WŁOCH  I POPŁOCH

 

 

Wczoraj, po tylu latach, znowu go spotkałam. Twarzą w twarz. W drogerii na mojej plazie. Pomyślałam sobie, że pewnie uda, że mnie nie poznaje. Ale gdzie tam! Podbiegł cały radosny i przywitał wylewnie. W rozpędzie omal, że mnie nie pocałował. Widocznie czas swoje zrobił. Widocznie przebaczył mi, że, jak ta Wanda co nie chciała Niemca ‑ Nina nie chciała Włocha.

Wiele, wiele lat minęło odkąd wprowadziłam się do tego domu. Byłam ”nowa” w Kanadzie, ”nowa” w Mississauga; nikogo tutaj nie znałam. Od samego początku byłam świadoma, że los kobiety samotnej, mieszkającej na osiedlu tętniącym ruchliwym, głównie rodzinnym życiem, pod względem towarzyskim nie będzie ani łatwy ani  bajecznie kolorowy. Zresztą ja wcale kolorów nie szukałam. Przeciwnie. Szukałam spokoju i samotności. Muszę wyznać nieskromnie, że na przestrzeni lat, po względnie młodym owdowieniu, przewinęło się wielu takich, którzy chętnie by mój stan cywilny zmienili i z samotności wybawili. Lecz ja mogłam najwyżej powtarzać za Boy ‑Żeleńskim: "że największy w tym ambaras ‑ aby dwoje chciało naraz". Bo jeśli już, bo jeśli miałabym kiedykolwiek pożegnać się z raz zakosztowanym luksusem wolności, to marzył mi się szałowy Polak, taki jak mój Mietek. Mógł być nawet dużo starszy ode mnie (ja lubię starszych), byleby tylko wykształcony, kulturalny i z kolosalnym poczuciem humoru. Większym od mojego. Aliści takich, niestety, już nie robią. Dzisiaj starszy pan zasuwa do dzierlatki, przy której moja córka byłaby już starą krową, a cóż dopiero ja! Więc szłam przez życie "chłopless" z własnego wyboru. Ale za tę swego rodzaju arogancję, płaciłam słono. Głównie zmęczeniem. Albowiem jedna główka i dwie rączki to ciut za mało, ażeby wszystkim od A do Z –  parać się ”siama”.  Zosia-Samosia jest cacy ale jak się ma 20 lat.

Już na drugi dzień po wprowadzeniu się do nowego domu, niemile zaskoczona stwierdziłam, że w jednym z okien na parterze, szyba jest pęknięta. Takie rzeczy trzeba załatwiać od ręki. Nie tylko po to aby nie ułatwiać życia złodziejom, ale głównie po to, ażeby mi w zimie ciepełko nie uciekało. A w lecie chłodek. Poleciałam na plazę za rogiem. Jest tam taki pożyteczny sklep, typu: szwarc, mydło i powidło. Jego właściciel trudni się także wszelkiego rodzaju naprawami. Zaraz przyjechał. Oglądnął, pomruczał i skrabiąc się w głowę i oświadczył, że musi szukać pomocy, jeśli ja nie chcę ażeby stratować kwiatki rosnące na grządce pod oknem. Nie chciałam. Więc pojechał gdzieś i wnet powrócił z sympatycznym, szpakowatym panem. Pękniętą szybę fachowo wyjęli i szybko wybyli.

Po kilku godzinach, nową szybę przywiózł ów szpakowaty pan. Sam. Poprosił mnie o pomoc w odgarnianiu kwiatków i podawaniu mu śrubek. Upał był nieznośny. Pot lał się ze mnie strumieniami. Dlatego, kiedy po skończonej robocie, poprosił mnie o coś do picia, szybko zaprosiłam go do środka, do klimatyzowanego wnętrza. Był to pierwszy błąd w całej serii błędów, które popełniłam w rekordowo krótkim czasie.

Mnie się zawsze wydawało, że po tylu latach doświadczenia (aczkolwiek w Anglii), znam zasady i wszelkie możliwe warianty obcowania z rzemieślnikami. Tam wiedziałam, że mam obowiązek podawać co chwilę niezliczone ilości "cups of tea" i góry herbatników. Codziennie innych, aby im się, broń Boże, nie znudziły. Bo kiedy się znudziły, ostentacyjnie wychodzili do najbliższej kafejki (tutaj byłby to ”Horton” albo inny ”Donut”) i nie wróciliby przez co najmniej trzy godziny. Tam trzeba było skrzętnie chować w szufladach wszystkie kasetki i pudełka z papierosami (wtedy byłam jeszcze nałogową palaczką ‑ a fe!) a z barku usunąć co lepsze, markowe butelki. Dopuszczalna była wymiana zdań na temat pogody, aktualnego strajku (do czasów p.Thatcher – specyficzna odmiana angielskiej choroby). Natomiast absolutnym tabu były tematy zaczynające się na litery P.R.S.  Czyli: prywatne życie, religia i seks.

A teraz ten pan siedzi na kanapie, pije już drugą colę, rozgląda się ciekawie i pyta, potwornie łamaną angielszczyzną, jak mam na imię, gdzie pracuję, z kim tutaj mieszkam i ile płacę za dom. Bo to jest bardzo drogie osiedle. Popełniam kolejny  błąd w sztuce. Nie wiem jaka szajba mi odbiła (to pewnie przez ten upał!) bo "śpiewam" jak na spowiedzi. Że Nina, że wdowa, że drogo. że w ministerstwie, że...I jestem wściekła na siebie, że tak się dałam zażyć z mańki. To też szybko zmieniam temat. Teraz ja jego pytam dla odmiany, jak długo przebywa w Kanadzie. Bo murowanie jest tu na saksach. A tymczasem pan mówi, że jest Włochem, nazywa się Giancarlo i mieszka w Kanadzie... 35 lat! Co? Musiałam się przesłyszeć. A, że ledwie go rozumiem ‑ popełniam następny błąd, gdy przechodzę na język włoski. Facet jest w siódmym niebie! Płynie lawina słów a wraz z nią - następne dwie cole i mój cenny czas. Mówi, że od 22‑ch miesięcy też jest wdowcem. Jest bardzo samotny. Dzieci opuściły dom, życie straciło sens. Znowu się podkładam. Popełniam kolejny, nieobliczalny w konsekwencjach, błąd, kiedy mówię, że tak, ja wiem - znam to uczucie na pamięć.

Minęła godzina zanim  powiedział, że musi wracać do pracy na plazę gdzie jest ”superintendentem” czyli cieciem. (To, że jest także jej właścicielem – drobnostka! - dowiedziałam się dopiero później. W sklepie, przy płaceniu za szybę.) Podziękował za colę, nazywając mnie przy tym  kilkakrotnie belezza, tj. śicznotka (termin używany wyłącznie w stosunku do młodych dziewcząt), co mnie niebywale rozśmieszyło. Pewnie mu to zostało z czasów, kiedy jako początkujący "latin lover" podrywał w Rimini czy innym Gabice Mare, turystki na plaży. Facet na rozanieloną minę, jest zapatrzony we mnie jak sroka w kość.  Wyraźnie mnie otaksowuje. Oczu ze mnie nie zdejmuje. Aż mi się głupio robi.

Nazajutrz, po powrocie z pracy,  przed drzwiami na patio znalazłam dwa koszyki. Jeden ze śliwkami, drugi z brzoskwiniami. Wieczorem zaś znalazł się też tam pan Carlo, ażeby się upewnić, że owoce znalazłam. Pochwalił się, że to z jego sadów. Grazie. Mille grazie – powtarzam do znudzenia. Dwa dni później w tym samym miejscu stała butla wina. Magnum. Tym razem dowiedziałam się, że to z jego winnicy. Gdzieś w okolicy Niagara. Poprosiłam go do środka i znowu dziękowałam. Po czym zaczęłam go błagać aby mnie więcej nie obdarowywał, bo mnie to krępuje. Ale po oczach widziałam, że gadam do ściany. Ty mów – ja zdrów!

Poprosił o colę. Usiadł nieproszony. Popłoch! Nie wiedziałam co z nim robić, o  czym rozmawiać. On łypał na mnie okiem i nic. Uśmiechał się mile ale konwersacja – rzecz nieznana. Aby przerwać tę ciszę, spytałam czy lubi teatr. Teatr? Szkoda czasu. Życie jest teatrem. (Filozof, psiakrew!) A co go bawi? Nocne, włoskie filmy w TV. Czy lubi jakieś inne restauracje, poza włoskimi? Restauracje? Nie chodzi. Szkoda pieniędzy. Jego żona gotowała lepiej i taniej. Czy ma jakieś hobby? Co to jest hobby? Tłumaczę. Wzrusza ramionami i mówi, że to dobre dla leniuchów. I znowu nastaje cisza. Mnie się wydaje, że wieki minęły zanim sobie poszedł.

Po dwóch tygodniach przynosi znowu owoce i następną butelkę. Choć go nie zapraszam, wchodzi do środka. Pyta jak mi się tutaj mieszka. I znowu powtarza, że to osiedle jest potwornie drogie. (Przesada). Po czym nagle wyciąga do mnie ręce i mówi z emfazą, że nie potrzebuję się niczym martwić, że już niedługo pozbędę się tego wydatku. Jako, że on zdecydował ożenić się ze mną (?!)  I to wnet, bo on ma już blisko 60 lat, a w tym wieku każdej chwili szkoda. Mówi, że będę miała wielki dom z kolumnami, okrągłym podjazdem, gazonami. Wielki sad, wielki ogród, wszystko wielkie ‑ dodaje z obleśnym uśmiechem. Będę sobie mogła hodować własne warzywa. Jakie mi się tylko zamarzą. (Kto? Ja? Ja, która wyrywa kwiaty a chwasty zostawia?) Facet rozmarzonym głosem ciągnie dalej, że w niedziele będzie przychodziła na obiad tutta la famiglia, ale nigdy więcej niż 20 osób. On mnie nauczy gotować po włosku i wszyscy będziemy tanto felice. Bardzo szczęśliwi.

Mówię mu grzecznie, że dość tych żartów. On odpowiada, że to wcale nie są żarty. Że on bardzo poważnie prosi mnie o rękę. Bardzo się cieszy, że razem spędzimy resztę naszego życia. On już rozmawiał z rodziną, która w zasadzie, w ciemno, wyraziła aprobatę na nasze małżeństwo. Jego rodzina lubi Polaków. (Zastanawiam się, której ciotce jakiś Andersowiec dobrze się "przysłużył" i stąd takie  grande  amore do naszego narodu). Tylko najmłodsza córka uważa, że przed tym powinni mnie trochę bliiżej poznać. A więc jest w tej rodzinie jednak ktoś normalny!

Czuję się jak krowa kupowana na jarmarku. Dobrze, że mi nikt wymion nie obmacuje. Proszę ażeby zmienił temat, bo komiedia robi się czarna. Nawet dla żartu nikt nie oświadcza się kobiecie, którą widział kilka razy. Nie zna jej, nic o niej nie wie, nie ma nic wspólnego z jej środowiskiem, z jej kulturą. Facet ma autentycznie łzy w oczach. Mówi, że nie potrzebuje nic więcej wiedzieć. Jemu wystarcza co widzi. Mówi, że on naprawdę chce się ze mną żenić. Udowodni mi to. Przyjedzie po mnie w niedzielę i zabierze mnie do swojego kościoła; ksiądz potwierdzi, że ma w stosunku do mnie uczciwe i poważne intencje. Już z nim rozmawiał. Później pokaże mi dom, przedstawi rodzinę. Zaczynam się poważnie niepokoić. Popłoch narasta. A może on wcale nie jest takim naiwnym natrętem, tylko lokalnym "ojcem chrzestnym", który nie zna słowa NIE?

Skonsternowana i nieźle wystraszona, gorączkowo kombinuję jak wybrnąć z tej sytuacji. Mam szczęście. Bo jednak KTOŚ, tam na wysokościach, mnie lubi i czuwa nade mną! I zsyła mi ratunek w formie telefonu. Komputerowy głos miarowo recytuje, że ja na pewno nie mogę żyć bez prenumeraty jakiegoś tam pisma. I dobrze, że maszyna nie może słyszeć kiedy ja zaczynam kwilić, szczebiotać i mizdrzyć się, niczym jaka siusiumajtka. Słowa darling, sweetheart i honey ‑ latają jak jaskółki. Komputer dawno się wyłączył ale ja furt nadaję. Po czym odkładam słuchawkę i, trzepotrząc rzęsami, radosnym głosem oznajmiam włoskiemu Karolkowi, że to była cudowna wiadomość. Bo za dwa dni przylatuje mój narzeczony z Anglii,  mio caro fidanzato.

Zaczyna mi go być żal. Ten człowiek się nie zgrywał, nie udawał. On był naprawdę zdruzgotany! Popatrzył na mnie jeszcze przez chwilę jak obity pies, po czym wyszedł bez słowa.  I aż do tego spotkania wczoraj w drogerii, nigdy później  już go nie spotkałam.

A teraz on, jak gdyby nigdy nic, zaprosił mnie na kawę do włoskiej cukierni na plazie. (Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ta także okazała się jego własnością. Coś za bardzo usłużni do nas byli.)  Pyta czy wyszłam za mąż. Mówię, że nie, że bardzo mi się podoba być taką permanentną  narzeczoną. A on? On też się nie ożenił. Z kwaśną miną mówi, że wszystkie baby lecą tylko na jego pieniądze a on szuka czegoś więcej. (Czyżby frajerskiej kucharki dla 20‑tu osób?) Mówi, że wreszcie przestał pracować. Przeszedł na emeryturę. Może znajdzie sobie to jakieś hobby. Czy ja dobrze słyszę?

Rozstajemy się przyjaźnie. Pyta, czy się nie obrażę jeśli wpadnie w lecie z butelką wina i koszem owoców.  Mówię, że bardzo proszę. Ale na wszelki wypadek, dla asekuracji, dodaję, że przez całe lato będę miała gości z Anglii. Na co on mówi, że to dobrze, że mu powiedziałam. To on przywiezie kilka koszy i tak z pół tuzina butelek. Po co kupować w sklepie i pieniądze wydawać....

Potwierdza się angielskie porzekadło: ”you can’t teach an old dog new tricks”. (starego psa nie nauczysz nowych sztuczek.)  Czym skorupka za młodu nasiąknie....