WŁAMANIE
Każde włamanie jest zawsze potwornym przeżyciem.
Koszmarnym wstrząsem. Czujemy się obnażeni i obici. Ktoś
nieproszony, wielkimi butami wkroczył w nasze życie. Penetrował
nasze szafy, rozrzucał bieliznę osobistą, zgłębiał
zawartość naszych szuflad, czytał naszą korespondencję,
sprawdzał stan konta bankowego w książeczce czekowej. Włamanie
jest też niewątpliwym szokiem finansowym, gdyż złodziej
nigdy nie opuszcza naszego domu z pustymi rękami. Doznany szok potęguje
też oczywiście widok splądrowanego mieszkania; scena, która na
zawsze pozostanie nam w pamięci.
Pan Rafał D. z Brampton pisze: Przeżyliśmy
potworny szok. Włamanie do naszego nowego, ślicznego domu. Włamali
się podczas naszej, zaledwie dwugodzinnej, nieobecności. Nie było
nas tylko na tyle, ile zajmują normalne, sobotnie zakupy. I to pomimo tego,
że zastosowaliśmy się uprzednio do wszystkich zaleceń
naszego agenta ubezpieczeniowego. Za jego sprawą uzbroiliśmy wszystkie
zewnętrzne drzwi w dwa wielo-sworzniowe zamki. Okna na dole zabezpieczyliśmy
estetyczną, ozdobną, ale bardzo solidną kratą. Drzwi na
taras, oprócz zamków, asekurowaliśmy jeszcze u góry metalowym sztyftem
na wylot i żelazną sztabą przy podłodze.
Od frontu mamy
ciężkie dębowe drzwi. Którymi oni jednakże zdołali z
łatwością wejść. Po prostu wyjmując je wraz z
zawiasami. (Sąsiedzi później zeznawali, że dwaj mężczyźni
w kombinezonach ”pracowali” przy naszym domu, ale co robili tego nikt nie
widział, bo ich kolosalny van zasłaniał drzwi wejściowe.)
Wynieśli wszystko, co przedstawiało jakąś wartość.
Na szczęście
jesteśmy ubezpieczeni po uszy. Asekuracja zwróci nam pieniądze za
gros utraconych przedmiotów, ale żadne pieniądze na świecie nie
wymażą z pamięci widoku ”pobojowiska”, które zastaliśmy.
Także nikt nie jest w stanie zwrócić nam połamanych,
poszarpanych, rozbitych czy też ukradzionych bezcennych pamiątek
rodzinnych, przywiezionych z Polski. Policja nas uprzedziła, że
jeszcze przez długi czas będziemy stwierdzali brak rozmaitych
przedmiotów, których już nie posiadamy, a które nie zostały uwzględnione
w podaniu o odszkodowanie. Te braki będą się ujawniały
dopiero z upływem czasu. Przypuszczamy, że nasza roczna stawka za
polisę ubezpieczeniową podskoczy teraz do nieba - ale co robić?!
Jednakże najbardziej irytuje nas fakt, że za namową budowniczego,
wydaliśmy majątek na zakup i wstawienie tych dębowych drzwi, które
miały być nie tylko ozdobne, ale miały nas chronić właśnie
przed włamaniem.
Jak pani sądzi?
Czy my mamy jakiś rekurs w stosunku do tego ”buildera”?
Przede wszystkim, bardzo Państwu współczuję z powodu tej
kradzieży. I strat. Włamanie jest rzeczywiście bardzo
traumatycznym przeżyciem. Człowiek czuje się istotnie obnażony.
Ogołocony nie tylko fizycznie, lecz jeszcze bardziej psychicznie. Bezsilna
złość będzie jeszcze długo w Państwu fermentowała
i pogłębiała żal za utraconymi przedmiotami. A już w
szczególności tymi niepowtarzalnymi pamiątkami.
W odpowiedzi na Pana pytanie, przykro mi bardzo, ale nie mam dla Pana
pomyślnej odpowiedzi. Z ”builderem”, niestety, nic Pan nie wskóra. On
Państwu sprzedał dom a nie piętrowy sejf. To nie jego wina,
że w dzisiejszych czasach przed złodziejami trudno jest się
ustrzec. Byle chłystek nastoletni (a i młodszy również, bowiem
nasza TV wspaniale ich do tego przyucza), pokaże Panu jak zwykłą
kartą kredytową otwiera się nawet markowy zamek, taki jak Yale
czy Chubb. Czy Pan wie, że to, co ci złodzieje zrobili w Państwa
domu, było nawet łatwiejsze od manewru
kartą kredytową?
Odkąd przybyłam do Kanady, aż po dzień dzisiejszy,
nawet ja baba, ja laik, ja kompletna ”noga” w sprawach budowlanych, nadziwić
się nie mogę, że tutaj wkładają te ciężkie i
solidne drzwi w....sosnową futrynę. Najbardziej miękkie (ale
tanie) drewno! Z którego zawiasy aż się same proszą, aby je ”wyłuskać”.
Jestem pewna, że oni się nawet nie wysilili na żadne wykręcanie
śrub, gdyż byłaby to dla nich pracochłonna i niepotrzebna
strata czasu. Dwa ruchy łomem i drzwi leżą na ziemi. Sezamie! Otwórz
się! – rozkazali. No to się posłusznie otworzył. Dziwię
się także, że tutejsze firmy ubezpieczeniowe nie nalegają na
to, ażeby tego rodzaju drzwi osadzane były w równie twardej futrynie,
zaś wszystkie śruby były możliwie najdłuższego
wymiaru.
Sądzę, że zawodowego złodzieja niewiele chyba
odstraszy, ale ewentualne komplikacje spowodowane ”walką” z potężnymi
śrubami w twardej (dębowej?) futrynie, mogą przyhamować jego
zapały lub wręcz odstręczą od tego domu. A, że dzisiaj 90% włamań dokonują
wyrostki, teoretycznie jest taka szansa, że jeśli im się z
miejsca nie ”poszczęści", będą się bali zwracać
na siebie uwagę i pójdą szukać innego, łatwiejszego,
obiektu zainteresowania. Gdzie, tak jak u Państwa, bez większego trudu
po prostu ”zgolą” zawiasy.
Nie ulega wątpliwości, że dom Państwa był przez
jakiś czas obserwowany. Oni byli zorientowani, że sobota jest Państwa
dniem gospodarczym, że właśnie wtedy jeździcie na zakupy.
Nawet wcale bym się nie zdziwiła, gdyby ich wspólnik, z komórką
w kieszeni, towarzyszył Wam przez cały czas zakupów. Jechał za
Wami, chodził po sklepach za Wami, stał przed pralnią chemiczną,
tankował benzynę na sąsiednim stanowisku, tylko po to, ażeby
w odpowiednim momencie dać cynk kamratom, że wracacie. Ci dwaj przy
vanie, to była przypuszczalnie dywersja i sztafeta zarazem. W domu zapewne
”pracowała” cała ekipa, która zdobycz podawała dalej, aż
do vana. Na tak dokładną robotę, tylko dwóm facetom - dwie
godziny na pewno by nie wystarczyły.
Przypuszczam, że w chwili obecnej Państwo są na etapie
odkupywania co droższych przedmiotów elektronicznych. Teraz jest zatem
odpowiedni moment, ażeby
każdy nowy przedmiot (od telewizora począwszy, poprzez
całe wyposażenie ”music centre”, sprzęt
komputerowy, fotograficzny a na kuchence mikrofalowej skończywszy) naprzód
sfotografować, i to w kilku ujęciach, po czym permanentnie oznakować.
W tym celu trzeba udać się na najbliższy komisariat policji i
wypożyczyć od nich (bezpłatnie) specjalny rylec (engraving pen).
Najlepiej gdzieś z tyłu, na każdym przedmiocie wyryć swoje
inicjały. Ale najlepiej - kod pocztowy. To ma sens.
Albowiem w razie, broń Boże, powtórnego włamania (jako,
że oni słusznie rozumują, że ukradziony sprzęt został
odkupiony) - bokiem im ta impreza wyjdzie. Oni też wiedzą wszystko o
kodowaniu. Toteż jest to ich pierwsza czynność. Sprawdzanie. Jeśli
stwierdzą, że sprzęt jest oznakowany, kradną tylko gotówkę,
biżuterię, jakieś drobnostki i uciekają. Powód jest
oczywisty: oznakowanego towaru żaden paser nie ruszy! A im przecież
chodzi o jak najszybsze upłynnienie skradzionych przedmiotów. Policja często
urządza obławy na meliny paserskie i odzyskuje mnóstwo skradzionych
przedmiotów. W tym wiele sprzętu elektronicznego. Ale, nie znając ich
prawowitego właściciela – nie ma jak i komu ich zwrócić. I głównie
z braku miejsca w policyjnych magazynach, po upływie roku, oddaje je na
licytację. Aliści rzeczy oznaczone kodem pocztowym, zwraca właścicielowi.
Nawet, jeśli poszkodowany już tam nie mieszka. Policja ma swoje
sposoby, ażeby go odnaleźć.
Drugą, bardzo istotną sprawą jest założenie
sprawnego systemu alarmowego. Nie musi to być ostatni krzyk elektroniki.
Wystarczy ażeby tylko spełniał swoją ”alarmującą”
rolę. No i był, oczywiście, na widoku. Jeśli zakup takiego
systemu (może ze względu na koszt) na razie nie wchodzi w rachubę
- usilnie namawiam do natychmiastowego zakupu dwóch (po jednej na przód i tył
domu) reflektorowych lamp-szperaczy (spot lights). Te szperacze reagują na
ruch, rzucając silny snop światła na podchodzącego człowieka.
Koszt jest niewielki (pomiędzy $15 a $25) a stokrotnie się opłaca.
Ktoś, kto się zbliża do drzwi w uczciwych zamiarach, nie boi się
reflektora. Ale złodzieje unikają domów w takie lampy wyposażonych,
jak tej przysłowiowej morowej zarazy.
Podzielę się z Panem małą ciekawostką. Z mojego
własnego podwórka. Otóż ja mieszkam na bardzo sympatycznym condo-osiedlu.
Wokoło mieszka tzw. ”upper middle class", czyli pracująca
inteligencja. Lekarze, inżynierowie, adwokaci etc. Działa u nas bardzo
dobrze rozwinięta i czujna siatka ”Neighbourhood Watch”, co znaczy po
polsku: grupa ”Sąsiedzkiej Czujności”. Ja, niewiadomo dlaczego,
zostałam przed laty wybrana ”komendantem” naszego szeregu (block
captain). Jest to oczywiście funkcja honorowa, (czyli za Bóg zapłać,
zacna, dobra kobieto!), która pochłania mnóstwo mojego, i tak stale
brakującego mi czasu. Muszę uczęszczać na policyjne sympozja,
pobierać instruktaż, brać udział w policyjnych nasiadówkach.
Po czym muszę zasiąść do komputera i zdać pisemną
relację moim sąsiadom z tego, co było omawiane. A więc piszę,
drukuję, kolportuję i generalnie kiszki z siebie wypruwam w służbie
dla sąsiadów. Na szczęście jest to ostatni rok mojej kadencji.
Nie dam się w to więcej wrobić, nie przyjmę nominacji; niech
ktoś młodszy mnie zluzuje. Boć to przecież mnie zawiadamiają,
kto, kiedy i na jak długo wyjeżdża. To ja muszę znać
wszystkie kombinacje do ich systemów alarmowych. To ja mam klucze do ich domów
i adresy gdzie, w razie czego, ich szukać. To
właśnie ja w słotę, spiekotę, czy metrowy śnieg,
zasuwam dziarsko ażeby opróżniać ich skrzynki z poczty, gazet i
ulotek. Pełna skrzynka pocztowa jest milczącym megafonem (ale fajny
oksymoron, co?), który oznajmia
światu wszem i wobec, że dom jest pusty.
Ale czy ja mogę się doprosić, czy potrafię ich namówić
ażeby, jak tylko się ściemni, zapalali światła przed
domem i nad garażem?! Szybciej namówię syrenę ażeby zrobiła
szpagat, aniżeli ich przekonam, że ta tania iluminacja doprawdy działa
na złodziei odstraszająco. Jednakże ci, skądinąd
inteligentni i przypuszczalnie niebiedni ludzie (przed ich garażami stoją
najdroższe samochody) - robią chińskie oszczędności na
kilku głupich żarówkach i paru kilowatach prądu. Bardzo to
dziwne, lecz prawdziwe.
Ja sama stosuję jeszcze coś ekstra specjalnego. Może to i
głupie, ale jak dotychczas, tfu, tfu, tfu, efektywne. Jeśli muszę
opuścić wieczorem dom na kilka godzin, zostawiam zapalone niektóre
lampy (stale zmieniam kolejność) oraz na środku salonu...
odkurzacz. A na jadalnym stole plastikowy kosz z wystającą zeń
bielizną. Umyśliłam sobie, że jeśli ktoś zakradnie
się od strony ogrodu do drzwi wychodzących na patio, zaglądnie do
środka i zobaczy taki swojski nieład, pomyśli sobie, że
żadna kulturalna i elegancka pani, przecież a la long nie
pozostawiłaby takiego b...ałaganu na środku salonu. A fe! Jest więc
zatem w domu. Może na piętrze w sypialni. Może w pralni w piwnicy
(basement). Może wyleguje się w wannie. A nawet, jeśli gdzieś
wyskoczyła, to pewnie tylko do sąsiadów i w każdej chwili gotowa
jest wrócić.
Policja doradza, ażeby nie popadać w rutynę. Na przykład:
nie wolno stale czynić zakupów tylko w soboty, czy inny regularnie
ustalony dzień. Należy żonglować tak dniami jak i godzinami.
Trzeba pamiętać, że im większy jest nasz stan posiadania,
tym więcej oczu bacznie nas obserwuje. Niestety, te oczy nie taksują
nas po to, aby wzrok nasycić wystrojem naszego domu, tylko ażeby z
naszą, acz nieświadomą, ”pomocą” nasycić swoje
nawyki. Głównie narkotykowe. Nie pomagajmy im, niedużym kosztem
utrudniajmy im życie. A swoje – ułatwiajmy!