SAMOTNOŚĆ JEST NIEŁATWA…
W dzisiejszych
czasach, proszę Pani, 57 lat to nie jest jeszcze wiek, w którym rezygnuje
się z życia. Nie wiem jak ją przekonać, ażeby wyszła
ze swojej skorupy. Inaczej ułożyła sobie życie, zaczęła
być niezależna i nauczyła się na nikim nie polegać. Bo
teraz z powodu byle głupstwa, ja jestem natychmiast wzywany. Czy w dzień,
czy w nocy. Muszę wszystko rzucać i zaraz do niej jechać. Pomagać,
załatwiać, pouczać. I w nieskończoność wysłuchiwać
jej gorzkich żali.
Niestety,
nie trafia do niej argument, że: ”life goes on”. Moja żona, z początku
bardzo pomocna, teraz ochłodła i ma dla niej coraz mniej czasu. A mnie
suszy głowę, że zachowuję się jak stara kwoka i zamiast
siostrę popchnąć do przodu, przez to nieustanne wybieranie jej
gruszek z popiołu, tylko przedłużam i pogłębiam jej
inercję. Uważa, że ją rozpuszczam i uzależniam od
siebie. Co nie jest prawdą. Ale moja siostra faktycznie otoczyła się
jakimś niewidzialnym kokonem. Najchętniej, to by w ogóle z domu nie
wychodziła. Ma żal do Boga, do ludzi, do dawnych przyjaciół, do
całego świata. Jak ją zmusić, ażeby wróciła do
żywych?...
Nic na siłę, proszę Pana! Tylko łagodną perswazją.
A jeśli to nie pomoże, to bardziej drastycznym postępowaniem.
Albowiem rację ma żona, że powoli trzeba zacząć
ograniczać pomoc; nie reagować natychmiast na liczne wezwania. Jeśli
nie jest to doprawdy coś bardzo pilnego czy poważnego, wtedy świadomie,
z premedytacją, trzeba dać jej czekać. Odroczyć wizytę.
Nawet o kilka dni. Zresztą, jeśli dobrze czytam pomiędzy liniami,
Pana ta sytuacja też zaczyna męczyć; być coraz cięższym
ciężarem. Pan jest starszy od siostry, ma własną rodzinę,
wyczerpującą pracę zawodową, absorbujące życie.
Dlatego, stopniowo, trzeba będzie faktycznie wycofywać pomocną dłoń.
Dla jej własnego dobra zresztą.
Gwoli Pana informacji, WDOWA jest to chyba najżałośniejsze
i najbardziej przygnębiające hasło w całym wokabularzu. Ciężar
gatunkowy wdowieństwa uzależniony jest nie od długości współżycia
małżeńskiego, lecz od jego jakości. Stąd wiele świeżo
upieczonych wdów, szczególnie tych po wielu latach szczęśliwego współżycia,
gubi się w nieznanej im naraz samotności.
Nie dość, że kobieta straciła męża, nie dość,
że legł w ruinie jej dotychczasowy świat - boli ją i nie
rozumie, dlaczego właśnie wtedy, opuszczają ją przyjaciele.
A tymczasem to dziwne zachowanie przyjaciół, miewa czasami niejakie
uzasadnienie. Ludzie, na ogół, nie są aż tak źli, czy bez
serca. Najczęściej kieruje nimi skrępowanie. Nie wiedzą co mówić,
jak się zachować. Wdowa wdowie nie równa. Niewiadomo, jaka będzie
jej reakcja na słowa pocieszenia. Czy wolno nawiązywać do
”starych czasów”? Wspominać? Mówić o ”drogim nieobecnym” czy
lepiej milczeć? Jedna wdowa dostaje histerii na dźwięk jego
imienia; druga tylko o nim chce rozmawiać. Nie ma reguły.
Jednakże, czasami nawet i najlepsi przyjaciele kierują się
prozaicznymi względami. Myślą na wyrost. Boją się,
że będą co chwilę nagabywani o pomoc (tak jak Pan teraz). Co
może stworzyć pewne uzależnienie i gotowe jest wejść w
zwyczaj. Czasami pieniądze też odgrywają rolę. Przyjaciele
nie wiedzą, czy w restauracji trzeba będzie zawsze za nią płacić.
Czy za bilet do teatru (koszt czasami niebagatelny), wypada domagać się
zwrotu. Jeśli wdowa nie prowadzi samochodu, czy w nieskończoność
trzeba ją będzie wozić i odwozić. Wiele wątpliwości
się rodzi.
Około 60-tki ludzie bywają już zmęczeni własnym
życiem. Do tego, mężczyźni rozmyślają trwożnie:
wczoraj on, a jutro...kto? Zaś niejedna pani boi się (niesłusznie,
zresztą), że żałobna wdowa, choć tej chwili wprawdzie
jeszcze ciągle rozpacza, jednak po jakimś czasie zapikuje w stronę
jej małżonka. Więc, na wszelki wypadek, dmuchając na zimnie,
oboje znikają z horyzontu.
Wiem to z doświadczenia, proszę Pana. Ja to wszystko ”brałam”
na własnej skórze. Ja ”chodziłam w tych butach” i do dzisiaj nie
zapomniałam jak bardzo ”piły”, jak były niewygodne. I jeśli
wyszłam z tego obronną ręką, zawdzięczam to sobie i
prawie obcym ludziom. W każdym razie - nie najbliższym przyjaciołom.
Owdowiałam młodo.
Dużo, dużo młodziej od Pana siostry. My także prowadziliśmy
dom otwarty. "Mr. & Mrs. Popularity" - to my właśnie! My
też przyjaciół liczyliśmy na kopy. Nie przesadzam. Na pogrzebie
Mietka, katedra była wypełniona po brzegi. Ludzie na ulicy stali. Ale
wnet po pogrzebie - zrobiło się przedziwnie pusto.
Bardzo długo nosiłam żałobę po mężu (i
w pewnym sensie, po przyjaciołach także). Nie dlatego, że chciałam
komuś coś udowodnić. Nie! Mnie było po prostu czarno na
duszy i stąd te kiry. Dopiero, kiedy na arenę wkroczyła rodzina męża
i zaczęła mi perswadować ażebym je w końcu zdjęła,
uprzytomniłam sobie, jak to dla otoczenia wygląda i, że pewnie ja
sama tymi krepami ludzi od siebie odstraszam. Posłuchałam. Zaczęłam
skromnie od granatu, a po tym, poleciało…
Mietek nie był w ciemię bity. Przewidział, że kiedy
skończy się akcja i poleje się wino, może także polać
się krew. I to nie wroga. Należy pamiętać, że to były
”tamte” czasy. Wtedy żołnierze nie rozumieli, nie wiedzieli, iż
jest to sprawa genetyczna, że najwięksi tego świata byli, są
i będą gejami. Mietek obawiał się o ich bezpieczeństwo.
Jako dowódca, wezwał ich do siebie, przykazał ostrożność
i nawet ułożył im zgrabną gadkę, ot, na wszelki wypadek.
Że siostra Romana jest żoną Zbyszka, więc jako rodzina,
razem się trzymają. Po skończonej kampanii, wysłał ich
szybciutko do Szkoły Podchorążych i na tym, zdałoby się,
zakończyła się ich łączność. Otóż, nie!
Życie napisało zupełnie inny scenariusz.
Po wielu latach spotkał ich w Londynie. W naszym ”własnym”
Safeway'u. Okazało się, że obaj ukończyli uniwersytety, są
inżynierami. Przez ileś tam lat przebywali na kontraktach w Afryce,
poczym powrócili do Anglii. Chyba z kupą forsy, gdyż kupili bardzo
wystawną posesję na sąsiedniej ulicy. (Nawet z czasem stali się
sławni, gdyż rok rocznie wygrywali nagrodę burmistrza prestiżowej
dzielnicy Kensington, za najładniejszy ogród. Potrafili jakoś
przystosować afrykańskie rośliny do angielskiego klimatu; ich oba
ogrody przypominały mini-ogród botaniczny. Cudo!)
Obaj panowie unikali polskiego środowiska i mam prawo przypuszczać,
że Mietek był jedynym Polakiem, z którym spotykali się czasem na
drinka w lokalnym pubie. Poznałam ich przypadkowo. Na zakupach. Mietek
powiedział krótko: to jest Roman a to Zbyszek, ci z tego ślicznego
domu. Buchnęli mnie w mankiet (pocałowali w rękę, znaczy się)
i wszczęliśmy ogólną rozmowę o witaminowej przewadze niektórych
egzotycznych owoców, które oni znali, a ja nie.
Na pogrzeb Mietka nie przyszli. Przysłali mi tylko kondolencje, których
wszelako nigdy nie zapomnę. Napisali, że umarł człowiek
przez wielkie ”C”. Wartościowy, wyrozumiały, dobry i mądry.
Że oni też go opłakują. W ”PS" dodali, że zawsze
będą na moje usługi i żebym zawsze na nich liczyła. Dzięki
Bogu, nie miałam potrzeby.
Ale, kiedy jednej nocy, ciśnienie wywaliło zawór w kaloryferze
i sypialnię zaczęła zalewać woda - spanikowałam. Straciłam
głowę. Zamiast do hydraulika, zadzwoniłam do nich. Byli w dwie
minuty. W szlafrokach i pidżamach. Wiedzieli gdzie jest główny kurek,
ażeby zakręcić wodę. Wiedzieli gdzie wyłączyć
ogrzewanie. Wiedzieli jak przykręcić zawór a później włączyć
wszystko z powrotem. Nawet dywan chcieli suszyć, ale ja się uniosłam
honorem i nie pozwoliłam. Podziękowałam im stokrotnie i na tym
ich nieprzewidziana ”wizyta” się skończyła.
Kiedy pod nieustającym naciskiem rodziny, obiecałam włączyć
się wreszcie w ”żywy” nurt, pomyślałam, że
najlepiej zacząć od pójścia na imieniny do Izy, mojej przyjaciółki.
Przez tyle lat spędzaliśmy wszystkie imprezy wspólnie! Zadzwoniłam.
Złożyłam życzenia i czekałam na zaproszenie. Daremnie.
Życzenia przyjęła i powiedziała, że party nie urządza,
bo Czesiek zabiera ją na narty do Austrii. A potem dowiedziałam się,
że party było, a jakże, i to na 102 fajerki.
Zrobiło mi się łyso. Ale co tam - pomyślałam. No
to pójdę na Sylwestra. Skoczę na głęboką wodę!
Choć miałam wiele zaproszeń od moich angielskich i szkockich
przyjaciół (hogmanay – najważniejsza noc roku dla Szkotów!),
serce dyktowało mi pójść na polski bal. Do tego samego lokalu,
gdzie bywaliśmy od lat. Chyba był w tym jakiś masochizm, ażeby
chcieć pójść właśnie tam, gdzie przez tyle lat w dwie
minuty po północy nasz stół bywał oblegany i wszyscy radośnie
śpiewali Mietkowi ”Sto Lat”. Wszak 1-go stycznia – to jego imieniny!
Zaczęłam obdzwaniać przyjaciół. Ludzi, z którymi
nie tylko beczkę soli, ale chyba pół Wieliczki żeśmy zjedli.
Niestety! Jurkowie nie szli, bo mama po operacji. Andrzejowie nie szli, bo baby-sitterka
nawaliła. Markowie zrezygnowali, bo córka ma grypę. Albertowie nie idą,
bo biletów już nie ma. Ryśkowie nie idą, bo Danka skręciła
nogę. Wojtkowie nie idą, bo Marta ma od kilku dni potworny atak
migreny. Same nieszczęścia!
Ale, jak już wspomniałam, życie pisze własne,
nadzwyczajne scenariusze. Kilka dni przed Sylwestrem wracałam do domu ze
sklepów na piechotę, obładowana torbami. Mój samochód był w
warsztacie na przeglądzie. Skulona. Zmarznięta. Zrezygnowana. Człap,
człap - noga za nogą. Aż podskoczyłam, kiedy nagle za mną
odezwał się wesoły głos: ”cóż to Pani taka przegrana,
pani Nino?” Odwróciłam się. Roman już mi torby z ręki
wyjmował i pyta, co mi jest. Dlaczego jestem taka smutna? Gdzie mój
normalny, promienny uśmiech?
Nie wiem czy uderzył w jakąś czułą strunę,
czy tylko przelała się czara goryczy. Bo nagle otworzyłam się
przed nim jak śluza na Tamizie. Rozryczałam się i wyrzuciłam
z siebie wszystkie moje bolączki. Na koniec dodałam, że miałam
najlepsze chęci wyjść wreszcie z tej żałobnej skorupy,
ale, że mi to widocznie nie jest to pisane. Spojrzał na mnie tak jakoś
dziwnie i nic nie powiedział. Za to zadzwonił wieczorem i zapytał
czy oni mogą mnie odwiedzić. Zdziwiona i ucieszona, odparłam,
że bardzo proszę.
Przyszli za pół godziny i już od drzwi postawili sprawę
jasno. Że ja zapewne wiem co jest co, i dlaczego oni nie bywają w
polskim środowisku. Ale teraz chcą zrobić wyjątek. Ich
dozgonna wdzięczność do Mietka nakazuje im podać mi rękę
w tej niezręcznej sytuacji. A że mnie bardzo lubią, tym większa
będzie ich radość, jeśli zechcę im towarzyszyć. Bo
oni zapraszają mnie na Sylwestra! Oczywiście będę ich gościem;
o odmowie nawet nie chcą słyszeć. Oponowałam chwilkę
przez czystą kurtuazję, ale w duszy śpiewałam z radości.
Upewniłam się, że nie żartują i skoczyłam im na
szyję. Namówili mnie, ażebym kupiła sobie nową suknię
balową. Poprosili abym pomogła załatwić bilety. Bo oni nie
wiedzą gdzie i jak, a ja mam przecież ”chody”.
Na drugi dzień sporo się za tą suknią nalatałam,
ale w końcu udało mi się zdobyć wytworną, prześliczną
kreację Jean Varon. Cudo! Marzenie wariata po bezsennych nocach! Mam ją
do dzisiaj. Prawda, że wbić się w nią nie mogę. Ale
kiedy mi smutno, kiedy chandra mną trzepie, lecę na nią popatrzeć
i od razu się śmieję. Na wspomnienie tamtej nocy. I początku
mojego nowego życia.
Bo kiedy wparowałam na salę, uwieszona na ramieniu dwóch
przystojnych, wysokich, szpakowatych panów w smokingach (prawie sobowtórów
George Clooney’a i Pierce Brosnan’a) - pierwsza para, którą ujrzałam
to byli Jurkowie. Widocznie mama sama zdobyła się jakoś na
zaparzenie sobie herbaty. I Andrzejowie byli. Pewnie znaleźli inną
baby-sitterkę. Markom magicznie musiała wyzdrowieć córka.
Albertowie zapewne, tak samo jak ja, bez najmniejszego trudu zdobyli bilety. A
Danka tańczyła w najlepsze na skręconej nodze. Marta na czole nie
miała zimnego kompresu. Widocznie ciepła ręka jej partnera, głęboko
poniżej pasa, sprawiła ten cud.
Wspomnienie ich reakcji na nasze wejście, do dnia dzisiejszego
wprawia mnie w szampański humor! Te głupie miny. Te umykające
spojrzenia. Te obłudne uśmiechy. Te nieszczere przywitania. Jedyne, co
było szczere i prawdziwe, to zawiść w oczach moich
niegdysiejszych przyjaciółek, na widok mojej sukni. I moich panów!
Zaraz po kolacji, zaczęła się istna ”wędrówka ludów”
do naszego stołu. Byliśmy oblegani. Przy innych stołach siedzieli
smętni mężowie, a przy naszym miejsca nie było. Nie miałam
pojęcia, że moja eskorta tak cudownie tańczy! Skąd miałam
wiedzieć? A moje koleżanki oszalały. Jeśli powiem, że w
kolejce do nich stały, to nawet zbytnio nie przesadzę. Każda
chciała wiedzieć, kim oni są. Skąd się wzięli,
dlaczego ”ja ich chowam”. Odpowiadałam, ze słodkim uśmiechem
na twarzy, że przez te lata, kiedy myśmy ”z niezrozumiałego dla
mnie powodu” (koń by się uśmiał!) stracili kontakt, nawiązałam
inne znajomości; weszłam w inne towarzystwo.
Po każdym tańcu, sypały się zaproszenia: ”Ninko!
Przyjdź do nas na obiad w niedzielę. I przyprowadź panów.”
”Ninko! A do nas w sobotę na kolację. Koniecznie! I panowie też.”
”Nino! Musisz przyjść bezwarunkowo 24-go na Rafała imieniny -
no i panowie też są proszeni.” ” Kochani! Musicie koniecznie być
na balu karnawałowym w Dorchester – jutro zamówię dla was bilety.”
I tak do białego rana. Nagle stałam się najpopularniejsza
na sali! Nagle nikt już nie mógł żyć beze mnie! Zaproszenia
sypały się jak łupież. W drodze do domu, w taksówce,
panowie z kieszeń wyciągali garściami serwetki, na których moje
szanowne koleżanki podały swoje numery telefoniczne i wypisały dość
ciekawe sentencje.
Jeszcze przez następne pół roku moi sąsiedzi byli moją
carte blanche na liczne imprezy,
z których wszelako nigdy nie skorzystałam. Non-stop bywałam
gdzieś proszona, nieodmiennie wraz z moim entourage, oczywiście.
Dopóki nie pojęto, że mnie wychudło. Że nie przyjdę.
Ale ta noc była przełomowa! Otworzyła mi oczy i pomogła
stanąć na nogi. Wkrótce rzeczywiście znalazłam sobie inne milieu.
Inne towarzystwo, które bez najmniejszego problemu, przygarnęło w pełni
NIEZALEŻNĄ (w tym słowie tkwi bezwzględny klucz do nowego
życia) wdowę. Reszta, jak to się mówi - jest historią.
Dwa miesiące temu dostałam smutny e-mail od Zbyszka. Roman zmarł
nagle na atak serca. Dwie minuty i już go nie było. Zbyszek rozpacza.
Nie wie, po co żyje, nie wie, co ma teraz ze sobą zrobić. Byli ze
sobą przez 57 długich i serdecznych lat! Popłakałam się
jak bóbr. Niestety, poza kojącymi słowami, nic mu pomóc nie mogę.
Czy Pan widzi jakąś analogię w tych historiach? Z żałobą
(mężczyźni także) każdy musi uporać się sam.
I powrócić do żywych dopiero wtedy, kiedy poczuje się na siłach.
Czasami pomoc z zewnątrz jest potrzebna i konieczna, ale nie do przesady.
Odbiera inicjatywę. Robi z kobiety życiowego inwalidę i zapieka ją
w jej nieszczęściu. Jak inne wdowy, Pana siostra sama musi dojść
do tego, że chce odrzucić ”szczudła”. Dopiero wtedy nauczy się
sama chodzić wokół swoich spraw i przestanie byle drobnostką
Pana deranżować.
Czy siostra nie pracuje? Jej by się przydało jakieś zajęcie.
Jeśli nie pracuje - o, to jest dla Pana pole do popisu. Pomóc jej znaleźć
jakieś zainteresowanie. Jakieś hobby. Po czym szybciutko ”wymówić
służbę”. Wtedy będzie zmuszona sama stanąć na
nogi.
Kiedy siostra przeczyta moja historię, może będzie potrafiła
zrozumieć, że ona nie jest ani pierwsza ani ostatnia w tej sytuacji.
Wdowy są kolosalną armią walczącą samotnie z przeciwnościami
losu. I taki już ich los, że im więcej ludzi wokół nich –
tym bardziej one odczuwają, że są same.
Ale, jak Pan to słusznie ujął: ”life goes on”! Kto nie
nadąża, zginie. Czasami trzeba być okrutnym, ażeby być
dobrym. W Pana przypadku oznacza to po prostu, że trzeba przestać
pomagać!