NIEDZIELNY SZARWARK

 

Pani Jolanta H. z Toronto znajduje się w niecodziennej sytuacji i szuka porady. Szkopuł w tym, że sprawy rodzinne mają na ogół kilka oblicz i osobie postronnej jest niezmiernie trudno coś rozsądnego doradzić. I chociaż nie sądzę, ażeby ktoś inny mógł w dzisiejszych czasach znajdować się w analogicznym położeniu - na wszelki wypadek przytaczam list p. Jolanty i moją, niespecjalnie rezolutną, poradę:

 Pani Nino! Wyszłam za mąż za rozwodnika. Mój mąż Stefan jest bardzo dobrym, czułym i kochającym człowiekiem i pewnie miałabym cudowne życie pod każdym względem, gdyby nie teściowie. Bo moi teściowie, skądinąd bardzo dobrzy i uczynni ludzie, wyżywają się naszym kosztem, żyją naszym życiem. Przykład? A choćby to, że wszystkie, ale to absolutnie wszystkie, niedziele i święta MUSIMY spędzać u nich.

 Ja mam odpowiedzialną pracę; pochłania dużo czasu i wysiłku. Pracuję daleko od domu, wiele czasu spędzam na dojazdach. Jak każda pracująca kobieta, prowadząc dom i pracując na full-time, po całym tygodniu pracy czuję się zmęczona. Chociaż w tą jedną niedzielę chciałabym sobie odpocząć. Może spotkać się ze znajomymi. Albo pojechać za miasto. W zimie na narty, w lecie nad jakieś jezioro. Znajomych nie mamy za wiele, bo ludzie o nas powoli zapominają. Znajomości trzeba kultywować. Kiedy? Jak Pani wie, życie towarzyskie i kulturalne (np. polski teatr lub inna impreza) kwitnie tutaj tylko w weekendy. Kiedy niedobitki przyjaciół proszą na niedzielę na BBQ - my zaproszenia przyjąć nie możemy, bo trzeba jechać do teściów. Kiedy inni zapraszają na ”cottage” - musimy odmówić, bo teściowie czekają. Nawet z zaproszenia na pierwszą komunię dziecka naszych znajomych nie mogliśmy skorzystać, bo teściowa orzekła, że spotkanie rodzinne jest ważniejsze, aniżeli obce dziecko.

 Ja już mam zupełną obsesję na tym punkcie. Ciągle tylko myślę o prawdziwie ”wolnej” niedzieli. Wolnej od rodzinnych spotkań, od rodzinnego obowiązku. Wolnej pod każdym względem. Marzę o wyspaniu się do syta. Marzę o wypożyczeniu dobrego filmu. Marzę o chodzeniu przez cały dzień w szlafroku. Marzę o nie robieniu niczego, na co nie mam ochoty.

 Niestety. Zaraz po kościele, obowiązkowo musimy jechać do teściów. Tam jemy obiad, podwieczorek i kolację. Na dodatek wszystko jest tam potwornie tuczące, bo teściowa uważa, że słowo ”cholesterol” wymyślili sprytni fabrykanci dietetycznej żywności i robią z ludzi wariatów. Więc teściowa robi konkurencję przedwojennej pani Monatowej i każde gotowanie zaczyna od: weź pół kopy jaj i kilogram masła, etc.

 Podczas kiedy ona gotuje, Stefan z ojcem grają w bilard, albo w szachy, oglądają sport w telewizji lub plotkują o znajomych, których ja nie znam. Podczas każdego spotkania, nieodmiennie na stół wjeżdżają stare albumy fotograficzne, których oni zdają się mieć setki. Ich całe życie jest zawarte w tych albumach. Jest to cotygodniowa ceremonia. Rytuał. Oglądają te same fotografie, wymieniają dziesiątki miejsc i nazwisk, zachłystują się wspomnieniami. Ja też muszę oglądać. Wysłuchiwać przy tym peanów pochwalnych i podziwiać, jaka zgrabna i cudowna była pierwsza żona Stefana. (Jeśli była taka cudowna to, dlaczego uciekła z innym? Oni nawet nie wiedzą gdzie ona się podziewa. Ale o tym się nie mówi, tego się nie komentuje.) Natomiast komentuje się (i krytykuje) prawie wszystko to, co my robimy. Nasze plany, nasze zakupy, nasze znajomości, wystrój mieszkania, nasze meble, marki naszych samochodów, w zasadzie całą naszą egzystencję.

 Od samego początku usiłowałam ułożyć nam życie inaczej. Pod własnym kątem i dla naszej wygody. Kiedy wszystkie próby kolejno zawodziły, próbowałam różnych kruczków. Także ”chorować”. Niewypał! Natychmiast zjeżdżali z torbami pełnymi zakupów, ażeby u nas obiad ugotować. W sumie zostawałam później z górą brudnych naczyń i garnków (nie mamy automatycznej zmywarki), więc ”chorowanie” szybko mi się odechciało.

 Stefan ma dwie siostry. Obie siostry z rodzinami bywają u rodziców tylko na imieniny i wielkie święta. One niedzielnych szarwarków odwalać nie muszą. Bo ich mężowie po prostu odmówili poddania się woli i kontroli teściów. Potrafili gromko powiedzieć ”nie”. Próbowałam przekonać Stefana, że niedziele są nasze; NAM się należą. Niestety. Groch o ścianę. On twierdzi, że rodzice nie przeżyliby takiej dezercji, że czuli by się potwornie osamotnieni, że nie możemy im serca łamać. Ja przypuszczam, że on się po prostu boi wydziedziczenia. Ale przecież pieniądze to nie wszystko. Młodość przechodzi mi koło nosa, Pani Nino! Ja chcę trochę pożyć, zanim będzie za późno! Co ja mogę zrobić? Czy Pani zna inne podobne przypadki i co robią wtedy inni ludzie?

 Nie, nie znam. Chyba nikt nie zna. Pani musi być aniołem i męża bardzo, bardzo kochać. Bo żadna inna, normalna kobieta takiej kurateli, dłużej aniżeli niż pięć minut, po prostu by nie wytrzymała. W moim pojęciu, tacy zaborczy, posesywni i zarazem nachalni rodzice są nieszczęściem dla swoich dzieci. Aliści nie dla beniaminków, którzy nie mają krzyża. Może to właśnie było powodem, że Pani poprzedniczka dała dyla? Rodzice, którzy nie potrafią pogodzić się z faktem, że ich oczko w głowie założyło własne gniazdo (wszak nawet w Biblii stoi: ”człowiek opuści ojca swego i matkę swoją i przyłączy się do żony...”, prawda?), są potwornymi egoistami. Pijawkami. A to, co Pani pisze, że nawet w podróż poślubną do Meksyku chcieli z Wami lecieć, nie świadczy najlepiej o stanie ich klepek umysłowych. Nie mniej prawda jest taka, że jeśli ludzie chodzą nam po głowie, to tylko dlatego, że my sami im na to zezwalamy!

 Jednakże, ażeby być absolutnie fair, mnie się nie wydaje, ażeby teściowie ponosili wyłączną winę za ten stan rzeczy. Stara, polska sentencja głosi, że ”kto kogo miłuje - wad jego nie czuje”. I pewnie dlatego Pani nie widzi, czy też nie potrafi zobaczyć, że winę za to żałosne położenie ponosi głównie Pani mąż-maminsynek. Czy Pani za męża ma chłopa czy mysz pod miotłą? Ja rozumiem, że na początku mąż nie chciał antagonizować rodziców, jako, że mu obiecali (i udzielili) pomoc finansową na zakup mieszkania. Ale to było dawno. Za czasów Pani poprzedniczki. Pani to nie dotyczy. Pani – ni pri czom tut. Toteż Pani prawo do buntu jest w pełni uzasadnione.

 No, a teraz porozmawiajmy o realiach. O tym, co można, ewentualnie, z tym fantem zrobić. W związku z tym mam pytanie: czy Pani liczy siły na zamiary? Czy Pani będzie potrafiła SAMA teściom się przeciwstawić? Bo dla mnie jest jasne, że na męża liczyć nie można. I czy Pani potrafi przewidzieć, jakie będą tej ”rebelii” reperkusje? Jak wtedy postąpi mąż, kiedy Pani wreszcie palnie pięścią w stół? Bo jaka jest alternatywa? Wieczne gonienie w piętkę? Nieustająca frustracja? Ciche dni? Obudzenie się pewnego dnia w "czubkach"? Wprawdzie zawsze jeszcze pozostaje pójście w ślady poprzedniczki i pryśnięcie gdzie pieprz rośnie, ale Pani twierdzi, że męża bardzo kocha i on Panią także. Hmm… bardzo dziwnie to okazuje. No, ale może ja mam nieco inne kryteria na życie w ogólności. A na lojalność w szczególności.

 No cóż, nie da się chłopu przywiązać miotły do krzyża, ażeby go do pionu ustawić. Zatem na Pani barkach spocznie obowiązek podjęcia ostatecznej decyzji. Nie mniej nie sądzę ażeby obeszło się bez kompromisu.

 Co by było z przedstawieniem mężowi propozycji, typu: ”słuchaj! Z oporami, pod presją, ale dla świętego spokoju jestem skłonna odżałować jedną niedzielę w miesiącu dla twoich rodziców. Jedną tylko i ani grosza więcej”? Albo...(każda kobieta ma to swoje osobiste, specjalne i zawsze działające ”albo”. Celibat nie każdemu się uśmiecha, prawda?) Wtedy Pani niezdecydowany mąż, lecz niezwykle lojalny synalek, zostanie przyciśnięty do muru i będzie musiał wreszcie zająć jakieś stanowisko. ”Biedaczysko” bez suflera, bez niczyjej pomocy, będzie musiał zadecydować, co mu jest ważniejsze: wola żony i spokój w domu, czy wola rodziców, wazelina i nieunikniony rozpad małżeństwa (drugiego). Żadna kobieta, nawet najbardziej zakochana, nie da rady tolerować na dłuższą metę taaaakiej nielojalności!

 Jeśli mąż się zgodzi - nie ma sprawy. Pozostanie tylko powiadomienie rodziców w grzeczny, acz stanowczy sposób, że ”wybieracie weekendową wolność", bo macie inne plany. Ale, jeśli mąż będzie prosił o odroczenie, będzie skamlał, wahał się i łamał, nie wróżę Pani małżeństwu różowej przyszłości. Brak natychmiastowej aprobaty Pani planu potwierdzi tylko to, że jako syn - jest zawodowcem, jako mąż - amatorem.

 Zgadzam się z Panią, że jest to żadne życie, kiedy człowiek zamiast cieszyć się na dni wolne od pracy, wzdryga się na myśl o nich. Mnie się wydaje, że takie ingerowanie w Wasz modus vivendi, takie narzucanie Wam jak macie spędzać Wasze wolne chwile, nie jest normalnym postępowaniem rodziców. I muszę się też z Panią zgodzić, że jeśli nie podejmie Pani jakiegoś drastycznego kroku dzisiaj - jutro może być faktycznie za późno. Usus wyruguje rozsądek.

 Nie jestem tylko pewna czy mam Pani współczuć czy też podziwiać za wytrzymałość. Za to długie składanie uszu po sobie, za jednostronną lojalność. Aż się wierzyć nie chce, że ten bunt nastąpił dopiero teraz! Przypuszczam, że przelewa się czara goryczy i tylko w Pani gestii leży czy pozwoli Pani rodzinie nadal sobie tę gorycz dolewać czy też złapie Pani czarę i palnie nią o ścianę. Rozgrzeszając swój czyn mądrymi słowami Sofoklesa: ”dobry los nie jest sprzymierzeńcem bezczynnych”!