SYF A SPRAWA POLSKA

 

           Jakiś czas temu, użyłam w felietonie dwóch, rzekomo brzydkich, określeń, a mianowicie: ”robić w konia” i „syf”. Ku mojemu zdziwieniu, redakcja natychmiast otrzymała list od poirytowanego czytelnika, który na mnie za te słowne ”ekscesy”, przysłowiowej, suchej nitki nie zostawił. Inicjałów tego pana podawać nie będę, bo nie jest ważne, kto pisał, ale co pisał. Otóż ten pan, choć nigdy, jak twierdzi, o mnie nie słyszał i nie wie kim jestem (mimo, że piszę dla Polonii tylko 18 lat) gromko oświadcza, że wie wszystko o niskim poziomie p.Gejsztor (?!) A propos mojego nazwiska - w krótkim liście padło ono aż 8 razy. Czyżby do tego stopnia się podobało? Nie sądzę, gdyż za każdym razem pisane było inaczej. Przypadkowo? Celowo? Czy tylko niechlujnie po prostu? Nie wiem.

         Może ten pan od niedawna przebywa w Kanadzie i niewiele wie o wolności słowa? Poucza mnie, że: należy głębiej się zastanowić, w jaki sposób podawać papkę dziennikarską. Uważa też, że: pisanie na całą stronę świadczy o niskim poziomie (!?) A ja dzisiaj smaruję znowu całą stronę. Czy mnie to dyskredytuje? Jeśli tak, to w czyich oczach? Na szczęście, jeśli wierzyć, oburzony czytelnik, przysięga, że mojej strony już nigdy czytać nie będzie, więc jeden problem mam z głowy. Ten pan oświadcza także: że moje pisanie nie jest dla naszego pisma najlepszą wizytówką a już mój język i forma wyrażania się, nie przystoi nawet brukowemu słownictwu dziennikarskiemu. I dodaje, że: ”różnych lokatorów ma Pan Bóg, nawet takich, co dużo piszą, nic nie mówiąc”. No cóż. Jeśli mieszkam w bożym basemencie i na pokoje nigdy nie wejdę, to skorzystam z tej ”dennej” (literalnie) prerogatywy i machnę jeszcze coś więcej na ten ”śliski” temat.

 Mój naczelny, nie porozumiawszy się ze mną, odpowiedział na ten list. Bronił mnie jak lew. A tymczasem ja, ja ta ”bzidka”, ja paskudna, wcale nie jestem mu za to wdzięczna. Albowiem nie wydaje mi się, ażebym miała jakiś powód do sumitowania się; nie uważam ażebym coś zdrożnego napisała. Wszak napisałam ”robić w konia” a nie ”walić”, (choć i to ludzka sprawa). Zaś zwrot ”robienie w konia” figuruje w Podręcznym Słowniku Frazeologicznym Języka Polskiego PWN (str.217, paragraf 6), a tam chyba nie świńtuszą.

 To drugie określenie mogłam istotnie nazwać kiłą lub luesem, (jako, że są to synonimy). Wybrałam ”syf”, bo krótszy, łatwiej mi nim obracać. Każdy wie, że ”syf” to skrót od syfilisa. Ten zaś jest chorobą, jak każda inna. Tyle, że weneryczną. Jest tak nazwany od tytułu łacińskiego poematu Syphilis sive Morbus Gallicus, w którym jest mowa o nowej (wówczas) chorobie, na którą zapadł pasterz o imieniu Syphilus. Skrót ten, przez stulecia, zatracił swe oryginalne znaczenie; obecnie najczęściej używany jest jako synonim brudu, chlewu, bałaganu. Chociaż, przypuszczam, że wnet znowu powróci do pierwotnych, nie tyle zmian, co łask. Odzyska swe dawne, medyczne znaczenie, jako, że Służba Zdrowia w Toronto alarmuje, iż liczba zachorowań wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat – aż ośmiokrotnie!

 Dlaczego miałabym się kajać? Piszę w pierwszej osobie. To znaczy - od siebie. Jak ja coś widzę, odczuwam. Ktoś się ze mną zgodzi, ktoś nie, a jeszcze ktoś inny pozostanie obojętny. Natomiast prawdą jest, że nie znoszę eufemizmów, że nazywam rzeczy po imieniu. Nie piszę pupcia czy żupcia. Piszę dosadnie; wszak wiadomo, o co chodzi. Nie nabieram wody w usta. Może jest to niekonwencjonalny (not ladylike - jakby powiedzieli Anglosasi) sposób na podkreślenie czegoś, ale jak dotąd, zdaję się osiągać zamierzony skutek. Rozumiem, że każdy, kto ze swoimi myślami czy przekonaniami wchodzi na forum publicum, musi liczyć się z krytycyzmem. Jeszcze się taka nie urodziła, któraby każdemu dogodziła. Dlatego wiele daje do myślenia fakt, że ten sam felieton, który tego pana tak zbulwersował, oburzył i negatywnie do mnie ustosunkował, zaowocował ponad 30-ma pozytywnymi wypowiedziami. Kto tu ma rację?

 Zastanawiam się skąd jest w nas tyle obłudy. Tyle pruderii. Ja piszę mocno. Zgoda. Ale czy to znaczy, że jeśli ktoś głośno ”nie rzuca mięsem”, nie zna tych słów w ogóle? Nigdy ich nie używa? To skąd wie, że są ordynarne? Ejże! A może tylko stara się uchodzić za Francję-elegancję? Odgrywać świętoszka? Przecież to już XXI-szy wiek! Wystarczy przejrzeć krajową prasę. Nawet Urbana nie potrzeba, ażeby uznać moją rację.

 A u nas? Niedawno, w kościele, obok mnie dwie rodziny (z dziećmi) przekazywały sobie znak pokoju. Ludzie skupieni, rozmodleni. Uduchowione, uniesione twarze. Ale już pół godziny później, na parkingu, skakali sobie do oczu i wymyślali od ostatnich. ”Kurwy” - latały jak jaskółki. O czym to świadczy? Czy nie o bigoterii przypadkiem?

 A z tym syfem - byłam już poprzednio w opałach. Już raz oberwałam zań po uchu. I to nawet nie w kontekście wulgarności. Wtedy innemu panu podpadłam. I też niesłusznie. No cóż. Za prawdę biją!

 Wówczas pisałam o skandalach na dworach królewskich na przestrzeni wieków. Wspomniałam angielskiego Henryka VIII, który z powodu syfa, względnie młodo (56 lat), pożegnał się z tym światem. I pewnie tylko dzięki temu nie zaraził następnych 6-ciu (lub więcej) żon. Wspomniawszy paru innych kochliwych królów z innych krajów i epok, mimochodem wspomniałam o królu Janie III Sobieskim i jego ukochanej Marysieńce.

 Horrendum! Koniec świata! Wnet otrzymałam grubą kopertę. Zawierała kserokopie wielu dokumentów oraz oburzony list od pana doktora B. z Pembrooke. Mam ten list do dzisiaj. Na dowód, jak tendencyjna polityka potrafi zrobić wodę sodową z mózgów nawet najbardziej wykształconych ludzi, przytoczę kilka zdań:

”W skandalu, który miał mieć miejsce na dworze królewskim Jana III Sobieskiego, obwiniła pani królowę Marysieńkę, tak ubóstwianą przez króla, że zaraziła go syfilisem. A co mówi historia? Wiemy, że królowa urodziła 3-ch zdrowych synów Jakuba, Konstantego, Aleksandra oraz córkę Teresę-Kunegundę. Gdyby matka była zarażona syfilisem, to by przeniosła blade krętki syfilisowe na dzieci. W tamtych czasach nie było skutecznych lekarstw i dopiero w 1909r Salwarsan został zastosowany do leczenia. Dużo poźniej antybiotyk penicylina, wytępił tę chorobę.”

Sekcja zwłok króla wykazała, że król zmarł na mocznicę. A więc skoro król nie miał syfilisa, to królowa również mieć go nie mogła. Spodziewam się, że pani zrehabilituje królowę Marysieńkę pro publico bono i zarazem ujawni źródła historyczne i naukowe, z których pani czerpała, aby opisać skandal żadną miarą niemający miejsca na dworze króla Jana III ..”

 A kuku! A właśnie, że miał! Tyle, że to wcale nie był żaden skandal, lecz prawdziwa tragedia. Na gromkie żądanie pana doktora, miałam odparować jeszcze inne, ex-cathedra postawione zarzuty i publicznie moją poprzednią wypowiedź - zdementować. Miałam przeprosić pana doktora w szczególności, a wszystkich Polaków w ogólności.

 Przestraszyłam się nie na żarty. Czyżby mi się coś pokićkało? Czyżbym pomieszała królowe? Przecież pamiętam jak czytając o niej, płakałam rzewnymi  łzami nad losem tej biednej dziewczyny.

 Zrozumiałe, że na takie dictum rozsierdzonego lekarza-wenerologa, a więc syfowego autorytetu, musiałam napisać rzeczową ripostę. Nie tylko po to, ażeby ratować moją własną twarz, ale głównie po to, ażeby pismo nie ucierpiało z powodu mojego, rzekomo, frywolnego felietonu. Wszak, według pana doktora, rzuciłam bezpodstawne kalumnie. Zadałam kłam historii. Obraziłam majestat. Skopałam ”sprawę polską”!

 Obłożyłam się książkami. Wertować je mogłam tylko po nocach (w ciągu dnia pracowałam) i robiłam notatki. Wnet się okazało, że nawet niespecjalnie musiałam się wysilić. Bowiem wielkie sławy, tak pisarskie jak i medyczne, (a choćby dr Tadeusz Żeleński-Boy, genialny pisarz i tłumacz, lekarz z wykształcenia), wyjęły mi gruszki z popiołu, bardzo szczegółowo opisując cierpienia królowej Marysieńki. Biednej dziewczyny, która od wczesnej młodości walczyła z syfilisem! A przecież ja wcale a wcale nie chciałam obrażać Marysieńki. Ja tylko powinnam była wiedzieć, że w polskiej prasie nie wolno nazywać prawdy po imieniu.

 Nikt nie chce chorować. Ani na tą ani inną chorobę. Tylko dlaczego, wobec tego, o grużlicy Chopina mówi się z takim współczuciem, a o syfie Wyspiańskiego ze wstrętem? Czy Witkacy i Przybyszewski chcieli mieć syfa? Nie chcieli. Ale mieli. Czy dlatego, że jest to choroba, którą ”łapie się” niechronionym seksem? (Nieprawda, że można się zarazić z ręcznika, sedesu czy klamki.) Czy to zresztą ważne? Ważne, że jest chorobą. I nie dajmy się zwariować! Świat oparty jest na seksie. Gdyby w raju Adam i Ewa nie robili ”tego”, nas by dzisiaj nie było. Seks - jest to bardzo fajna i zdrowa sprawa. Oficjalnie uprawiana dla prokreacji, ale niewspółmiernie częściej dla zwykłej, ludzkiej, naturalnej przyjemności. I tylko Panu Bogu dziękować (i prezerwatywom), że przy obecnym rozluźnieniu obyczajów, tyle ludzi ma fart, że dotąd ani syfa ani AIDS nie podłapało.

 Tak więc, w obronie własnej, byłam zmuszona ”obnażyć” biedną Marysieńkę. Doprawdy należy się litować nad losem tej kobiety. Mało o niej wiemy. Cenzura ”Młodej Polski” zatrudniała brązowników, którzy mieli obowiązek idealizować naszych bohaterów narodowych. Do tego stopnia, że przez 20 lat udawało im się ukryć, nawet przed studentami medycyny, ”wstydliwą” chorobę Marysieńki. Pewnie stąd też ignorancja ”mojego”, przedwojennego, pana doktora.

 Różnica pomiędzy cenzurą przedwojennej Polski a cenzurą PRL polegała na tym, że ta pierwsza uprawiała ją w irchowych rękawiczkach, a ta druga w bokserskich. Przez dwie dekady pieczołowicie ukrywano listy zakochanego jak szczeniak, króla Jana. Urocze i rozczulające listy największego romantyka pośród królów i największego (dosłownie) króla wśród romantyków.

 Maria-Kazimiera nie była panną puszczalską. Jako młodziutką dziewczynę, dziecko prawie, ”kupił” ją sobie od królowej francuskiej (była jej dworką) stary pijak i rozpustnik Jan (Sobiepan) Zamoyski, wojewoda sandomierski. Ówcześni Polacy z przekąsem przezwali jej chorobę ”francuską”, wiedząc doskonale, że nabyła ją na polskiej ziemi, od własnego męża, arystokraty, rodowitego Piasta. Myślę, że z poza ”kapryśnej” (za jaką uchodziła) buzi, kto chciałby doszukać się prawdy, zobaczyłby nieszczęśliwą, chorą dziewczynę. Zaszczutą, stale brzemienną, matkę szesnaściorga (sic!) z nim dzieci, które rodziły się nieżywe lub rychło umierały. I choć są to fakty historyczne, ”mój” pan doktor nie miał o nich zielonego pojęcia. Heca, no nie?

 Po śmierci Zamoyskiego (na syfilisa, naturalnie), Marysieńka wyszła za króla Jana z prawdziwej, wielkiej, płomiennej miłości. Z pożycia z królem, na czworo dzieci, które się uchowały, przypadają liczne poronienia, nieżywo urodzone płody i wcześnie zmarłe niemowlęta. Kronikarze obliczają, że Marysieńka w sumie była 24 razy w ciąży. Pytałam znajomych lekarzy, jakim cudem uratowała się w/w czwórka. Okazuje się, że po okresie szankra, leczona kiła może nie być już zaraźliwa. A Marysieńkę leczono we Francji rtęcią i innymi środkami, począwszy już od 17-go roku jej życia.

 Przysłany przez pana doktora protokół sekcji zwłok króla, okazał się czystą fikcją. Spreparowaną przez przedwojenne władze, na użytek uniwersytetów. Prawdziwy, zupełnie odmienny (o mocznicy ani słowa) akt zejścia, podający właściwą przyczynę śmierci króla, znajduje się w archiwum muzealnym w Warszawie. Czy to nie czysta obłuda?! Szęśliwie, żadne choroby nigdy nie umniejszą osiągnięć naszego bohatera narodowego. Ani ja ani moje rzekome ”pomówienie” nie zmieniło historii. Prawdy historycznej nic zmienić nie może! Ale może pana doktora nieco oświeci?

 Jak gromko zażądano, odpowiedziałam na postawione zarzuty. Znowu na całą stronę (mój ulubiony format). Napisałam prawie dysertację naukową. Cytowałam verbatim teksty, źródła, numery stron. I co? I nic! Pan doktor, który z hukiem potrafił zmieszać mnie z błotem, odsądzić od czci i wiary, nie miał w sobie na tyle kurtuazji, ażeby później szepnąć: ”przepraszam. Sorki. Zrobiono mnie w konia.” Ano właśnie! Droga do Opierdowa jest zatłoczona. Droga do Canossy świeci pustkami.

 W naturze nic się nie zmienia! A już szczególnie – w naszej.