakiego możemy
się spodziewać.
Ja
mam nadzieję, że do grobowej deski pozostanę "młoda".
Jakim cudem? Bo potrafię z siebie
samej ciągnąć łacha. Bo mam pogodne i wesołe
usposobienie. Ja ubóstwiam się śmiać. A to zezwala mi zapomnieć,
że tu mi strzyka a tam boli. Jestem też fatalistką. Wierzę,
że co ma być - to będzie. Płynięcie pod prąd uważam
za stratę czasu. No, ale ja jestem kobietą. A my kobiety mamy, jeśli
już nie sex-appeal - to przynajmniej wielki sense appeal.
Uwierzcie
mi! I pan też, panie Bobuś. Nie ma się do czego śpieszyć.
I bodaj by się wciekł, ten idiota,
który ukuł bzdurne hasło: "Złoty Wiek"!