Z PRACY WYLANIE - NA WŁASNE ŻĄDANIE

 

Dostałam list od pani, która pewne sprawy widzi chyba w krzywym zwierciadle. No, bo jak inaczej można wytłumaczyć list p. Wiesławy H. z Toronto:

Pani Nino! Czy moja córka może podać do sądu swojego byłego szefa o niesłuszne zwolnienie jej z pracy i zaskarżyć o stratę zarobków? Moja córka Barbara pracowała w biurze dużej i znanej, amerykańskiej firmy ubezpieczeniowej. Miała tam doskonałe warunki pracy (w tym także benefity) i sympatyczne stosunki zarówno z kierownictwem jak i ze współpracownikami. I wszystko było dobrze, aż do czasu, kiedy się zorientowała ze złośliwych i ironicznych uwag szefa, że on czyta jej prywatną pocztę elektroniczną w jej komputerze. Z jego kpin, jasne było, że jest na bieżąco zorientowany w jej sprawach sercowych.

Basia nawiązała na Internecie znajomość z pewnym panem w USA, ze stanu New Jersey i faktycznie regularnie z nim korespondowała. Z każdym listem coraz lepiej się rozumieli, znaleźli wspólne zainteresowania, stawali się sobie bliżsi. Toteż coraz częściej do siebie pisali. Basia (i ja także) do tej chwili wiążemy z tą znajomością duże nadzieje przeniesienia się na stałe do USA. Z tym, że ta znajomość teraz stała się dość kosztowna, bo Basia musi korzystać z Internet-Cafe. Nie może pisać do niego listów zwyczajnych, gdyż zna tylko jego adres internetowy. On mieszka na prowincji i ma sporadyczne problemy z dostarczaniem poczty do domu (poczta często ginie ze skrzynki pocztowej przy drodze). My nie mamy komputera w domu. Obie jesteśmy w tej chwili bez pracy. Ja jestem na zasiłku powypadkowym, córka pracę właśnie utraciła.

Tu muszę podkreślić, że ta wymiana listów odbywała się zawsze po godzinach pracy i w niczym nie kolidowała z jej obowiązkami. Basia zawsze pilnowała, ażeby prywatną korespondencję dokładnie z komputera wymazywać. Jak on to robił, że jednak ciągle ją czytał? Kiedy zwróciła szefowi uwagę, że nie życzy sobie ażeby on czytał jej prywatne listy a później głośno je komentował, odparł, że w jego biurze nie ma nic prywatnego. Dodał, że wszyscy pracownicy podpisali to samo zobowiązanie, że nie będą korzystać z żadnego sprzętu biurowego dla potrzeb prywatnych i, że on dla niej nie będzie robił wyjątku. Po czym zagroził, że jeśli ona natychmiast nie zaniecha tej korespondencji, dostanie wymówienie.

Jak wspomniałam, my komputera w domu nie mamy więc, zrozumiale, przestać nie mogła. Szef się do niej wyraźnie przyczepiał. I tylko ją jedną tak sekował, chociaż inni też pisywali prywatne listy w biurze. Wnet dostała jeszcze dwa upomnienia, po czym rzeczywiście otrzymała ”pink slip” i list, w którym szef pisze, że nie może tolerować niesubordynacji i nieuczciwości u swoich pracowników.

Pojechałyśmy do biura związku zawodowego pracowników biurowych, ale oni powiedzieli, że w tej sprawie nic pomóc nie mogą. Jeśli Pani chce, chętnie przyślę Pani kopię tego wymówienia. Szef dał jej miesiąc na znalezienie sobie innego stanowiska. Chociaż wiedział, że nie znalazła nic odpowiedniego, po wypłaceniu wprawdzie pełnej, należnej jej odprawy, zwolnił ją z pracy.

Ale ja uważam, że jeśli córka nigdy nie zaniedbywała się w pracy, zwolnienie jej za prywatne postępowanie w godzinach pozasłużbowych, było niesłuszne. Także, odprawa jest stanowczo za niska za szok, w jaki on ją wpędził. Ja twierdzę, że Basia powinna dochodzić jakiejś wysokiej, karnej sumy za bezpodstawne i złośliwe zwolnienie oraz za pisemne posądzenie jej o jakieś nielegalne czy bezprawne praktyki, gdyż jako powód zwolnienia podał ”unauthorized use of office equipment for personal purposes”. To są szykany. Pisanie listów po pracy nic nie kosztuje. Nawet papieru nie wymaga.

Ale Basia stanowczo odmawia. Ja chcę ją koniecznie przekonać, że ona opacznie rozumuje, że powinna go zaskarżyć, a choćby o to, że wpędził ją w kompleksy. No, bo tak przecież być nie może, ażeby tutaj było gorzej aniżeli w PRL. Gdzie człowieka śledzono, gdzie sprawdzano, gdzie bał się własnego cienia. Ale zanim pójdziemy do adwokata (a jest to kosztowna sprawa), czy Pani może napisać, jakie szanse, według Pani, córka ma na wygranie tej sprawy?

Absolutnie żadne, proszę Pani! Zdechł kanarek. Nie jeden, ale cała ptaszarnia. Szkoda czasu, nerwów, pieniędzy i zachodu. Pani uważa, że szef sekował córkę bez powodu, czy tak? Że o żadnej nieuczciwości nie ma mowy, czy tak? No to przypatrzmy się faktom, których Pani nie chce, czy też nie potrafi, zobaczyć. Nie wiem, co Panią kieruje, poza oczywistą chęcią zysku, ale jeśli Pani w ten sposób szuka ”sprawiedliwości”, to koń by się uśmiał.

Córka szefowi stawiała warunki?! Wypraszała sobie ażeby on czytał JEJ pocztę elektroniczną w JEJ komputerze? Jakim JEJ? Czyj to jest komputer? Kto go kupił? Kto zapłacił? Kto zakupił programy? Kto opłaca ryczałt za Internet? Kto płaci za prąd?

Przypuszczam, że co milsze listy córka z czułością drukowała sobie na wieczną pamiątkę. Stąd moje następne pytanie: kto płaci za papier, za ”toner” (atrament), za ponowne korzystanie z firmowego prądu? Za amortyzację całego sprzętu w ogóle? Basieńka czy firma? Przecież gdyby szef, po stwierdzeniu, że firmowy komputer używany jest także do prywatnej korespondencji miłosnej, nie zareagowałby na ten fakt z hukiem, całe biuro mogłoby się wnet zamienić w jedną, wielką internetową agencję matrymonialną.

Czy Pani wie, że ten córki przełożony to musi być jakiś bardzo porządny człowiek? Dając liczne ostrzeżenia, dał jej wiele szans na utrzymanie się w pracy. Nie skorzystała. Zwolnienie z pracy wymaga pisemnego podania przyczyny. Uważam, że on jeszcze w niezmiernie oględny sposób podał przyczynę jej zwolnienia. Widzi Pani, kradzież nie musi być fizyczna. To znaczy, ktoś wcale nie musi wynosić czegoś w ręce, teczce czy torebce. Kradzieże bywają różne. Nieusankcjonowane korzystanie ze sprzętu biurowego (wbrew obowiązującym przepisom) – w oczach prawa jest przestępstwem. Jeśli nasze czyny, bez pozwolenia drugiej strony, zmuszają ją do ponoszenia kosztów za nasze postępowanie – jest to jedna z form kradzieży.

Opowiem Pani historyjkę. Mam znajomą starszą panią, grubo po 80-tce. Pani Rysia mieszka sama. Ma syna i wnuki, ale oni mieszkają w Calgary, w Albercie. Jak na swój wiek i początki sklerozy, pani Rysia jest jeszcze ciągle bardzo zaradna. I nie ma zwyczaju czepiać się tramwaju. Dlatego kiedy do mnie zadzwoniła, że Bell ją oszukuje, przeraziłam się nie na żarty, czy to już aby nie początek końca. Demencja! Taka zawsze pozytywna pani, aż tu nagle takie bzdury. Pytam, o co chodzi. Ano, - mówi pani Rysia, dzwoni do syna co tydzień. Na weekend, bo wtedy jest taniej. Dzwoni zawsze tylko 10 minut, ale rachunki płaci coraz to wyższe, coraz bardziej słone. Naprzód o kilkanaście dolarów. Później kilkadziesiąt a teraz już ponad sto. Powiedziałam, że jest to chyba jakaś pomyłka, gdyż Bell ostatnio wydatnie obniżył swoje ceny. W tym także wieczornych i weekendowych rozmów. Że chyba faktycznie coś tu jest nie tak.

Pani Rysia nie mówi dobrze po angielsku. Poprosiła mnie ażebym w jej imieniu zakwestionowała jej ostatni rachunek u Bella. Wieczorem pojechałam do niej po ten rachunek. Porównanie ostatnich kilku rachunków z miejsca wyjaśniło sytuację. Zapytałam, do kogo ona w Polsce tak nagminnie wydzwania? O czym ja mówię? Jakiej Polsce? Ona nikogo w Polsce już nie ma. Nigdy do Polski nie dzwoni. A tymczasem na jej rachunkach, jak byk, powtarzają się te same dwa poznańskie numery. (Mam przyjaciół w Poznaniu, często do nich dzwonię, stąd znam kod kierunkowy.) Byłam na minutę od zrobienia Bell’owi karczemnej awantury, kiedy pani Rysia napomknęła półgłosem, bardziej do siebie, aniżeli do mnie: no, bo to chyba nie Mirek? Ale gdzie! Na pewno nie Mirek!

Pytam, co to za Mirek. Przecież stale narzeka na straszliwą samotność. Aż tu nagle jakiś Mirek?! I co się okazało? Do jej sąsiadów Polaków, dwa piętra wyżej, przyjechała z wizytą rodzina. Młode małżeństwo. W czasie, kiedy ich rodzina jest w pracy, młodzi zaczęli do niej zachodzić. Ona się zresztą bardzo z tego cieszy. Ach, ta samotność! Oni są bardzo uczynni. Czasem coś w kuchni pomogą, czasem po zakupy polecą. Mirek naprawił jej żelazko, zawiesił dwie półki. Teraz tak się zadomowili, że nawet telewizję do późna u niej oglądają. W ten sposób rodzinie nie zawadzają a jej to w niczym nie przeszkadza. Ona spać chodzi późno. Głównie dlatego, że często przed telewizorem zasypia.

Zapytałam czy ona wie, skąd ci młodzi ludzie pochodzą. Oczywiście, że wie. Cała rodzina jest z Poznania. Aha, od razu byłam w domu. To oni czekają aż starsza pani utnie sobie drzemkę przed telewizorem i nie odróżni odgłosów płynących z ekranu od rozmowy prowadzonej w drugim pokoju (p. Rysia ma w sypialni drugi aparat telefoniczny). Wtedy łączą się z Polską. Beztrosko, za darmo (z ich punktu widzenia), rozmawiają sobie z rodzicami czy przyjaciółmi na jej koszt, i pewnie tylko ubolewają, że muszą swoich rozmówców w nocy budzić.

Było mi bardzo łyso łamać serce tej starej kobiety, udowadniając jej niezbicie, iż rzekoma przyjaźń młodej pary, nie jest, niestety, aż tak całkiem bezinteresowna. Chciałam lecieć na górę z awanturą i żądać zwrotu pieniędzy. A jeśli trzeba, nawet policją zagrozić. Ale pani Rysia nie pozwoliła. Powiedziała, że już się stało, że rachunki zapłaciła i nie chce przed nimi oczami świecić, że tak łatwo dała się w konia zrobić. Może jej stanowisko powinno mi było zaimponować, kiedy z humorem oświadczyła, że nie tylko będzie się odtąd pilnowała ażeby nie zasnąć, od teraz raczej w majtki zrobi, aniżeli, chociaż na chwilę pokój opuści. Ale ja się z tym nie mogę zgodzić. Tak jak szef Pani córki, uważam, iż jest to niepedagogiczne i kosztowne podejście do sprawy. Honor – to wielka rzecz, tyle, że w dzisiejszych czasach, niestety, nie ma racji bytu.

Poradziłam jej ażeby w nocy wyjmowała aparat z sieci i chowała do szuflady. Sądzę, że nie za długo będzie musiała się tak wysilać. Myślę, że gdy sprytna parka przekona się, że skończyło się frajerskie u babci telefonowanie, po prostu przestanie do niej zachodzić. Wraz z niedostępnym aparatem, czar wizyt  - pryśnie.

Czy Pani widzi jakąś analogię? Ta parka tez niczego fizycznie nie wynosiła. A przecież kradła!! Czyżby pokutowały w nich nauki ich wczesnego dzieciństwa? Ja wiem, że w PRL kradzież miała nieco inne oblicze. Pamiętam moje niebotyczne zdziwienie, kiedy pierwszy raz usłyszałam takie tłumaczenie: ”wszystko jest państwowe a więc i moje. Zabieram tylko swoje”(?!) Z tego powodu, na ludzi, którzy wynosili w plecakach połowę fabryki, patrzono w podziwie, zamiast z pogardą. Ja tego wtedy nie rozumiałam, bo byłam ze ”zgniłego Zachodu”, gdzie każda kradzież jest tym, czym jest: kradzieżą. Dlaczego ta cwana parka nie nabijała rachunku swej rodzinie? Bo niepaństwowa? Jak wytłumaczyć taką nieuczciwość w stosunku do ufnej, bezbronnej, starej kobiety?

Natomiast szef córki nie był bezbronny. Miał prawo po swojej stronie i potężną broń w ręku: ów ”pink slip” - czyli wymówienie. I w końcu został zmuszony z niej skorzystać. Raz jeszcze powtarzam, że ten człowiek był wyjątkowo uczynny. Dawał córce szanse w formie kilkakrotnych ostrzeżeń. I co? I nic. Pani córka uznała, że serce nie sługa. Jest ważniejsze od pracy i napluć, co o tym sądzi boss. No to teraz już wie. I płaci za swój upór.

Proszę Pani! Jeśli ja będę potrzebowała skorzystać z wiertarki (nawet gdybym wiedziała gdzie ją sobie wkręcić) a nie posiadałabym takowej, musiałabym ją kupić. Lub wypożyczyć. W jednym i drugim przypadku nie byłoby to darmowe. Za korzystanie z czegoś, czego sami nie posiadamy, zawsze trzeba zapłacić! Czy to będzie wiertarka, panienka na rogu, DVD, czy ”narzeczony” na Internecie, za wszystko co nie nasze – trzeba płacić. Córka powinna była latać do Internet-Cafe od pierwszego ostrzeżenia, a nie ryzykować pracę przez uparte używanie firmowego sprzętu. Czy Pani wie, że w większości firm i instytucji, w czasie pracy, nie wolno nawet prowadzić prywatnych rozmów telefonicznych? Gdyż klient czy petent nie mógłby się dodzwonić (on wprawdzie przy tym idiotycznym voice mail i tak rzadko się dodzwania, ale to już inna sprawa). Od prywatnych rozmów jest komórka w czasie przerwy na posiłki.

Z czym Pani zamierza pójść do adwokata? Z żądaniem wyższej odprawy, tak? A za co? Gdybym ja była na miejscu tego szefa, natychmiast wystosowałabym kontr-pozew i wyliczyła, ile córka jest firmie winna. Córka ma rację, że nie chce niczego więcej dochodzić. Ten szef będzie jej jeszcze potrzebny przy wystawianiu referencji do następnego miejsca pracy. I tylko prosić Boga, ażeby dalej tak jej szedł na rękę jak dotąd i nigdy nie użył słowa ”dishonest”. ”Nieuczciwość - jest to taki ładny eufemizm na kradzież czy oszustwo. Ładniej brzmi, ale furt to samo znaczy. Czy Pani doprawdy nie rozumie, że ażeby nie stwarzać precedensu, on nie mógł dłużej tego tolerować? OK, to Pani córka zostawała po godzinach. Ale czy inni byliby tacy uczciwi? Skąd pewność czy ktoś inny pomiędzy wystawieniem faktury a wypisaniem zamówienia, nie poczułby nieodpartej chęci ”porozmawiać” sobie z kimś na Internecie? Szczególnie, że to ”nic nie kosztuje”.

A na koniec mam pytanie natury osobistej. Dlaczego do tego pana nie można pisać listów pocztowych? W odróżnieniu od e-maili. Ja tego tłumaczenia ze skrzynką na listy ani na chwilę ”nie kupuję”. Czy nie przeszło Pani przez myśl, że ten facet jest może tak trochę żonaty i jego żona i dziatki okrutnie by nie ”lubiły”, (bo to chłopom strasznie w głowie przewraca), gdyby on otrzymywał listy od jakiejś zakochanej dziewczyny w Kanadzie? Jak Wy, moje drogie panie, możecie robić jakieś życiowe plany, związane z człowiekiem - enigmą? Człowiekiem, którego nie znacie? Co o nim wiecie? Kim on w ogóle jest? Gdzie dowód, że naprawdę nazywa się Jerry, skoro córka nawet nie zna jego nazwiska, miejsca pracy, miejsca zamieszkania? Nie zna numeru  telefonu do pracy, do domu, komórki choćby. Basia myśli, że on mieszka w Hoboken, bo on tak jej napisał. Czyli, cała znajomość z tym panem sprowadza się tylko do jego adresu internetowego. Który dzisiaj jest, ale jutro może już nie być.

Panie nie macie komputera i może naprawdę nie wiecie, co się wyprawia na  Internecie. Czy Pani wie jak niebezpieczna w skutkach może być korespondencja na Internecie z nieznanym sobie osobnikiem? Mniejsza o to, że on może być stary, łysy i cierpieć na hemoroidy a córce przedstawia się jako młody bóg - kulturysta. Albo, jest nastoletnim smarkaczem, wychowanym na Playboy’u, sex-portalach i zna żargon podrywaczy. To może być nawet jakaś złośliwa baba, która sobie z Pani córki śmichy-chichy robi. Bo ją też ktoś w ten sam sposób przedtem wykołował. (Znam konkretny przypadek. Jednej z moich czytelniczek). To może być nawet psychopata. Albo ”seksmaniak”, piszący bezeceństwa, bo go to podnieca. Albo oszust matrymonialny. Lub bandyta szukający namiarów na zamożny dom. Najczęściej jest to zwykły łgarz. Anonimowy Lothario dla ubogich. Facet, który w tym samym czatrumie, tylko pod inną ksywą, koresponduje z kilkoma kobietami naraz. Wszelkie internetowe kontakty są rosyjską ruletką.

Niech Pani zapomni o adwokacie. Nie ma podstaw. Ja wiem, że to nie jest to, co Pani chciała ode mnie usłyszeć. C’est la vie… Życie nie zawsze jest fair. Osobistego życia nie wolno mieszać z karierą. Co najczęściej doceniamy dopiero wtedy, kiedy karierę szlag trafił….