DWUNASTE PRZYKAZANIE: BĄDŹ NIEZALEŻNA

 

Jest to już któryś list z rzędu na ten sam, raczej przygnębiający, temat. Z początku wahałam się czy w ogóle go poruszać; teraz widzę, że muszę. Albowiem coraz częściej i coraz więcej pań wstępuje przymusowo w szeregi tej znienawidzonej organizacji i zostaje członkiniami największego klubu na świecie: ”Klubu Wdów”. I błądzi. Wprawdzie każda z nich boryka się z innym problemem, jeden wszelako, zdaje się być dyżurny. Ostatni list jest też o podobnej treści.

Pani Krystyna F. z Toronto pisze: Pani Nino! Od lat czytam wiernie pani szpaltę w obu pismach, i stąd wiem, że Pani też jest wdową. Może Pani mnie coś wytłumaczy, pomoże zrozumieć? Bo ja bezskutecznie poszukuję odpowiedzi na nękające mnie pytania odnośnie owdowienia. Teraz Pani je zadaję: jak Pani sobie radzi z ludźmi? Z ich znieczulicą? Czy Panią też traktują tak, jakby Pani cierpiała na jakąś zakaźną chorobę? Unikają? Albo traktują tak obojętnie, jakby Pani była powietrzem?

Ja owdowiałam nagle. Trzy lata temu. Rano go pożegnałam, wieczorem opłakiwałam. Masywny atak serca. W pracy. Nigdy na serce nie chorował. Po trochę wydłużonym okresie żałoby, usilnie starałam się ”powrócić do żywych”. Kompletne fiasko! Nie pojmuję, dlaczego wszyscy przyjaciele, naprzód pojedynczo a po tym gromadnie, mnie opuścili. W Kanadzie przebywam od 28 lat. Za życia męża przez cały czas krąg naszych, zdałoby się wypróbowanych, przyjaciół stale się powiększał. Prowadziliśmy dom otwarty (szczególnie w czasie ”jaruzelki”), życie towarzyskie kwitło. Nie chwaląc się, mam prawo twierdzić, że byliśmy popularni i lubiani. Lecz po nagłej śmierci ukochanego męża, straciłam nie tylko małżonka i wiernego towarzysza życia, ale w dość krótkim czasie także większość przyjaciół.

Czarę goryczy przelały niedawne urodziny mojej niby to najlepszej przyjaciółki. Jak co roku, zadzwoniłam z życzeniami i spodziewałam się zaproszenia na najbliższą sobotę lub niedzielę. Podziękowała i powiedziała, że ona w tym roku urodzin nie wyprawia, gdyż jej mąż nie najlepiej się czuje. Przyjęłam to jako dobrą monetę i nawet pożyczyłam szybkiego powrotu do zdrowia. Wkrótce, przez przypadek, dowiedziałam się, że przyjęcie na 102 fajerki jak najbardziej się odbyło i trwało do rana. Ja ani jej ani nikomu innemu nic złego nie zrobiłam. Nic nie mam na sumieniu. Przecież to nie ja się zmieniłam, tylko mój stan cywilny uległ zmianie. Nie jestem już żoną, tylko wdową. Dlaczego karzą mnie za to? Skąd taka bezduszność? Dlaczego ludzie są tacy źli? Czy wdowa to już nie człowiek? Czy Panią też tak obcesowo traktują?

Teraz już nie. Albowiem do Kanady przybyłam sama. Już jako wdowa. Z długim stażem zresztą. Taką mnie tutaj poznano i taką zaakceptowano. Ale w Anglii, po śmierci męża, przeszłam przez to samo piekło. Stąd wiem dokładnie, co Pani czuje. Znam i pamiętam smak tej gorzkiej pigułki. To, co Pani opisuje nie jest, niestety, rzadkością. Przeciwnie. Jest objawem raczej nagminnym. Aczkolwiek uzależnionym od paru istotnych czynników, które postaram się wyjaśnić. Czy to w czymś pomoże? Nie wiem. To by zależało od kategorii, w której Pani się znajduje, a jeśli tak, czy jest jej świadoma.

Gdyby w encyklopedii figurowało hasło: vdova vulgaris, jego synonimem byłoby: kobieta skończona, ”trędowata”, parias towarzyski. Dlaczego? Powodów jest tak wiele, że dysertację naukową można by na ten temat napisać. Przypuszczalnie - boją się nas! Każdy na inny sposób, każdy z innego powodu. Mnie wtedy nawet jeden ”dowcipniś” (chyba), powiedział, że wraz z żoną celowo przestali mnie odwiedzać dla mojego własnego dobra (sic!) Ażebym nie musiała o Nim mówić, wymawiać Jego imię, rozpamiętywać, rozdrapywać jeszcze niezagojone rany. Całkiem możliwe, że to było szczere, że oni naprawdę tak to widzieli, tylko ja widocznie byłam jakaś ślepa….

To też spróbujmy być obiektywne, popróbujmy popatrzeć na to przez pryzmat oczu innych. Zobaczyć pro i kontra tej sytuacji. Wdowy, jak wszyscy ludzie, dzielą się na wiele kategorii. Na przykład są kobiety nieskomplikowane i skomplikowane. Są kobiety agresywne, konfliktowe i są przemiłe, ujmujące, takie, że tylko do rany przyłożyć. Są kobiety przebojowe i są nieśmiałe trusie. Wyliczać tak można by bez końca, więc wymienię tylko kilka.

Przyjrzyjmy się przez chwilę tej pierwszej. Kobieta nieskomplikowana nie ma problemów. Po śmierci męża, jak ten Wańka-Wstańka, wnet ustawia się do pionu. Znajduje sobie jakieś zajęcie. W zależności od tego, co robiła przedtem, może poświęci się dzieciom a może wróci do pracy zarobkowej. U nikogo nie szuka pomocy (zresztą wcale się jej nie spodziewa), nie ma czasu ani ochoty na szukanie współczucia. Co się stało - to się nie odstanie. Bóg dał, Bóg wziął - jest jej dewizą. I w szybkim tempie układa sobie na nowo, obecnie samotne, życie. Bez niczyjej pomocy, bezkonfliktowo, powoli wprawdzie, ale konsekwentnie posuwa się do przodu.

Wbrew pozorom, największe problemy życiowe maję lwice salonowe. Te wytworne damy, zawsze eleganckie i zadbane. Jeszcze nie tak dawno brylowały w salonach, podczas kiedy o wszystko w ich życiu troszczył się śp. małżonek. Te panie nadal bardzo dbają o swoją aparycję. Ba, nawet więcej czasu i pieniędzy teraz na to mają. Powód do zawiści? Całkiem możliwe. Ale ten wypielęgnowany wygląd zewnętrzny często bywa przyczyną ich niedoli. One nie są świadome, że ich zmysł estetyki, niechcący, staje się solą w oku innych pań. Zagrożeniem dla mniej zadbanych, zapracowanych i zalatanych koleżanek-mężatek. Które, nawet jeśli po wielu latach małżeństwa, własnych mężów zdają się traktować obcesowo, lub sprawiają wrażenie znudzonych czy obojętnych, na widok takiej szykownej wdowy – stają się tygrysicami. Zagrożenie, a już szczególnie wyimaginowane, ma wielkie oczy. Toteż pazurami będą swej własności broniły. To, że ta biedna, świeżo upieczona wdowa najmniejszych zakusów na ich męża nie ma - nie odgrywa żadnej roli.

Natomiast mężczyźni, bez względu na wiek, często unikają wdów, gdyż są one dla nich żywym memento mori.  Przypomnieniem, że oni też są li tylko śmiertelnikami. Że przypadki chodzą po ludziach! Może po cichu zżera ich strach i nurtuje czarna myśl: który z nas będzie następny? Może unikając towarzystwa wdowy, wierzą, że umykają życiowej ”rosyjskiej ruletce”? Nierzadko przyczyną urwanych kontaktów jest fakt, że znikający z pola widzenia panowie, byli w bliskiej komitywie tylko z nieżyjącym mężem (kolega z pracy, z klubu sportowego, partner w interesach) i z żałobną wdową nie mają wiele wspólnego. No, ale tych nie klasyfikujemy jako przyjaciół, prawda?

Jedną z gorszych kategorii wdów, która odstręcza przyjaciół i znajomych, są wdowy-wygodnisie. Na przykład, panie, które nigdy nie prowadziły samochodu. Teraz, kiedy zostały same, zamiast natychmiast zapisać się na kurs jazdy samochodowej, one wóz po mężu szybciutko sprzedają, kasę chachmęcą i... stają się plagą dla otoczenia. Nasuwa się, logiczne chyba, pytanie: dlaczego pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży samochodu nie przeznaczą na koszt przejazdu taksówką od czasu do czasu?

Przypomina mi się konkretny przypadek, którego byłam świadkiem. Kiedy to pewna pani nagle poczuła się zmęczona (z powodu: ”opóźnione dorastanie”, czyli klimakterium) i już na początku wykwintnej kolacji wyraziła chęć natychmiastowego powrotu do domu. W kuchni, na prośbę gospodarzy, wkurzeni do maksimum panowie, ciągnęli zapałki. Ułamana, wyłoniła nieszczęśnika, który nie zdążył się jeszcze napić i teraz musiał odwieźć madame na drugi kraniec miasta. (Nie wspominając już nawet o obecnej, wyśrubowanej cenie paliwa.) Kiedy ów pan powrócił, dostał talerz czegoś tam odgrzanego w mikrofalówce, ale co tu gadać, pół balangi przeszło mu koło nosa. Czy można się dziwić, że w przyszłości nie tylko on, ale wszyscy gospodarze kolejnych imprez, będą jej unikać jak morowej zarazy?

Mniej wymagające (ale tylko pozornie) wdowy, i owszem, przyjadą same. Metrem, tramwajem czy autobusem. I nawet wytrzymają do końca. Ale po tym historia, w zasadzie, się powtarza. Trzeba je rozwozić! Skromna prośba: ”zawieź mnie tylko do stacji metra” jest niczym innym tylko zwykłym fortelem. One wiedzą doskonale, że w dzisiejszych, niebezpiecznych czasach (w Toronto strzelanina na ulicy jest teraz na porządku dziennym), nocą nikt samotnej kobiety na ulicy nie zostawi. Od tych pań też wszyscy będą stronić; będą się migać pod byle pretekstem. (Ja, po niedawnym ”opłatku”, przez pół nocy ”robiłam” za darmową taksówkę. A, że odległości są tutaj niebagatelne, ponad 100km na liczniku nacykałam.)

Najmniej popularny typ zostawiłam na koniec. Jest nim VDOVA KUTVA VULGARIS. U siebie gości już nie podejmuje. Mówi, że bez męża jest jej niesporo, nie potrafi się zorganizować. Ale do innych lata jak z pieprzem. I, oczywiście, nigdy nie rewanżuje się zaproszeniem kogoś do restauracji, choćby tylko raz w roku.

Zakładam, że nie ma potrzeby nikomu przypominać, iż dobry zwyczaj nakazuje, że na urodziny, imieniny czy inne zebranie towarzyskie - idziemy z butelką. Zwyczaj niegłupi zresztą. Ludzie są już zagospodarowani; trudno się z prezentem wstrzelić w ich gust czy potrzeby. A butelka, wiadomo! Zawsze się przyda. Jak się jej zaraz nie opróżni, można zanieść na kolejną imprezę. Ot, taki swoisty puchar przechodni. Ale wdowa-kutwa (zmotoryzowana, dla odmiany) uważa siebie za zwolnioną z tego obowiązku. Tłumaczy to właśnie tym, że prowadzi samochód. Co jej jednakże nie przeszkadza wlać w siebie pół butelki wina do kolacji i wydudlić kilka likierków do kawy. Wszak kawa alkohol neutralizuje, no nie?!

Ludzie nie są źli, proszę Pani. Ale nie lubią też ażeby z nich a la longue wariata strugano. Więc z początku udają, że braku butelki nie zauważyli. Będą nawet, wbrew rozsądkowi, kładli to na karb zapomnienia lub borykania się z jej samotnym losem. Lub nieznajomością zasad towarzyskiej gry, albowiem alkohol zawsze kupował i wręczał gospodarzom jej mąż. Później będą już tylko niemile zdziwieni. Aż w końcu szlag ich trafi i powiedzą: cześć, czołem, czuwaj, good bye Fruziu! I bardzo słusznie, zresztą.

Droga Pani! Nie wiem czy Pani model figuruje w tym mini-kalejdoskopie. Mam nadzieję, że nie. Nie mniej, gdyby Pani zauważyła u siebie jakąś analogię do moich antybohaterek, trzeba będzie natychmiast zmodyfikować swoje postępowanie.

Ja nie wiem, dlaczego Pani przyjaciółka tak dziwnie się zachowała. Ale przyczyną wcale nie musi być Pani wdowieństwo. Skoro ona, w okresie masowej rejterady, nie opuściła Pani trzy lata temu – powód musi leżeć w czymś zgoła innym. Najczęstszym źródłem niesnasek towarzyskich jest nasza stara, dobra znajoma - plotka. Jeśli Pani rzeczywiście, nie ma nic na sumieniu, to raczej należy przyjąć, że ktoś coś naszczekał. W takim przypadku, co by było ze zwykłą konfrontacją? Zapytaniem wprost, co jest grane; co było przyczyną tego, niczym nie sprowokowanego, ostracyzmu.

Jeśli jej odpowiedź Pani nie zadowoli, wtedy nie pozostanie nic innego jak ”rozwieść się” z dotychczasowym towarzystwem i stworzyć sobie krąg nowych znajomych. Ludzi, którzy męża nie znali. Którzy przyjmą Panią do swego grona jako bona fide ”solistkę”. Kiedy poznają Panią jako sympatyczną, uczynną, zaradną i pod każdym względem NIEZALEŻNĄ wdowę, nigdy nie będzie żadnych problemów.

Na przekór powszechnemu mniemaniu, o nowe znajomości nie jest wcale tak trudno. Nie wiem, z jakich stron w Polsce Pani pochodzi, ale właśnie dawne miejsce zamieszkania może być teraz Pani odskocznią. Albowiem mamy tutaj bardzo prężnie działające koła: Miłośników Warszawy, Krakowa, Gdańska, Wrocławia i prawie wszystkich pozostałych miast Polski. Nowi członkowie są zawsze mile widziani. Tam spotykają się z życzliwością i zrozumieniem, gdyż wszyscy są w podobnej sytuacji. Wiek ani stan cywilny nie odgrywa żadnej roli. Ludzie spotykają się często, bawią się razem, nawiązują przyjaźnie. W zależności od pory roku urządzają wycieczki. Na narty, na BBQ, na piknik, grają w kręgle. Chodzą do teatrów, restauracji, świętują wzajemnie imieniny/urodziny. I uprzyjemniają sobie życie jak tylko mogą i potrafią. Warto się tym zainteresować.

To też więcej wiary w ludzi, co niemiara optymizmu i samodzielności, życzą Pani z Nowym Rokiem - kominiarz i ja!