POTOP! (NIE SIENKIEWICZA. MÓJ.)
Pan Krzysztof Ł. z Whitby ma odwieczny problem z sąsiadami.
W długiej litanii ich mniejszych i większych przewinień, opisuje
też niepoślednią rolę, jaką odgrywa dość
niecodzienna sprawa: ci sami sąsiedzi przygarnęli rakuna (szopa‑pracza, znaczy się ‑ przyp.mój) z całą
jego rodziną. W sumie 4 sztuki. Podejrzewam, że trzyma je w garażu
(bo drzwi są teraz stale niedomknięte), ale nie wiem na pewno. Sąsiedzi
karmią ich i cieszą się nimi, fotografują, pokazują
znajomym. A ja już widzę wyrządzone szkody w ich i moim ogrodzie
także, gdyż rakunów parkan nic nie obchodzi. Nasz
pojemnik na odpadki był łupiony co noc (teraz trzymamy w garażu)
ale pojemnika na kompost nie możemy ruszyć. Dlatego co rano zastajemy
”krajobraz po bitwie”. Nie potrafimy wytłumaczyć sąsiadom,
że rakuny to nie są zwierzaczki domowe tylko szkodniki. Czy jest jakiś
efektywny sposób na wystraszenie ich z okolicy?...
Nie ma. Krzywdy też wydządzić im nie wolno,
gdyż są pod ochroną. Tylko legalna (i dosłownie fizyczna)
pomoc ”Animal Control” wybawi Pana z kłopotu. Pan ma w 100% rację!
Szopy mają piękne oczy ale są straszliwymi szkodnikami. Przekonałam
się o tym na własnej skórze. I doskonale jeszcze pamiętam to
uczucie bezradności. I wściekłości. A oto co mnie w związku
z szopami spotkało:
Kilka lat temu administracja naszego kondominium sprawiła
nam prezent. Zapowiedziała, że wszystkie domy na naszym osiedlu będą
pokryte nowymi dachami. Cacy!
‑ ucieszyłam się przedwcześnie. Wnet mina mi zrzedła.
Bałagan jaki wnet nastąpił był nie do opisania. Ekipa składająca
się z kupy młodych i oczywiście zupełnie niedoświadczonych
chłopaków, bezmyślnie zrzucała kawały starego dachu i gruz
na oba ogródki. Bez pardonu stratowali moje trawniki, kwiatki i krzewy, ale za
to ”zasiali” dwie grządki... petów papierosowych. Nie mniej, po paru
dniach tej mordęgi, nowiutki, ceglasty dach jasno zabłysnął
w słońcu. Inna załoga ”pobojowisko” sprawnie usunęła,
ja posadziłam nowe kwiaty i wnet o wymianie dachu zupełnie zapomniałam.
Parę tygodni później wróciłam zmęczona
z wieczorowych zajęć. Zrobiłam sobie herbatę, pooglądałam
ostatnie wiadomości w TV i stosunkowo wcześnie (jak na mnie), położyłam
się do łóżka. Na dworze nagle rozszalała się burza z
piorunami. Poczytałam chwilkę, wyłączyłam elektryczny
koc pod letnią kołderką (bo ja lubię błogie ciepełko)
i wnet zasnęłam głębokim, zasłużonym snem.
Obudził mnie dziwny szelest. I dziwne uczucie, że
coś złego wokół mnie się dzieje. Poruszyłam się i
stwierdziłam ku memu przerażeniu, że jest mi mokro. Jezus Maria!
Czy to już aby nie początek końca? Czyżbym nie panowała
nad czynnościami fizjologicznymi? Usiadłam w łóżku z
impetem, próbowałam odrzucić nagle strasznie ciężką kołdrę
i...z uczuciem ulgi opadłam z powrotem na poduszki. Kołdra była
mokrusieńka. Z wierzchu także!
Zawsze byłam zdolną babą i do dzisiaj
jeszcze dużo ciekawych rzeczy potrafię wykręcić. Ale czego
całkiem na pewno nie potrafię (chociaż nigdy nie próbowałam)
to jest siusiać do góry! Uff, a więc to nie to! A jeśli nie to,
to co? Zapaliłam lampę na nocnym stoliku. I dzięki Bogu, że
koc był wyłączony. Gdyby nie był, nie zdawałabym teraz
tej relacji, jako, że dawno byłoby po moim pogrzebie. Ale by się
zięć cieszył!
O ile dobrze pamiętam jedną z pierwszych lekcji
fizyki, to elektryczny koc pod prądem tylko ze "śmiertelną
powagą" nawiązałby kontakt z wodą. Dużą wodą.
Albowiem po kablu, po całej lampie, po kloszach, po żarówkach, z pośrodka
sufitu (akurat nad moim królewskim łożem) wartko spływały
galony wody, rozbryzgując się na wszystkie strony. Ostrożnie
wysunęłam jedną nogę z łóżka i z głośym
pluskiem stanęłam na czymś bardzo śliskim. Czymś, co
jeszcze parę godzin temu było niezłej jakości puszystym
dywanem. Moja sypialnia i ensuite
łazienka stały pod wodą! Ja też. Podkasując oblepiającą
ciało mokrą nocną koszulę, poleciałam na dół.
Tutaj woda tryskała najmocniej gdzieś z okolicy drzwi na patio i słabiej
po kątach. O Boże! Jadalnia i salon też stały pod wodą!
Na moich oczach na całym, białym suficie tworzyły się
brzydkie, brązowe plamy. Spojrzałam na zegarek. Była trzecia nad
ranem.
Zadzwoniłam do administracji, zreferowałam sprawę
i zażądałam pomocy. Nie omieszkałam wygarnąć co ja
myślę o ich "kowbojskich" dekarzach. Że to pewnie przez
taniochę, bo tanie mięso spy jedzą. Mam nowy dach, a tu pół
domu pod wodą! Jakaś panienka, zaspanym głosikiem, zapewniła
mnie, że zrobiła odpowiednią adnotację w komputerze, i,
że ktoś się wnet do mnie zgłosi. Że jest przecież
głucha noc, że ona nic nie wie, że w żaden sposób pomóc mi
nie może. Że to, że tamto...No, racja niby.
Jej "wnet" okazało się być
9‑tą rano, kiedy to faktycznie zjechali się wszyscy. Wielce obrażony
na mnie "samoj gławnyj" pan dekarz, wlazł na dach i skąd
już po chwili tubalnym głosem oznajmił całemu światu
wszem i wobec, że jest to podłe pomówienie z mojej strony. Że
jego chłopcy wykonali robotę na medal i nie jest to ich winą,
że mój dach...upodobał sobie i przeżarł "racoon"
(ano, szop właśnie).
Administrator osiedla natychmiast zadzwonił po
Kontrolę Szkodników (Pest Control). Za pół godziny zjechały dwa
wielkie wozy drabiniaste. Zootechnicy z miejsca przyznali dekarzowi rację.
Podeszłam do jednego z nich i zrobiłam mu komplement, że nic a
nic nie stracił ze swojego pięknego akcentu z Yorkshire. "Chyba
gdzieś z okolic Ripon, co?" ‑ zapytałam. Facet tak się
rozczulił, że rozpoznałam jego rodzimy akcent, że o mało
się nie popłakał. Konfidencjonalnie wziął mnie na bok i
powiedział tak: ”listen luv (oni tak mówią), ja nie mam
obowiązku mówić ci tego, ale ty jesteś swoja, więc słuchaj
uważnie. Taki szop to straszna zgaga. I potworny szkodnik. My go jutro rano
wyprowadzimy, gdyż dzisiaj w nocy zastawimy na niego pułapkę z
sardynkami. (Szop sardynce nie przepuści.) Ale pamiętaj, szop kocha
spać w cichym, ciepłym domu i dlatego zawsze pozostawia po sobie
ślad (cynk) dla innych. Taki zapachowy e‑mail. I nawet kiedy go jutro
stąd zabierzemy, jeszcze ciągle może cię odwiedzić jego
mama, siostra, dziadzio, szwagier, teść i szopicy kumpla brat. Pociągną
nosem i stwierdzą zgodnym chórkiem:
"o! jak Szopcio tu był, to musi to być fajny dla nas dom."
Dach muszą ci natychmiast naprawić. Zatkać wszystkie dziury. My wprawdzie twój dach obsikamy dokumentnie chemikaliami, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie da ci gwarancji, że szopy nie wrócą. Więc broń się. Poproś twoją fryzjerkę ażeby ci dała ze cztery garście ściętych włosów Trzymaj je w papierowej (nie plastykowej) torebce. Kiedy ulotni się zapach naszych chemikaliów (przeciętnie po 6‑ciu miesiącach) kup dwa funty (niecały kilogram) zmielonego, najostrzejszego, czerwonego pieprzu (cayenne), zmieszaj z tymi włosami i znajdź kogoś kto ci to rozsypie na poddaszu. Szopy nienawidzą włosów a pieprz na łapkach, raz na zawsze odstraszy ich od twojej chaty.
Podziękowałam i wróciłam na pobojowisko.
Moje lśniące, satynowe materace były nabrzmiałe wodą.
Umordowałam się strasznie, ale jakoś udało mi się je
ściągnąć z łóżka i ustawić pod ścianami.
Choć ulewa dawno się skończyła, po lampie jeszcze długo
ściekała strumieniami, brudna woda.
Zawiadomiłam asekurację. Byłam zła,
niewyspana i umęczona ale szczęśliwa, że przynajmniej
szkodami nie muszę się martwić. Warto jest być ubezpieczonym
po uszy! Poprosiłam o przysłanie kogoś do wyceny szkód. Zrobiłam
listę mniej widocznych strat. Przygotowałam rachunki sklepowe. Zaczęłam
usuwać rzeczy totalnie zniszczone. Sześć dużych, czarnych
plastykowych worków się uzbierało. Wytaszczyłam do garażu aż
do czasu inspekcji. Zamówiłam firmę, która suszy i czyści
dywany. Pościągałam mokre firanki i przygotowałam zasłony
do chemicznego czyszczenia. Zamówiłam malarza i sprzątaczkę. Dopiero
wtedy padłam.
Nazajutrz też nie poszłam do pracy. Stałam
przed domem i patrzyłam jak ”mój” Anglik znosi w klatce szopa. Szop
patrzył na mnie smutno, z bezbrzeżnym wyrzutem w tych przepięknych
oczach. Jakby pytał: dlaczego mi to zrobiłaś? Spytałam co z
nim zrobią. Powiedział, że wywiozą i wypuszczą za
miastem. Bardzo chcę w to wierzyć.
Wnet przyjechał facet z asekuracji. Oglądnął
dom, długo wszystko spisywał, przyznał, że zniszczenia są
straszne. Dał mi formularz do wypełnienia i odjechał.
I od tej chwili zaczęła się moja
korespondencyjna kołomyjka. Bowiem po tygodniu przyszedł list z
ubezpieczenia. "Bardzo to ładnie" ‑ napisali ‑ ale
określenie "dziurawy dach" jest zbyt ogólnikowe. Dlaczego
dziurawy? Please elaborate" ‑ zażądali. No to napisałam.
Napisałam prawdę, że dziurawy bo go szop przeżarł. Po
czym spokojnie zajęłam się doprowadzaniem domu do namiastki
dawnego splendoru. Na razie spałam w gościnnym pokoju. Łóżko
niby podobne do mojego, wygodne, ale to jednak nie to samo. Miejsca sobie w nim
znależć nie mogłam.
Po paru dniach przyszedł następny list z
asekuracji. "Pani kochana ‑ napisali ‑ gdyby w pani dach rąbnął
piorun, to by było OK. Gdyby go tajfun zerwał ‑ także.
Gdyby przez dach wpadł spadochroniarz do pani sypialni (ja bym miała
tyle szczęścia, co?) ‑ też proszę bardzo. Gdyby grad
wielkości strusich jaj zrobił gigantyczne sito z pani dachu ‑ już
byśmy wypłacili. Ale szop?! Szopa nie można podciągnąć
pod "act of god" (siła wyższa). Za czyny szopów,
wiewiórek i innych szkodników, my nie odpowiadamy. Sorry.”
Zapytałam w administracji co będzie dalej. Ano,
położą mi znowu nowy dach ale w mojej samotnej walce z firmą
asekuracyjną nic a nic pomóc mi nie mogą. Albowiem ich, ogólne
osiedlowe ubezpieczenie pokrywa budynki tylko od zewnątrz. Wnętrza są
naszą prywatną sprawą. No to zadzwoniłam z ponownymi
pretensjami do mojego maklera. Obiecał natychmiastową interwencję.
No i proszę ‑ już w parę tygodni później trzymałam
w ręku jego ostateczną odpowiedź: "Nic z tego, moja droga. W
całej Kanadzie nie kupisz polisy, która zabezpieczy cię od szkód
wyrządzonych przez gryzonie. Widocznie nie poczytałaś sobie
"maczka‑nieboraczka", który wyraźnie wylicza wszystkie exclusions,
czyli wyjątki". Faktycznie. Szewc bez butów chodzi. Muszę się
przyznać, że choć innym o tym maczku stale truję – sama
jakoś przegapiłam. W sumie jeszcze MNIE zrobił awanturę,
że przyznałam się do tego szopa. "A nie mogłaś
napisać, że nie znasz przyczyny?" ‑ żołądkował
się pan agent. Za karę postanowiłam przenieść się
do innej firmy. I zaraz zrezygnowałam z zamiaru. Okazało się,
że NIKT w Kanadzie nie ubezpiecza od szkód wyrządzonych przez
gryzonie. Zbankrutowaliby.
Panie Krzysztofie! Niech Pan opowie sąsiadowi tę
historię. Trzeba go przekonać, że szop jest dzikim zwierzęciem.
Ich się nie dokarmia. Jak się raz przyzwyczają do frajerskiego
hamu‑papu, to dobrowolnie się nie odczepią. Po co miałyby
się wysilać i pokarmu poszukiwać, skoro ludzie sami dają?
Zagnieżdżą się gdzieś w domu i historia może skończyć
się podobnie do mojej. Stratą wielu tysięcy dolarów. Niech Pan
namówi sąsiada ażeby sprawdził swoją polisę. Niech
zobaczy, że za wszystkie szkody (własne i ewentualnie Pana także)
będzie bulil sam, z własnej kieszeni. Tak jak ja. Tylko, że ja o
"gryzoniowej klauzuli" wtedy nic nie wiedziałam i, w przeciwieństwie
do Pana sąsiada, szopa do domu nie zapraszałam. Nawet o jego obecności
pojęcia nie miałam. Niech Pan pogoni kota temu sąsiadowi. Im
szybciej, tym lepiej dla wszystkich. Życzę powodzenia!