URODA I UŁUDA

 

Zadzwoniła p. Barbara F. z Toronto i obtańcowała mnie jak św. Michał diabła. Miała pretensje, że z oczywistej ignorancji, wprowadzam w błąd moje czytelniczki, przekazując fałszywe informacje na temat kosmetyków. Powiedziała:

 

Jak ja mogę tak ludzi ogłupiać? Jak mogę pisać, że nie ma eliksiru młodości? Że nie istnieje. (Faktycznie tak napisałam w jednym z moich felietonów. Ale nie ma takiej siły, ażebym to odszczekała - przyp.mój). Bo właśnie, że jest! Pani Barbara wie to najlepiej, sama bowiem takowy produkuje. Jest w posiadaniu gwarantowanej, stuletniej receptury. Składu oczywiście podać nie może (tajemnica zawodowa), ale, zapewnia z emfazą, że jej produkt spełnia wszystkie warunki fabularnego eliksiru, opisanego nawet przez legendarnego Merlina. Pani Barbara twierdzi, że sama jest najlepszym dowodem fantastycznego działania preparatu. Jest żywą, chodzącą reklamą swego produktu. Ma 53 lata, ale wygląda najwyżej na 30. Co każda jej klientka natychmiast potwierdzi. Nie, nie ma gabinetu kosmetycznego. Nie potrzebuje. Byłby to zbyteczny koszt. Krem i bez tego sprzedaje się jak przysłowiowe gorące bułeczki. Na dowód, chętnie mi swój krem (całkowicie bezpłatnie) zaaplikuje, jeśli tylko ją odwiedzę.

 

Przeprosiłam, że żyję. Podziękowałam za zaproszenie i za chęć dokonania cudu. Jakim niewątpliwie byłaby próba odmłodzenia mnie. Acz niezmiernie ponętna to oferta, jednak, sorki, ale nie skorzystam. Szkoda czasu i fatygi. Tak p. Barbary jak i mojej.

 

Odkąd świat światem, każda pani chciałaby ładnie i młodziej wyglądać. Ja nie jestem wyjątkiem. Lecz jestem realistką. W krasnoludki od dawna nie wierzę. Owszem, stosuję rozmaite kremy, ale nie mam żadnych iluzji, że mnie któryś ”odmłodzi”. Za późno, kwiatku, za późno! Moje zmarszczki mają już własne zmarszczki, a więc jaki byłby sens? Prawda jest taka, że w pewnym wieku przychodzi ”kryska na Matyska” i wtedy nie ma już mowy o naturalnej elastyczności czy gładkości skóry. Nie mniej z kremów należy korzystać (a już z tych do rąk – koniecznie!). Kremy skórę zmiękczają; sprawiają, że staje się przyjemna w dotyku. Kremy pachną ładnie. No i (poza alergikami) zaszkodzić nie mogą. Najwyżej tylko kieszeni.

 

To nie kremy i nieistniejące eliksiry upiększają kobietę. Ja wierzę, że kobieta w każdym wieku może się podobać. Pewnie stąd aforyzm: ”każda potwora – znajdzie swego amatora”. Trzeba mieć tylko trochę wdzięku, stworzyć sobie własny styl, ubierać się szykownie (acz odpowiednio do wieku), nie stronić od makijażu. Zgrabnie ukrywać defekty, eksponować co atrakcyjne. Odmłodzenie, bez pomocy chirurga, jest fikcją! Zastrzyki z kolagenu czy botoxu też są krótkotrwałe. Ułudna obietnica wizualnego odjęcia nam lat w jakiejkolwiek formie, to big business! Kolosalny! Dla tych ”magików” jest  prywatną mennicą. Fabryką gigantycznego szmalu.

 

W odpowiedzi na zarzut o kosmetycznym niedouczeniu, opowiedziałam p. Barbarze historię Esther. Historię datującą się wprawdzie z czasów króla Ćwieczka, lecz o dziwo! - ciągle aktualną. I to pod każdą szerokością geograficzną.

 

Esther Rantzen jest świetną, błyskotliwą i zasłużoną dziennikarkę na topie. W Wielkiej Brytanii jest ikoną. Symbolem nieustraszonego obrońcy praw konsumenta. Jej szalone poczucie humoru pozwala jej walczyć z kołtunerią, najchętniej jej własną bronią. Esther jest zawziętym wrogiem ogłupiania społeczeństwa. Z dziką satysfakcją obnaża i walczy z kantami. Jest niezmiernie popularna i wręcz uwielbiana, nie tylko przez telewidzów. Królowa Elżbieta widocznie też doceniła jej robotę, skoro nobilitowała ją kilka lat temu.

 

Doskonale pamiętam, ten wieczór, kiedy ta nikomu nieznana, młoda wówczas dziewczyna, po raz pierwszy pojawiła się na ekranach telewizyjnych. Zaprezentowała nowy, obcy wówczas w Wielkiej Brytanii, styl reportażu. Esther była prekursorką tych ubóstwianych przez publiczność prezenterek, typu Oprah Winfrey, Sally Jessy Raphael czy Ellen de Generes. Z tą jednakże różnicą, że aczkolwiek jej program w BBC, (nawet na poważne tematy), był prowadzony przebojowo, to jednak tak trochę - z przymrużeniem oka. Esther w rewelacyjny sposób demaskowała kanty, nadużycia, nawet na najwyższym szczeblu. Ale robiła to raczej przez ośmieszanie, aniżeli przez niezdrową sensację. (Program nazywał się ”That’s Life”, był emitowany przez 21 lat i nigdy nie przyciągał mniej, aniżeli 25 milionów widzów. Rekord nie do pobicia!)

 

Esther zaskakiwała nas nieustannie. Na przykład, w erze zegarków kwarcowych, wymyśliła sobie zakup od królewskiego zegarmistrza (czy może istnieć solidniejsze pochodzenie?) nowego, ale ciągle analogowego (sprężynowego) zegarka, zacnej i szanowanej marki "Omega". Po czym, udając dziewczynę zmartwioną nagle zepsutym zegarkiem, w towarzystwie ”koleżanki” uzbrojonej w ukrytą kamerę, odwiedziły blisko 20 sklepów jubilerskich na osławionej Oxford Street.

 

Oczywiście zaraz poczęto jej wmawiać, że pękła sprężyna, albo, że zegarek wymaga gruntownego czyszczenia. Lub, że brak jakiejś tam części, którą trzeba sprowadzić ze Szwajcarii) a nawet, że…. wypadł jeden rubin(?!) ”Naprawy” wyceniano rozmaicie. Wahały się od pięciu funtów do pięćdziesięciu i trwać miały od jednego dnia aż po dwa tygodnie (sic!) I tylko w jednym sklepie, dystyngowany pan w sztuczkowych spodniach, popatrzył na nią z politowaniem, uniósł jedną brew do góry, i orzekł głosem pełnym nagany: "madam ma nieposzlakowany gust, ale madam nie nakręca zegarka". Co, z namaszczeniem, zaraz uczynił. Przetarł jeszcze ściereczką i oddał, mówiąc, że za taką drobnostkę opłaty nie pobiera. Ukłonił się i majestatycznie odżeglował na zaplecze. Nie muszę dodawać, że sklep ten z miejsca zrobił zawrotną karierę, jakiej nawet najwymyślniejsza i najdroższa reklama nigdy by nie osiągnęła.

 

No, ale miało być o kremach, prawda? (Mnie te moje dygresje kiedyś dobiją. Czytelników pewnie też.) Otóż w innym programie, Esther powiedziała, ot tak, en passant, że wszystkie kremy ”odmładzające” to jest jeden wielki pic na wodę. A już w pewnym wieku, pomagają akurat tyle, co umarłemu kadzidło. Że żadna modna i myśląca kobieta nie powinna tak bezgranicznie wierzyć fabrykantom kosmetyków. W ferworze swej płomiennej oracji, wymieniła też Helenę Rubinstein oraz motto jej firmy: ”nie ma kobiet brzydkich ‑ są tylko leniwe”. Aby podkreślić swą rację, zadała pytanie, wcale nie pozbawione logiki: “dlaczego pani Helena, mająca do swej dyspozycji sztab kosmetyczek i ich zabiegi, najlepsze maseczki i kremy zawierające najnowsze wówczas na rynku składniki, takie jak liposomy, elastynę, kolagen, kwas hialuronowy jojobę etc. (o starej, zasłużonej lanolinie nikt już nawet nie pamiętał), zamiast je stosować i być ich żywą reklamą, przeszła dziesiątki operacji plastycznych (facelifts)?”

 

Wybuchła chryja nie z tego świata. Prawnicy firmy Heleny Rubinstein dziarsko ruszyli do boju. Oskarżyli Esther, że posunęła się za daleko. (Istotnie jednym, małym pytaniem wstrząsnęła posadami multimiliardowego emporium.) Zarzucili jej, że nie ma najmniejszego pojęcia, jakie bzdury wygaduje. Jest to pomówienie i insynuacja, oparta na sensacji a nie na faktach, że pani Helena ze swoich kremów nie korzysta. I oświadczyli, że albo Esther publicznie panią Helenę i jej firmę przeprosi, albo oni będą zmuszeni zaskarżyć BBC na miliony funtów, za zniesławienie. Nie mniej, przytomnie, nie kwestionowali twierdzenia, że pani Helena przeszła szereg operacji plastycznych; musieli być świadomi, że Esther ma na to niezbite dowody. Twierdzili jednak uparcie, że pani Helena systematycznie używa swój rewelacyjny krem z miodem i dzięki niemu tak wspaniale i młodo wygląda. To właśnie ”jej kremami - kobieta wszystkich omami”.

 

Ale Esther się nie ugięła. Podjęła rękawicę. Oświadczyła, że z przyjemnością panią Helenę przeprosi, jeśli się okaże, że kremy istotnie działają i mogą czynić takie cuda. Ale trzeba je przetestować, sprawdzić ich działanie. I w zależności od rezultatów, Esther panią Helenę publicznie przeprosi. Lub nie. Czas okaże. Na badania (nie powiedziała jakie) potrzebuje trzy miesiące, prosi za tem o odroczenie sprawy na ten okres. Prawnicy odetchnęli. Przypuszczalnie założyli, że z badań laboratoryjnych nic pewnego nie wyniknie; działania kremu per se, nie da się przecież udowodnić. I pewnie, dlatego natychmiast wyrazili zgodę. Błąd w sztuce, proszę palestry!

 

Bowiem ta zwłoka wystarczyła, ażeby Esther zorganizowała show na 102 fajerki. Spektakl godny Machiavelli’ego. Nie jakieś tam badania laboratoryjne, ale widowisko z udziałem żywych, z krwi i kości, ”próbówek”. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Datę programu znali wszyscy. Przekazywano ją sobie pocztą pantoflową, nawet zanim została opublikowana w ”TV Times”. Napięcie z dnia na dzień rosło jak na drożdżach,  fascynowało, obiecywało sensację. I, jak zwykle, Esther nie zawiodła.

 

Już po dwóch tygodniach, przed telewizorami zasiadła chyba cała Anglia. Mężczyźni też. Ulice były wyludnione. A na ekranie, po odpowiednim wprowadzeniu, po wielkiej pompie i ceregielach, Esther zapoznała widzów ze swoim planem. Otóż badanie kremów nie będzie miało miejsca w jakimś tam anonimowym laboratorium, lecz na oczach całej Anglii. Wszyscy będziemy partycypować w tym eksperymencie. Przedstawiła publiczności 12 ochotniczek jego wykonania, owych ”żywych próbówek”. Tuzin pań w wieku od 25 do 65 lat.

 

W studio ustawiono 12 foteli kosmetycznych a nad każdym zawieszono kolosalny jupiter. Kilku dermatologów (największe sławy z Harley Street) i grono kosmetyczek, przeprowadzało mnóstwo fachowych testów, fotografowało i opisywało (laickim językiem) stan cery każdej pani. Na końcu każdej z nich wręczono, identyczny wyglądem, pojemnik z kremem, oznaczony tylko numerem. Nazwy kremów, odpowiadające tym numerom, dramatycznie, przy nieustającym tuszu, zalakowano i umieszczono w wielkiej, białej kopercie, którą złożono w sejfie BBC (osobny kadr).

 

Widzów poinformowano, że gama testowanych kremów, waha się od najtańszych, dostępnych w każdej drogerii, gdzie za 1‑go funta można nabyć plastikowy pojemnik o zawartości 150gr, aż po najwyszukańsze, pięknie opakowane, z ekskluzywnych butików i perfumerii, kosztowne kreacje haute cosmetique (w tym, oczywiście, także firmy Heleny Rubinstein). Najdroższy krem był od Harrods'a i kosztował wtedy 250 funtów za szklany, cyzelowany słoiczek (wielkości pół naparstka) zawierający aż...10gr.

 

Panie‑ochotniczki pisemnie zobowiązały się do codziennego wklepywania przez okres 8‑miu tygodni, (każda ”swoim” kremem, oczywiście), połowy twarzy, pół nosa i pół szyi.

 

Po upływie tego terminu, ulice znowu wymiotło. Ponownie wszyscy zasiedli przed telewizorami. I znowu z wielką paradą i fanfarami, w asyście dwóch strażników (kadr w rogu ekranu rejestrował każdy ich krok) wniesiono na aksamitnej poduszce, zalakowaną kopertę.

 

Panie usadzono na fotelach. Zabłysły światła jupiterów. Dramatyczne, muzyczne crescendo wzniecało napięcie. Światłe grono, składające się z plejady profesorów dermatologii i zespołu licencjonowanych kosmetyczek, przystąpiło do pracy. Aplikowano jakieś tam odczyny, zrobiono serię nowych fotografii super-czułym ”polaroidem”, po czym zaczęły się (na ekranie) fachowe porównania wyglądu każdej pani ”z przed” i ”po tym”. (To wręcz nie do wiary, ale wtedy na werdykt tej ”kremowej paranoi” czekała prawie cała Anglia. Co przytomniejsi obstawiali wynik u bukmacherów, niczym konie na wyścigach. Co znaczy potęga reklamy!).

 

Rezultat tego cyrku? W jedenastu przypadkach nie stwierdzono ani łuta, ani cienia różnicy! Po długim tuszu, werblach i oczekiwaniu, mikroskopijną zmianę na korzyść, nie na wygląd wprawdzie, ale w dotyku, stwierdzono u 50 ‑letniej pani. Pani, która, jak się okazało po otwarciu koperty z jej numerem, używała skromny krem firmy ”Oil of Olay". Ten sam, niewyszukany "Oil of Olay" (w Europie nazywa się ”Oil of Ulay”), koło którego gros z nas przechodzi w każdej drogerii, z zupełną obojętnością.

 

Koniec pieśni. Proces diabli wzięli. Sprawa nigdy nie weszła na wokandę. Nie mniej przemysł kosmetyczny nadal cudownie prosperuje, nadal zbija kokosy. Miliardy to szczenię. Dlaczego? Dlatego, że każda kobieta, po cichu, jednak wierzy w te krasnoludki. Widocznie tylko ja się wyrodziłam.

 

A tymczasem, każda zadbana pani powinna mieć swój własny styl i koniecznie przestrzegać mądrości naszych babć. Kilka z nich przytaczam:

 

1.       Nie obgryzaj paznokci. Popatrz tylko jak skończyła Wenus z Milo.

2.       Skrzętnie ukrywaj intelekt. Oni wolą słodkie idiotki a nie odrzutowe pilotki.

3.       Masz słaby wzrok? Zainwestuj w szkła kontaktowe. Albo w operację Lasik'iem. (Czytanie na odległość ramienia nie gwarantuje odczytania lektury, natomiast może komuś oko wybić.)

4.       Noś najcieńsze, nawet jeśli kosztowne, pończochy czy rajstopy. KAŻDA noga wygląda zgrabniej i efektowniej w "pajęczynie". Fildekosy zabijają chucie. Na śmierć! (Chyba, że facet jest wlany w cztery..)

5.       Tłuste włosy to straszne ziazie. Zainwestuj w odpowiedni szampon i dobrą fryzjerkę.

6.       Dbaj o zęby. Promienny uśmiech zaćmi pomniejsze felery na twarzy.

 

Poza darem natury i naszym wkładem (kosmetyków, znaczy się) uroda i powab są głównie wynikiem pewności siebie. Wszystko sprowadza się do tego, jak same siebie widzimy, co o sobie sądzimy. Nie każda pani ma ochotę, czas i warunki (pieniądze) ażeby podejmować nadludzkie wysiłki w utrzymaniu urody. Ale trochę można się wysilić. Abnegatki będą zawsze ”do tyłu”.

 

Każda z nas wie doskonale, że przy drobnym wysiłku, może stać się w pół godziny (za pomocą H2O2), platynową seks‑bombą. Na widok której, nawet biskup (anglikański, oczywiście) wyskoczyłby głową naprzód przez najbliższy witraż. Każda kobieta może być powabna. Jeśli stać ją na samokrytykę. Jeśli tylko będzie wiedziała, co ukryć a co eksponować. W tym leży cały sekret sex‑appeal'u. Aby dbać o siebie i upiększać się we własnym stylu! Często tanim kosztem. Bo i tak wszystko przemija. Moda e mobile. Verdi się pomylił. To nie kobieta, ale trendy zmienne są! Ładna buzia to jeszcze nie wszystko.

 

A kiedy nadejdzie czas, trzeba potrafić zmodyfikować swoje starania i nastawić się mentalnie do zejścia ze sceny z gracją i godnością. I z tym właśnie gros kobiet ma największy problem. Nie ma bardziej żałośniejszego widoku aniżeli pani, co to ”z tyłu liceum, a z przodu muzeum”, krygująca się niczym nastolatka. Która nie może zrozumieć, że nadszedł czas ażeby buławę rodzinnej kobiecości, (którą każda z nas nosi w torebce wraz z komórką), przekazać córce lub synowej.

 

Takiej pani żaden krem nie pomoże. Ani na twarzy ani na d….. Mnie tym bardziej, pani Barbaro. Bo jak Pani widzi, ja to wszystko już brałam. Ja się naumiałam. Może Pani ma cudowne geny? Wyblakłe lustro? A może w ogóle tylko 30 lat?

 

Eliksiru nie było i nie ma! A kiedy (i jeśli) będzie - mnie już nie będzie. Szkoda.