TRAMWAJ ZA TRAMWAJEM….
Jak na złość, jechałam akurat środkową linią jednej z największych arterii mojego miasta, kiedy poczułam, że coś z moim wozem jest nie tak. Pełna złych przeczuć zaczęłam pilnie patrzeć na moją cyfrową tablicę rozdzielczą. Z przerażeniem i kompletną bezradnością obserwowałam jak bezlitośnie opadają i znikają krateczki w okienku mierzącym działanie prądnicy. Jestem rutynowanym kierowcą; wiedziałam, że już za moment nie będę miała prądu. I rzeczywiście. Bowiem już po krótkiej chwili zgasły wszystkie światła. Siłą rozpędu ujechałam jeszcze kilkanaście metrów, ale kiedy musiałam zahamować na światłach...zdechł kanarek.
Z komórki wezwałam służbę drogową. Powiedzieli, że będą w ciągu 15-tu minut. Też dobrze. Ponieważ, siłą rzeczy, nie mogłam włączyć świateł awaryjnych, podniosłam maskę, ażeby inni kierowcy mieli czas wskoczyć na inny pas. A po tem biernie siedziałam w wozie i liczyłam idiotów (bo tak zachowują się tylko mężczyźni), którzy mijając mnie, pokazywali środkowy palec. Dlaczego?! Czy sądzili, że ja mam takie dziwne hobby, że lubię rozmyślnie hamować ruch kołowy w godzinie szczytu? Czy ja się modliłam o awarię? Czy ja chciałam każdemu z nich na poprzek zrobić? Chłopy za kierownicą nie zawsze potrafią myśleć. Herrenvolk psiakrew!
Jeszcze chwila a zaczęłabym się nad sobą litować. Ale nie zdążyłam. To widocznie mój anioł stróż włączył się do akcji. W formie odtrutki na podły los drogowy, zesłał mi znienacka furę wspomnień. Ażeby przestało mi być smutno, przypomniał mi inną awarię. Nieomal analogiczną, ale jakże inną! W Polsce. Wieki temu. Conajmniej ze trzy dekady. Przestałam się denerwować, uśmiechnęłam się do siebie w duchu. I równie promiennie do tych, którzy mijali mnie z uniesionym palcem. Nawet im nie życzyłam ażeby go sobie zwichnęli. Ani ażeby im odpadł.
Dalibóg nie pamiętam, który to był rok. Pamiętam tylko, że Wielkanoc była wtedy późna. Japońska firma ”Datsun” (dzisiaj znana jako ”Nissan”) akurat wypuściła na europejski rynek krótką, próbną serię sportowego samochodu, reklamowanego jako ”szybszy od wichru”. Jeździłam wtedy na ”Datsunach”, więc natychmiast poleciałam go sobie obejrzeć. Po wejściu do salonu samochodowego, od razu wiedziałam, że bez niego stąd nie wyjdę. Jedno spojrzenie i zakochałam się w nim nieprzytomnie. Nawet nie pojechałam na próbną jazdę. Pobieżnie przeglądnęłam prospekt z gabarytami, i zagapiona w lśniącą czerwień – ”kazałam zapakować”. Sprzedawcy samochodów wręcz ubóstwiają takie jak ja. Bardzo dobrze, że z miejsca kupiłam. Albowiem serię szybko wycofano z produkcji, gdyż dwuosobowy kabriolet, aczkolwiek cudny na oko (wyglądem przypominał Jaguara "E" Type), był po prostu za drogi, na to, co oferował.
Ale co mnie to obchodziło? Ja go już miałam! Kiedy po kilku dniach wyjechałam nim z salonu, aż mnie stopa świerzbiła, aby sobie gdzieś solidnie na gaz pocisnąć. Niestety. W Anglii szybkość na autostradach ograniczona jest do 70 mil na godzinę. Ale dla chętnego - nic trudnego! Na niemieckich ”Autobahn'ach” nie ma ograniczenia szybkości. Pomyślałam sobie, że mogę przecież złapać dwie sroki za jeden ogon, jeśli po prostu pojadę do Polski! Bezustannie zapraszana, zaliczę rodzinną Wielkanoc we Wrocławiu a, przy sposobności, wcisnę właśnie pedał do dechy.
Załatwiłam formalności i zamiar błyskawicznie wprowadziłam w czyn. Na niemieckiej autostradzie wnet się okazało, że panowie od reklamy w niczym nie przesadzili. Wóz spełniał moje najśmielsze oczekiwania. Fruwał! Wiatr – to szczenię. Mój wozik był istnym huraganem! Nawet z kierownicą po ”złej stronie”, brawurowo kiwałam Niemców w ich Porsche’ach i Mercedesach, że aż hej! Dusza rosła.
Moja kuzynka Duniasza (a tak naprawdę to Jadwiga), która była ordynatorem jednego z wydziałów I-go Szpitala Wojewódzkiego, też zaraz wniosła o kilka dni urlopu i razem spędzałyśmy prawie każdą chwilę. Zaliczyłam rodzinne śniadanie wielkanocne, zaliczyłam Śmigus-Dyngus (niewielki) w oblewany poniedziałek. Nie pamiętam tylko, w którym to momencie powiedziałam niebacznie, że pomimo pilnego poszukiwania w licznych wrocławskich kawiarniach, do pełni szczęścia, brakuje mi ciągle dobrej kremówki (napoleonki). Takiej, jaką robi np. ”Blikle” albo ”Bristol” w Warszawie. Naraziłam się strasznie. Duniasza, uniesiona miejscowym szowinizmem, odrzekła, że ona mi jeszcze pokaże. Że ja to już jutro będę musiała odszczekać.
Na drugi dzień (a dwa przed powrotem do Anglii), Dunia wydała rozkaz, że jedziemy w plener. Podjechałam pod jej dom i pytam, dokąd jedziemy. Ona ma figlarny błysk w oczach i mówi: nic się nie martw, masz dobrego pilota. No to jedziemy. I jedziemy. I jedziemy. Nagle na widnokręgu pojawiają się jakieś góry. Co to jest? Gdzie i my jesteśmy? - pytam. Karkonosze - oświadcza radośnie moja kuzynka. A co my tutaj robimy? - pytam mocno zaskoczona. Będziemy jadły najlepsze kremówki na świecie - odpowiada Duniasza. A nie można było ciut bliżej? - pytam ją, logicznie chyba. Można, ale nie w takiej scenerii – chichocząc, odpowiada rodzinne nasienie.
Trzeba przyznać, że piękne są te Karkonosze. Nigdy przed tym tam nie byłam. Fantastyczne widoki i powietrze, pomimo dwutaktów na drodze, cudowne. I miała kuzynka rację. Faktycznie, takich delicji, takich kremówek jak ”U Turka” w Jeleniej Górze, chyba nigdy w życiu nie jadłam. Raj, maj, wiosna w pysku! Wrąbałam chyba z pół tuzina na miejscu i jeszcze na drogę kupiłyśmy dwa duże pudła. To tam właśnie, z przepyszną kremówką w gębie, zobaczyłam pomnik światowej sławy dr Zamenhofa, twórcy języka esperanto.
A jednak pomimo cudownej wycieczki i kremowego obżarstwa, czułam się dziwnie niespokojna. Dunia zapomniała mnie uprzedzić, czym są, dla i tak podłej już drogi, wiosenne roztopy. Moje nowe cacko miało wyjątkowo niskie zawieszenie i z trudem pokonywało trasę pełną dziur. Lawirowałam jak mogłam, ale mimo wszystko, w drodze powrotnej trapiło mnie cały czas jakieś złe przeczucie.
Więc kiedy do Wrocławia dobiłyśmy bez cudów, odetchnęłam z ulgą. Ale nie na długo. Odwiozłam Duniaszę do domu, i zaraz ruszyłam dalej. Do mojego hotelu jechało się tak trochę z góry, po jednej z głównych ulic (zdaje się, że Grunwaldzka). Nierówną, wyboistą ulicą kocich łbów i szyn tramwajowych. Mój hotel był na lewo, a piękna, lwowska Panorama na prawo. Już widziałam hotelowy parking i nawet jedno wolne miejsce. Jeszcze tylko nań skręcić pod kątem prostym i byłby to miły koniec słodkiej eskapady w góry. Byłby. Bo ja już od paru chwil wiedziałam, że jadę wyłącznie siłą rozpędu. Że nie mam gazu. (Zupełnie tak jak teraz, w Mississauga. Czyżby historia uwzięła się na mnie, czy też tylko lubi się powtarzać?) Łudziłam się, że może uda mi się jakoś dotrzeć jednak na ten parking. Niestety. A do tego, jak ja już coś robię, to zawsze na wielka skalę! Mam ten gest! Dlatego rozkraczyłam się nie na jakimś tam boczku, tylko dokumentnie pośrodku ulicy. Dokładnie w poprzek obu torów, czym oczywiście zahamowałam cały ruch tramwajowy.
Jak to jest? Kiedy człowiek czeka na tramwaj na przystanku, nie widać go godzinami. Ale kiedy tylko zablokowałam tory, zaczęły sunąć gromadnie, niczym groźne, niebieskie węże. Nie przypuszczałam, że Wrocław ma aż tyle naraz kursujących tramwajów! Jeden pan motorniczy z ukontentowaniem czynił półkoliste ruchy przed sobą, co miało przypuszczalnie oznaczać piersi, czyli babę, ergo - idiotkę za kółkiem. Drugi pan motorniczy z politowaniem kiwał głową i, dla odmiany, kreślił kółka na czole. Ludzie powychodzili z wagonów. Jedni stali na chodniku i gapili się jak sroka w kość. Inni podchodzili do samochodu, wymieniali fachowe uwagi na temat kształtu i (niewidocznego) silnika i już się prawie o to kłócili. Mnie ignorowali kompletnie! Jakbym była powietrzem.
Wyszłam z wozu i podniosłam maskę (paru panów aż gwizdnęło z podziwu). Przyczyna awarii była oczywista. To, co w kabinie jest pedałem gazu, po drugiej stronie, pod maską, jest stalowym prętem, zapiętym u góry czymś, w rodzaju zatyczki. Widocznie na tych potwornych wybojach ta zatyczka się obluzowała i w końcu wypadła. Szukaj wiatru w polu! Teraz wóz stał, ja stałam, ludzie stali i tramwaje stały. Mętlik nie z tego świata! Ale jakoś nikomu nie przyszło do głowy ażeby mnie zepchnąć. Może to mój ”grzybek” tj. nalepka ”GB” na samochodzie im się nie podobał a może po prostu nie mieli ochoty. Z rezygnacją opuściłam maskę, podeszłam do tyłu, zaparłam się z całej siły i...wóz ani drgnął. A oni tylko patrzyli. I wtedy, w swej bezdennej desperacji (i cichej furii także), wrzasnęłam na cały głos: no co? Pomożecie?
Wszystkiego się spodziewałam. Gwizdów, objawów niechęci, obojętności, zgiętego ramienia z dłonią w łokciu, może nawet przekleństw. Ale śmiechu?! ŚMIECHU?!!! Głośnego, spontanicznego, gromkiego wybuchu śmiechu?! Nic nie rozumiałam. Ktoś krzyknął: ta co pani ni bałaka, ży pani nasza! I nagle wszyscy rzucili się popychać. W sekundę zostaliśmy równiutko ustawieni na parkingu, mój ”Sunek” i ja. Stałam z otwartą gębą, zupełnie ogłupiała. Co za przedziwna reakcja! No, bo niby skąd ja miałam wtedy wiedzieć, (jako, że mnie dopiero wieczorem oświecono), że kiedyś, przed laty, Edward Gierek jeździł po kraju i właśnie pod hasłem: ”pomożecie?” składał się jak scyzoryk i złote góry ludziom obiecywał? Podziękowałam głośno moim wybawcom i z ulgą skwitowałam rozjeżdżające się wreszcie tramwaje, pełne ciągle roześmianych, przyjaźnie do mnie machających, pasażerów.
No tak, ale co teraz? Całe szczęście, że naprzód, nawet dość przytomnie, z recepcji, telefonicznie zaalarmowałam rodzinę. Bo już za chwilę zaczęłam wprawiać się w stan paniki. Co będzie, jeśli tutaj utknę? Gdzie oni znajdą zapasową część do wozu, który dopiero od miesiąca jest na rynku? Za dwa dni wygasa moja wiza, a za cztery bilet na prom. Horrendum!
Ale od czego uczynna rodzina? Kuzyn w ciągu godziny zdołał zmobilizować i sprowadzić pana Władka. Pan Władek naprzód z prawdziwym zachwytem obejrzał mój wóz. Po tem spojrzał pod maskę. Po tym na mnie i znowu na wóz. Westchnął głęboko, po czym bez słowa tłumaczenia, obrócił się na pięcie i …poszedł do hotelu. Przez szybę widziałam, że wchodzi do zakładu fryzjerskiego. Po co? Strzyc się idzie, czy co? A co ze mną?!
Niepotrzebnie się denerwowałam. Pan Władek wrócił po chwili, dzierżąc w ręku kilka zwykłych wsuwek do włosów. Przysiadł na murku i, nie wypuszczając papierosa z ust (bardzo niezdrowo!), bez pomocy żadnych narzędzi, zaczął te wsuwki zginać w palcach. Kilka mu się ułamało, ale z ostatniej zrobił w końcu coś w rodzaju kokardki. Która okazała się być idealną zatyczką. Założył. Sprawdził gaz, przyśpieszenie, posłuchał z uznaniem jak mój silnik cichutko mruczy. Spojrzał na mnie na wpół z politowaniem - na wpół z rozbawieniem, wypluł papierosa na gazon i powiedział kuzynowi, który właśnie wyjął portfel z kieszeni, że on za takie g... od pana doktora żadnych pieniędzy brać nie będzie. Bo to była heca a nie robota. Mnie powiedział krótko: ”szerokiej drogi” i poszedł sobie.
W drodze powrotnej (z początku nieśmiało), ale wnet cisnąc pedał do deski, pół Europy przejechałam nie tylko bezproblemowo, ale i w rekordowym czasie.
Po powrocie do domu, natychmiast pojechałam do Datsuna. Derek, mój stały mechanik, obracał “zatyczkę” w palcach ze zrozumiałym zaciekawieniem. Już trzeci raz żądał abym mu opowiedziała o tym, jak to ten facet, tam w Polsce (where exactly is Poland? 1.100 miles? Really?) gołymi rękami urobił część zapasową do zagranicznego samochodu. Długo jeszcze nad czymś medytował, po czym zwołał wszystkich bez wyjątku pracowników. Nawet tych z biura. Każdemu dal pomacać ”magiczną harnadlę” i opowiedział moją epopeję. O tym jak to ja, bez mała pól Europy na zwykłej wsuwce do włosów, przejechałam.
A oni patrzyli z niedowierzaniem. Bo każdy Anglik wie tylko, że części zapasowe muszą być firmowe. Specyficzne dla danego wozu, modelu i rocznika. Urobienie czegoś na własną rękę wydawało im się bajką, egzotyką, czymś, czego oni absolutnie nie pojmowali. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że na firmową zatyczkę, wartości 20 pensów, będę czekała pół roku (wtedy wszystko sprowadzano z Japonii.) I, że ja przejadę kolejne 1.600 mil, zanim firmową zatyczkę dostarczą do mojego warsztatu. Gdyby ta awaria nastąpiła w Anglii, przez 6 miesięcy chodziłabym na piechotę (nie lubię), wypożyczałabym samochody (kosztowne) lub marnowałabym cenny czas, czekając na publiczny transport (niewygodnie).
A wszystko to przez rodzinne łakomstwo (no co? no co? przecież sama wszystkiego nie spałaszowałam), przez tę predylekcję do kremówek i, brzemienną w skutki, wycieczkę do Jeleniej Góry. Podróże kształcą?
O! Przyjechała ”Służba Drogowa”. Robi się jeszcze większy galimatias, ale palca już nikt nie pokazuje. Co za nagła kurtuazja! Facet bierze mnie na hol. Pyta, dokąd mnie odstawić. Nie ma tutaj pana Władka, ale takich jak pan Władek jest wiele. Ja mam pana Janusza. Jestem jedną z tych, która uczy się na swoich błędach i dzięki temu wie, kogo ma się trzymać. Nie dla mnie kanadyjskie warsztaty. Bo tylko Polak potrafi…..