DLACZEGO TYLKO MY?!

Dlaczego my? Dlaczego nas akurat mają za naród imbecyli, kretynów i skończonych idiotów? Jeśli się nie ockniemy i nie zareagujemy, to już za chwilę powrócą niesławne „Polack jokes”. I nawet nie będą aż tak bardzo z palca wyssane, jak te z ubiegłego wieku. Uwzięli się na nas? Czy też my się sami podkładamy?

Jeśli w przedwojennej Polsce, uliczni sprzedawcy reklamowali swój wątpliwej jakości towar z walizki, gromkim: “amerykańska automata do wiązania krawata” i ludzie kupowali tłumnie - jest na to logiczne wytłumaczenie. Po pierwsze to miało miejsce 75 lat temu. Po wtóre, kluczem do ich uczciwej, przedwojennej mentalności był przymiotnik: “amerykańska”. Słowo będące wówczas synonimem nie tylko czegoś nowego i pomysłowego, ale przede wszystkim przodującej doskonałości  technicznej,  trwałości i renomowanej solidności.

Tak było wtedy.  Lecz czym wytłumaczyć fakt, że dzisiaj też ciągle nabijają  nas w butelkę? Dlaczego w następnym stuleciu, pomimo, że mieszkamy teraz na amerykańskim kontynencie i na własne oczy widzimy co w trawie piszczy, dwie następne generacje dobrowolnie podkładają się wnukom tamtych krasomówczych cwaniaków? Rzeka słów i nacisk pozostały te same. Walizkę  zastąpiły massmedia.  Naiwności, niestety, nie zastąpiło nic.

Ale ad rem. Powód dla którego rozwodzę się nad naszą naiwnością jest taki, że od dłuższego czasu jestem bombardowana listami i telefonami na temat zdałoby się uniwersalnego środka, znanego nam pod nazwą “Transfer Factor”. Czytelnicy się skarżą. Pieklą. Klną. Dając upust swej złości, żądają ażebym zajęła jakieś stanowisko, ujęła się za nimi. Chcą ażebym napisała coś konkretnego na ten temat, chcą zrozumieć co jest grane.

Odpowiadam na pierwszy z brzegu list. Zresztą wszystkie są podobnej treści. Ten list jest od p. Leszka O. z Mississauga i nie wiele różni się od pozostałych. List jest długi, a między innymi, zawiera znany mi na pamięć zarzut:

Co się dzieje? Tyle razy już do Pani na ten temat pisałem a Pani nic. Dlaczego Pani nie położy kresu oszukańczej reklamie Transfer Factor, która ludzi tylko zwodzi? Omamia. Czyste szarlataństwo. Obiecuje cuda, kosztuje majątek a nie działa. Co on w ogóle zawiera? Kiedy zachorowałem, jak każdy inny, też chciałem leczyć się bezinwazyjnie. Naprzód kupowałem od jednego człowieka, który mi ten środek przywoził do domu. Później, kiedy ten Wiesław nagle zniknął, kupowałem z pod lady w polskim sklepie. Z początku kupowałem Transfer Factor zwykły, a kiedy nic nie pomagał, zacząłem kupować Transfer Factor Plus, ten niby silniejszy. Płaciłem po $100 amerykańskich, czyli blisko $140 naszych, za jedno opakowanie. Wydałem ponad $3.400 (pożyczone od szwagra, bo pracować już nie mogłem). Nic mi nie pomogło, tylko mi gorzej zrobiło. Skończyło się szpitalem i operacją.  Na ostatnią chwilę, na pięć przed dwunastą – jak orzekli lekarze. Pytali dlaczego tak długo zwlekałem.  Pokazałem pojemnik Transfer Factor.  Złapali się za głowę….

Dlaczego wszyscy wzięli wodę w usta? Napisałem do kilku gazet. Nikt słowa nie wydrukował. Dzwoniłem do radia. Zignorowali. Dlaczego nikt nie podnosi alarmu? Dlaczego nikt tego środka nie demaskuje? Wiem całkiem na pewno, że mój nie jest odosobnionym przypadkiem. Kiedy to się skończy? Czy to jest jakaś zmowa? Dlaczego Pani, zawsze taka rezolutna i wygadana, też milczy jak zaklęta? Jak głaz. Kupili Panią?….

Nie. Nikt mnie nie kupił. Jestem bezcenna – można powiedzieć. Powód jest prozaiczny. Panu jest łatwo gadać. Pan może namieszać. Rzucać kalumnie. Pieklić się, insynuować, nawet banialuki wypisywać. Po czym Pan może zniknąć jak kamfora i szukaj wiatru w polu.  Natomiast ja, kiedy coś napiszę, odpowiadam za każde słowo. A wraz ze mną pismo, w którym to drukuję. I jego naczelny. A czy Pan nie zauważył, jak bardzo są u nas ostatnio procesy w modzie? Ba, chyba nie wiele się pomylę, jeśli stwierdzę, że stały się naszym narodowym hobby. Dlatego nie mogłam pozwolić sobie na gołosłowną pisaninę. Długo musiałam szperać, studiować, dowiadywać się, pisać, monitować, tłumaczyć stos dokumentów, aby w końcu móc napisać coś konkretnego.  Za co nikt mi nawet nie podziękuje. Albowiem robię to w czynie społecznym. Dla moich czytelników. A bracia-Polacy, dla tych którzy coś robią za frajer, nie mają ani szacunku, ani wdzięczności. Jeszcze się z nich nabijają.  Ciekawa jestem, czy Pan chociaż mój wysiłek doceni?

Dla mnie, Pana sprawa jest jasna jak słońce. Transfer Factor na pewno Panu nie zaszkodził. Nieubłagany postęp choroby, długie zwlekanie z leczeniem - to Panu zaszkodziło; mogło Pana nawet życie kosztować. Pan widocznie tatusia nie słuchał, kiedy Pana pouczał: “słuchaj synku uchem, a nie brzuchem”. Dlatego radia też niech Pan nie wini.  Chopaka do bicia proszę szukać  w....lustrze.

 Każde dziecko rozumie, że massmedia nie żyją ze słuchaczy czy z czytelników. Żyją z płatnych ogłoszeń.  Jako, że  reklama JEST dźwignią handlu.  To też dzisiaj co druga reklama chce nas uzdrawiać, odchudzać, podbudowywać nasz system immunologiczny, wzmacniać naszą odporność, “czyścić” od środka i od zewnątrz. Aliści najefektywniej “czyści” tylko nasze portfele. A gdy urządza pranie, to raczej naszych móżdżków.  Nie mniej WSZYSTKIE massmedia, zastrzegają się, że nie odpowiadają za treść przekazywanych reklam i komunikatów. Na zasadzie: caveat emptor! (Kupujący – strzeż się!), bowiem często to, co jeszcze wczoraj było szarlatanerią,  dzisiaj nazywa się “big business”. I to nie tylko na niwie zdrowotnej.

Ja akurat z przekonaniem wyznaję mariaż medycyny konwencjonalnej z alternatywną. Trzeba tylko wiedzieć co jest co i na co pomaga. Nie bez kozery napisałam, że Pan nieuważnie słucha. Albowiem w tysiącach słów bombardujących Pana z eteru, w kontekście TF, ani razu nie padło słowo: “lek”.  Nie mogło.  Transfer Factor żadnym lekiem nie jest. Jest czymś, co się po angielsku nazywa “dietary supplement” a po polsku ja bym to nazwała: uzupełnienie lub dodatek do pokarmu. Tak jak te witaminy czy herbatki ze sklepów żywnościowych, które sami sobie aplikujemy.  Gdyby TF był lekiem, musiałby być zatwierdzony przez FDA (Food and Drug Administration - rządową kontrolę farmakologiczną) - a nie jest!

Czy Pan się nigdy nad tym nie zastanowił, dlaczego Pan był zmuszony kupować TF z pod lady, a nie zdejmować z półki w najbliższym Health Store (sklep z produktami zdrowotnymi)? Dlaczego Panu facet dostarczał TF do domu, ale poza jego imieniem, nic Pan o nim nie wiedział. Ani kim jest, ani kto go zatrudnia. Dlaczego taka konspiracja?  Otóż jest ku temu powód. I to wcale nie lichy!

 Czy nigdy nie pomyślał Pan o tym, że JEDEN produkt, który zapewnia, że wzmaga odporność organizmu na tarczycę, miazdrżycę, grzybicę, krzywicę, gruźlicę, łustrzycę, cukrzycę, pilicę, mocznicę, zakrzepicę, lustrzycę (trzeba przed lustrem stanąć ażeby… stopy zobaczyć) – czy to nie ciut za wiele szczęścia na raz? Dlaczego środek, jedyny na świecie, sugerujący odporność na SARS i ukąszenie komara Zachodniego Nilu – nie został natychmiast zastosowany przez kanadyjską służbę zdrowia? Po co wydajemy miliardy na badania i szukanie antidotum czy szczepionek, skoro taki magiczny środek już istnieje? 

To, że Transfer Factor ma rzekomo podnosić sprawność komórek obronnych o 248% (a co? 100% nie wystarczy?), co zapobiega wypadaniu włosów podczas radioterapii – proszę między bajki włożyć. Najprościej zapytać o to onkologa, dlaczego jego szpital nic o tym naturalnym cudzie nie wie, nie korzysta z niego. Dlaczego lekceważy odkrycie stulecia? To, że TF ma być pomocny w zwalczaniu wszyskich rodzajów raka, stwardnienia rozsianego, AIDS, Parkinsona (czyżby Watykan nie było stać na kilkadziesiąt opakowań, ażeby naszego papieża ratować?!), półpaśca, chorobę Lou Gehriga, Alzheimera i wiele innych, jak dotąd nieuleczalnych chorób – to betka. To, że buduje odporność na prostatę, na depresję, na serce, płuca, mózg, alergie, nerki, wątrobę, krążenie, żołądek, astmę, na artretyzm, reumatyzm, żylaki, choroby skórne  - to też jeszcze ciągle małe piwo. Ale, że działa na potencję (VIAGRA – wont do diabła!) to jest dopiero epokowe odkrycie! Panowie do dzieła! Co? Głowa boli? Właściwie jedyną chorobą z “Encyklopedii Medycznej” której dotąd nie wymieniono, to nasz stary znajomy: syf! A i to pewnie tylko dlatego, że Polacy okrutnie tego słowa nie lubią. 

Czyżby ktoś wynalazł wreszcie panaceum na wszystkie schorzenia świata? I co? Nie dostał za to Nobla z medycyny? Ech, nie ma sprawiedliwości na świecie!  

No, ale teraz na poważnie, proszę Pana. W USA Transfer Factor można kupić  w każdym “Health Shop”, w każdej drogerii. Ceny wahają się od miasta do miasta. Przeciętna jest US$37. Kiedy obdzwoniłam kilka sklepów w stanie Nowy York, najtańszy okazał się sklep w Rochester, gdzie można kupić pojemnik za US$31.65, a najdroższy był koło Niagara Falls, gdzie żądają US$47.95. Kiedy zapytałam faceta z Niagara, skąd taka różnica w cenie, dlaczego jest aż tak drogi, odpowiedział, rechocząc ze śmiechu: a dlaczego nie? Jak ludzie chcą – to niech płacą. Przyznał, że leżało to u niego na półce latami i nic; pies z kulawą nogą nie żądał. Aż tamtego roku – bingo! Nagle zaczęli najeżdżać go Polacy z Kanady. Wyczyścili mu półkę. To co? – miał nie skorzystać? Podniósł cenę i zbija majątek. Teraz zamawia tuzinami i nastarczyć nie może. O hurcie nie myśli. Po co? (Ze względu na akcent, pewnie wziął mnie za Angielkę i może dlatego był taki rozmowny.) Chełpił się. A mnie się płakać chciało na myśl, jak oni nas widzą i co o nas myślą. A i tak ktoś mnie pewnie zaraz obcyndoli, że ludziom nadzieję odbieram. Nic nie odbieram! Tylko oczy otwieram. A ktoś albo zechce na nie przejrzeć, albo nie.  To już nie moja sprawa.

Wie Pan co było dla mnie wykładnikiem, że coś tu jest nie tak? Znam kilka języków. Ażeby nie wyjść z wprawy i nie stracić akcentu, często słucham ich audycji radiowych. I co mi się rzuciło w uszy? Brak ogłoszeń Transfer Factor! Wszak ich massmedia także żyją z reklam. Czyżby nikt inny poza nami nie chorował na wyżej wymienione choroby? Czy też inni tylko nie są tacy łatwowierni? Wiedzą, że panaceum nie egzystuje. Nie “kupują” byle reklam, bo nie wierzą w krasnoludki.

Gorzko rozmyślam nad tym: dlaczego tylko my? Dlaczego nie przestajemy być tacy naiwni? Dlaczego ciągle się podkładamy? Lecimy na lep gładkich słów ludzi, dla których my jesteśmy wyłącznie kasą? Znakiem dolara. Kiedy my się nauczymy, że te race gasną szybciej, aniżeli trwało ich odpalenie? Wszak był już cudowny preparat prof. Tołpy, były ziółka z Tybetu, był preparat jakiegoś polskiego lekarza w USA (nazwisko uleciało mi z pamięci), była Vilcacora z Peru, jest jakiś Amol z Niemiec. Też kuriozum. Bo obojętnie czy się go wącha, pije czy nim smaruje – leczy wszystko (sic!). Teraz mamy Transfer Factor z USA, ale już go wypiera “rewelacyjna” Noni (Morinda Citrifolia) ziółko z Polinezji, które w tej chwili robi szaloną karierę w Polsce. Też “leczy” wszystko. Jak leci!  A kiedy i ta moda wnet przeminie, po Noni będzie Szmoni i inne Bzduroni. A ja się już łudziłam, że Polak-obieżyświat zmądrzał.  Że przestał cierpieć na acute zagranitis, że byle egzotyczne barachło już mu nie imponuje.  

Rozpisałam się strasznie. Pora kończyć. Nadszedł czas ażeby Panu wyjaśnić  dlaczego zakup Transfer Factor jest tak skomplikowany i dlaczego tak wysoka jest jego cena w Toronto. Odpowiedź zawarta jest w 6-ciu słowach: Transfer Factor jest  NIELEGALNY w Kanadzie! Nie jest dopuszczony do sprzedaży. Na moim biurku leżą dwa listy z Health Canada (nasze Ministerstwo Zdrowia), które to oświadczenie wydało.  Przyczyny nie podają,  choć  jakaś przecież być musi.  

Teraz chyba Pan rozumie, że jak facet jedzie np. do Niagara – to kosztuje. Płaci za paliwo, amortyzację wozu, wkłada swój czas i wysiłek, wydaje tysiące US “zielonych” na zakup TF, ale ryzykuje, że jak go złapią, to mu kontrabandę skonfiskują i jeszcze sprawę wytoczą za: “importing illegal substance”. Więc na wszelki wypadek pobiera wysoką cenę. Bo a nuż następny raz, będzie jego ostatnim razem.  A prawnicy kosztują, oj kosztują.  Może dlatego ten Wiesław zniknął?

 Pan pyta co zawiera TF. Nie wiem. Ale wiem z czego pochodzi. Z siary. Według encyklopedii jest to wydzielina gruczołów mlecznych samic ssaków, wytwarzana w czasie ciąży. Zawiera więcej soli i białka aniżeli zwykłe mleko. Przypuszczam, że chodzi  o mleko krowie.

Jestem rozczarowana. Że tylko od krowy. Bo gdyby to było mleko oślicy lub klaczy, łatwiej by mi było zrozumieć (acz nigdy pogodzić), dlaczego mają nas za takich osłów, względnie tak łatwo mogą robić  w konia.