Nie rób drugiemu – co tobie niemiłe
Pani Grażyna D. z Mississauga napisała do mnie list: Pani Nino! Spotkał nas niczym niezasłużony afront i oboje z mężem nie potrafimy się z tego otrząsnąć. Mój mąż pracuje w niedużej firmie, w której panuje bardzo swojska, przyjacielska atmosfera. Dlatego byliśmy zdziwieni, kiedy otrzymaliśmy nie ustne, ale pisemne zaproszenie, w którym szef (a zarazem właściciel firmy) wraz z małżonką, zapraszają nas 9-go listopada na uroczysty obchód ich srebrnego wesela,. Naprzód byliśmy proszeni do kościoła, gdzie oni odnawiali przysięgę małżeńską, a potem na bankiet, w bardzo wytwornej sali restauracyjnej hotelu Hilton.
W sprawie prezentu, nie znając tutejszych zwyczajów, mój mąż zwrócił się po poradę do swojej kanadyjskiej koleżanki. Ta powiedziała, że można, wraz z kartą okolicznościową, wysłać prezent do ich domu, ale można też przynieść ze sobą na przyjęcie. Najlepiej coś ze srebra, bo to przecież jest ich srebrne wesele. Ładny kryształ też powinien być mile widziany.
Po prezent pojechaliśmy do Toronto, a przy sposobności ja sobie sprawiłam wystrzałową kreację, specjalnie na tę okazję. W kościele były tłumy. Na bankiet przybyliśmy dokładnie o oznaczonej godzinie. Ze ślicznie zapakowanym prezentem, kwiatami i odpowiednią kartą. Jakież było nasze niemiłe zdziwienie, kiedy okazało się, że nie figurujemy na liście zaproszonych gości. Odniosłam wrażenie, że jubilaci byli bardziej zaskoczeni niż zażenowani. A że nie było miejsca dla nas przy ogólnym kolosalnym stole (w formie podkowy), szybko dostawiono jeden mały na boku, gdzie siedzieliśmy sami. Niczym niegrzeczne dzieci w "oślej ławce".
Po kolacji, przy tańcach i alkoholu, przykre uczucie chwilowo złagodniało, ale nurtująca frustracja pozostała. My nic a nic z tego nie rozumiemy. Jeśli nas nie chcieli, to po co nas zapraszali? A jeśli chcieli, to dlaczego nie przewidziano dla nas miejsc przy ogólnym stole ani wizytówek z nazwiskami? Jak Pani myśli? Czy nas spostponowano? Czy my się mamy czuć obrażeni? Czy ja powinnam porozmawiać z żoną szefa, z którą zawsze byłam w dobrej komitywie? Tylko niech nam Pani nie radzi, aby puścić to w niepamięć, bo my nie potrafimy. Od tygodni wałkujemy tę sprawę aż do znudzenia. Jeśli było to jakieś celowe zlekceważenie, za Boga nie możemy dojść przyczyny. Co robić i jak się zachować, ażeby sprawę wyjaśnić? Ani mój mąż ani ja nie znosimy niedomówień. Czy Pani może nam coś zasugerować?...
PS. Nikt z obecnych, nawet bliski przyjaciel męża, nigdy tej sprawy nie skomentował. Tak jakby nic się nie stało, jakby afrontu nie było, a przecież był! Mąż jest tak zdegustowany, że teraz kombinuje jak się wykręcić z corocznej, biurowej “Christmas Party”….
Mnie się nie wydaje ażeby to był jakiś afront z premedytacją. Ja się raczej dopatruję niezamierzonego qui pro quo. Proponuję Pani ekspresowe, gruntowne przeczesanie własnej pamięci. Jako, że istnieje bardzo realna możliwość, że to właśnie Państwo zawinili. Że to Państwo popełnili nietakt, a nie Wasi gospodarze. Albowiem w Pani liście (na 3-ch stronach, jakby nie było), chronologicznie opisującym bieg wydarzeń, Pani ani razu nie wspomina o odesłaniu jubilatom odpowiedzi na ich RSVP. (Po to właśnie dostaliście pisemne zaproszenie a nie ustne.) Nie wiem za tem, jak Pani zareagowała na ten maleńki akronim: "R.S.V.P.", figurujący u dołu każdego zaproszenia. Akronim, który oznacza, po francusku (jako, że w przeszłości język francuski był językiem używanym przez dyplomację) ”repondez s'il vous plait”. Co właśnie znaczy: uprasza się o odpowiedź. Prośby o RSVP nigdy nie wolno zignorować! Obowiązkowo wymaga odpowiedzi.
Jest to sprawa niebagatelna. Arcyważna w stosunkach międzyludzkich. Dobre wychowanie i niepisane prawo dyktuje zastosowanie się do tej prośby. Wyklucza bowiem wiele niezręcznych sytuacji, a choćby właśnie takich jak ta. Od lat obserwuję wśród rodaków to kuriozum, ten towarzyski fenomen i ciągle poszukuję odpowiedzi na to pytanie: dlaczego Polacy mają jakąś taką dziwną awersję do tych czterech literek? Odpowiedź na zaproszenie ma podwójny cel. Abstrahując od obycia i kultury adresata, jest dowodem, ze zaproszenie dotarło do właściwych rąk oraz, co najważniejsze, pozwala gospodarzom imprezy poczynić odpowiednie przygotowania.
Jeśli jestem na właściwym tropie i jeśli oni nie otrzymali potwierdzenia o przyjęciu ich zaproszenia, to trudno od nich wymagać ażeby przewidzieli dla Państwa miejsca i kolację (set menu) w ekskluzywnym lokalu. Przeciwnie, to ONI mieli wszelkie prawo poczuć się rozżaleni. To ani “me” ani “be” z Państwa strony, zostało poczytane jako niema odmowa (ja bym tak to zrozumiała). Dlatego nie dziwota, że przy postawieniu ich przed fait accompli, byli zaskoczeni, zażenowani i pewnie im było równie łyso, jak Państwu.
Każdy, kto urządza imprezę, chce wiedzieć ile osób może się spodziewać. Jeśli ubaw odbywa się w domu to pal sześć. Jadła i napojów zawsze jest podostatkiem (dużo gorzej z krzesłami, talerzami i sztućcami). Ale jeśli wyprawiany jest w lokalu sprawa ma się zupełnie inaczej. Tam trzeba zawrzeć kontrakt prawny. Tam z góry trzeba ułożyć, obstalować i opłacić menu. Ile dań dla jaroszy? Ile dla cukrzyków? Uzgodnić, o której godzinie impreza musi się zakończyć, bez względu na opory rozochoconych gości. Jóóóziu, daj pyska!
A Pani sama, to co? Nie chciałaby wiedzieć ile osób stawi się na Pani kolejne, proszone urodziny? W jakiej ilości przygotować potrawy, ile sprokurować butelek z alkoholem? Ile kartonów coli? Ile butelek toniku, wody sodowej? Kto pije gin a kto whisky?
Jeżeli moje założenie jest słuszne i Pani tego "RSVP" nie odesłała, to jak oni mieli wiedzieć, że Państwo jednak przybędą? Z jakiej racji mieliby zamawiać dwa ekstra posiłki, ot tak, na wszelki wypadek. Było by to i bezcelowe i nieekonomiczne. W porządnych lokalach podstawowe menu kosztuje dzisiaj co najmniej $75 (i więcej) na główkę, a to jest nie byle zupa - kiedy gości kupa. Po to właśnie kompletuje się listę biesiadników. Oczywiście, zawsze może się tak zdarzyć, że ktoś nie dojedzie czy zachoruje, ale to jest wówczas vis maior, siła wyższa; tego nie da się przewidzieć.
Powtarzam, na "RSVP" dobre wychowanie nakazuje bezwarunkowo odpowiedzieć. Obojętnie czy akceptujemy czy nie! W pierwszym przypadku piszemy: ”dziękujemy za zaproszenie, zjawimy się oboje z prawdziwą przyjemnością”. W drugim przypadku piszemy: ”jest nam bardzo przykro, że nie będziemy mogli wziąć udziału w....(urodziny, rocznica, imieniny etc.) ale sercem i myślami będziemy z Wami”. Podanie przyczyny nie jest obowiązkowe. Nie mniej odpisać trzeba, jeśli nie chcemy, aby uznano nas za nieobytych ordynusów.
Może w tym momencie warto wspomnieć też i o drugiej stronie medalu. O tych, którzy zaproszenie wysyłają. Zaproszenia nie wolno wysyłać w ostatniej chwili, kiedy istnieje szansa, że dotrze ono do adresata zaledwie na parę dni przed anonsowaną imprezą. To również jest niedopuszczalne. (Sprawia wrażenie, że ktoś inny odmówił i teraz zapycha się dziurę). Idealnie powinno znaleźć się w rękach zaproszonego 4 do 6 tygodni przed opiewaną datą. Tak jak, bardzo poprawnie, uczyniła to żona szefa. Takie są wymogi dobrego wychowania, światowej kindersztuby. Tak jak nieznajomość prawa, nie jest okolicznością łagodzącą, tak samo nie można tłumaczyć się tym, że w Polsce tego nie praktykowano. Gdyż było by to wierutnym kłamstwem. Świadczyłoby o ignorancji mówiącego i wystawiłoby nam, jako narodowi, świadectwo ubóstwa salonowego.
Nie lubię nikogo namawiać do kłamstw ale czasami cel uświęca środki. W Anglii małe, białe kłamstwa (little white lies) są na porządku dziennym. Serwowane są po to, aby samemu nie "tracić twarzy" lub, aby komuś innemu nie sprawić przykrości. Zatem, jeśli słusznie się domyślam, że Pani tego nieszczęsnego "RSVP" nie odesłała, radzę zaprosić żonę szefa na kawę do eleganckiego lokalu i, w odpowiednim momencie, powiedzieć rozbawionym głosem: "wiesz co? Dopiero dzisiaj poczta zwróciła nam "RSVP" wysłany do ciebie tyle tygodni temu. W pośpiechu, podałam zły adres. Teraz rozumiem, że niechcący sprawiliśmy wam wiele kłopotu, za co bardzo przepraszamy". Wilk będzie syty a i owca cała. Pani pokaże, że potrafi zachować się comme il faut a ona, jeśli wykręt "kupi", powinna się ucieszyć, że została przeproszona i sytuacja wyjaśniona.
Lecz, jeśli ja się mylę, bo Pani akceptację na czas odesłała, wówczas sprawa będzie wymagała wyjaśnienia na "wyższym szczeblu". Może mąż powinien zapytać szefa wręcz czy ma do Was jakieś pretensje, jakąś zadrę. Może ktoś coś naszczekał? W miejscu pracy bywają zawiści, animozje. Nigdy nic nie wiadomo.
Gdyby to na mnie popadło, zastosowałabym wariant trzeci, (ale Pani on się nie podoba). Ja bym uznała, że jest to musztarda po obiedzie, że "co było a nie jest, nie pisze się w rejestr" i sprawę bym olała. A Pani zrobi jak uważa, bo tylko Pani wie czy ja się wstrzeliłam, czy mam rację. Afront a nieporozumienie są to dwa różne pojęcia. To drugie można leciutko załatwić jednym słowem: pogadajmy.