"CHOLERA" – może być też wdzięcznym słowem

         

        Na kategoryczne żądanie Mietka, w naszym domu mówiło się wyłącznie po polsku. Mój mąż przestrzegał tego nabożnie, a już szczególnie kiedy urodziła się Toni. (A tak naprawdę - to Antoinette). Mietek uważal, że w anglosaskim świecie utrzymanie swej tożsamości jest sprawą doniosłą, sprawą pierwszej wagi. I, że to my, rodzice, mamy obowiązek wpajać dziecku język ojczysty od samego zarania.

          W miarę jak Toni rosła, rosły też problemy. Dziecko nie rozumiało potrzeby uczenia się w Anglii języka polskiego. Buntowało na myśl, że podczas kiedy inne dzieci w "święte" soboty oddają się uciechom takim jak basen, ślizgawka czy poranek w kinie - ona musi ślęczeć w polskiej szkole nad elementarzem. Ala ma kota. Każdą chałę w TV uważała za cudo w porównaniu z lekcją polskiej gramatyki. A największe pretensje miała do mnie. Stale mi wyrzucała: sama do polskiej szkoły nigdy nie chodziłaś to dlaczego mnie tak zamęczasz? No to co z tego - darłam się ja z kolei - ale czy słyszysz jak ja płynnie władam tym językiem? Tłumaczenie, że jestem li tylko pół-Polką, i tak by się na nic nie zdało, więc jak przystało na rasowego tchórza, zakrywałam się wolą ojca. Niemniej, biję się w piersi, że kiedy ojca w domu nie było, rozmawiałyśmy po angielsku.  Bo po prostu łatwiej nam było.  Ale biada, jeśli nas na tym nakrył. Wtedy ona musiała wrzucić do świnki 6 pensów z kieszonkowego, a ja 10 szylingów z uposażenia. Jestem przekonana, że jeden z witraży w kościele św. Andrzeja Boboli powstał dzięki naszym, bestialsko młotkiem "pomordowanych", świnkom-skarbonkom.

          Pomimo głośnych i płaczliwych protestów, Toni musiała uczęszczać do polskiej szkoły i należała do harcerskiego hufca "Bałtyk". Dzieci mówiły pomiędzy sobą po angielsku i podejrzewam, że poza słowem "czuwaj" innych nie znały. (Właśnie z takiej jednej zbiórki, w dojrzałym wieku lat 12-tu przyholowała do domu chudego okularnika (lat 14), który jak raz wszedł, to już więcej nie wyszedł. (Są do  dzisiaj bardzo szczęśliwym małżeństwem!) Obowiązek mówienia po polsku pod naszym dachem został oczywiście narzucony także Bobowi i stąd oboje mówią płynnie po polsku. Z wnukami ten numer już nie przeszedł.  Poza arcyważnymi słowami jak: pierogi, barszcz i kiełbasa - językiem polskim niestety już nie władają. Chciałam kiedyś temu zaradzić, lecz z wielu powodów zaniechałam zamiaru. Doświadczeni ludzie mają dużo do powiedzenia – jeszcze bardziej doświadczeni wiedzą kiedy zamilknąć.

          Mojej córce zawsze marzyła się rola stewardessy. Ale ponieważ Toni także jako nastolata nie wyszła lecz wybiegła za mąż, jako mężatka sama sobie zamknęła drogę do "latajacej" kariery. Pozostała jej zatem już tylko kariera naziemna, której do dnia dzisiejszego oddaje się z kretesem. (Piastuje bardzo odpowiedzialne  stanowisko na lotnisku Pearson w Toronto i jestem z niej niezmiernie dumna). Incydent, który opisuję, miał naprawdę miejsce i może przekona niektórych, że warto jest znać języki obce, lecz najlepiej… własny!

          Pierwszą pracę po studiach, Toni podjęła w AIR INDIA, na lotnisku Heathrow w Londynie. Pewnego razu miała coś do załatwienia w biurze PAN-AM, które mieściło się daleko, po drugiej stronie  III-go terminalu. Mogła swoją sprawę załatwić telefonicznie (jak to normalnie czyniła), lecz tego dnia udała się tam per pedes apostolorum. Przypadek czy zrządzenie losu? Któż to wie! Po odprawieniu rejsowego lotu do Nowego Jorku, poczekalnia PAN-AMu była w zasadzie pusta, jeśli nie liczyć staruszki siedzącej w kącie. Rozchodził się stamtąd przykry fetor związany z nieopanowanymi czynnościami fizjologicznymi. Stara kobieta płakała cicho. Toni, po załatwieniu swojej sprawy, zapytała co się dzieje, co jest z tą staruszką? PAN-AMka wzruszyła pogardliwie ramionami i powiedziała, że to jest chyba jakaś wariatka niespełna rozumu. Siedzi tutaj od rana, nie zna żadnego ludzkiego języka, nie pozwala sięgnąć do torebki aby sprawdzić jej bilet. Okropność! To co z nią zrobicie? - spytała Toni. Nic! Od kilku godzin wzywamy "security". Niech oni się tym martwią. Teraz są zajęci jakimś szmuglem, ale kiedyś przecież się po nią zjawią.  A stara kobieta ciągle szlochała. Moja córka jest dobrą dziewczyną, ma miękkie  serce. Żal jej się zrobiło starego człowieka. "A czy ja mogę popróbować jakoś się z nią dogadać?"- zapytała. “A próbuj sobie, próbuj - and the best of British luck to you!” - zgodziła się skwapliwie PAN-AMka. Toni podeszła do starej kobiety, pochyliła się nad nią i zaczęła pytać w kilku językach czy może być jej w czymś pomocna. Staruszka patrzyła na nią bezradnie i nie odpowiadała. Zrezygnowana Toni pojęła, że, niestety, ona też poniosła porażkę. Wyprostowała się z impetem. Widocznie za gwałtownie gdyż nagle w plecach coś jej strzyknęło i przejmujący ból przeszył ja na wskroś.

          Toni bardzo rzadko przeklina.  Ale jeśli już absolutnie musi dać wyraz chwilowej złości czy bólowi, robi to właśnie po polsku, licząc na to, że nikt tego nie zrozumie (w Kanadzie ten numer nie wychodzi). Więc i teraz, łapiąc się za plecy, zaklęła na głos: oj, cholera jasna! Aliści natychmiast  zapomniała o bólu, na widok staruszki nagle uśmiechniętej od ucha do ucha i szepczącej: "O mój Boże! Dziecko! To ty mówisz po polsku?!"  Dalsza akcja potoczyła się wartko.

          Okazało się, że pani Anna, góralka z pod Zakopanego, ma 83 lata. Po raz pierwszy w życiu wyjechała z Polski. Leci na 3 miesiące do Chicago do siostry, której nie widziała od ponad pół wieku, a u której aktualnie przebywa jej córka. Przyleciała LOT'em na II-gi terminal. Polska stewardessa bardzo serdecznie się nią zaopiekowała, załatwiła wszystkie formalności, wyprowadziła i usadowiła w portowym mikrobusie, którego kierowca tutaj ją wprowadził i zostawił. Siedzi tutaj kołkiem  już od kilku godzin.  Powiedziała, że chcieli ją okraść, bo za torebkę łapali, ale ona  się nie dała.

          PAN-AM nie miał lotu aż do następnego dnia ale AIR INDIA miała za cztery godziny. Toni sprawnie załatwiła przerejestrowanie biletu  na swoją linię a PAN-AMki były całe radosne, że się pozbyły śmierdzącej pasażerki. Toni pozbierała liczne manele starszej pani, kupiła jej nowe majtki i rajstopy, zaprowadziła do łazienki i pomogła doprowadzić się do porządku. Usadowiła ją w poczekalni AIR-INDIA, w tym momencie także zupełnie pustej. Sprokurowała herbatę i kanapki, obłożyła kolorowymi magazynami, po czym udała się do swojego biura, celem poinformowania lotniska w Nowym Jorku o zaistniałych zmianach.  Poprosiła, ażeby powiadomili rodzinę w Chicago aby się nie martwili, że wszystko jest w porządku, że pani Anna leci inną linią, łapie inne połączenie i wyląduje o innym czasie.  Wróciła do poczekalni i zaczęła opowiadać pani Annie co, gdzie i jak załatwiła. A staruszka nic, tylko powtarzała w kółko: “dziękuję, dziękuję. I niech ci, dziecko, Pan Bóg wynagrodzi!” Pan Bóg widocznie usłyszał - bo wynagrodził.  I to zaraz.

          Naczelnym dyrektorem AIR-INDIA, przed którym wszyscy majtkami trzęśli, był wówczas bardzo ciemny Hindus. Elegancki gentleman, wykształcony w Oksfordzie, władający szeregiem obcych języków. (Jako ciekawostka: cała "wierchuszka" AIR-INDIA  - są to katolicy. Nie noszą oczywiście turbanów, bo to nie ta kasta ani ta religia; niektóre stewardessy noszą, jednakże, sari.) Otóż ten dyrektor bardzo rzadko zjawiał się na lotnisku. Może raz w roku. Teraz wszedł nagle i niespodziewanie, w trakcie kiedy Toni dalej coś tłumaczyła pani Annie. Powiedział zaskoczonej Toni: hallo! i postał przy nich przez chwilę, zanim udał się do gabinetu lotniskowego kierownika ich linii.

          Po jakimś czasie Toni została tam wezwana. Za biurkiem kierownika siedział teraz ów dyrektor a przed nim leżała otwarta jej teczka personalna. W ręku trzymał jej curriculum vitae (w Anglii nie używa się słowa: resume). "Czy pani może mi powiedzieć, co to był za dziki język, którym Pani rozmawiała z tą kobietą?"- zapytał. "Polski" – odparła. "A to Pani tak płynnie nim włada?" "Tak!" – potwierdziła. "To dlaczego nie jest wyszczególniony wraz z innymi obcymi językami w Pani CV?" – zapytał. "Bo nie przypuszczałam, że będzie się liczył" – odpowiedziała. "Na lotnisku wszystkie języki się liczą. Nawet narzecza. A czy Pani nie wie, że my za każdy rzadki (sic!) język płacimy ekstra 5 funtów tygodniowo?"

          Zapytał skąd się wzięła ta stara kobieta w pustej poczekalni, więc szybko zrelacjonowała mu przebieg sprawy. Spojrzał na nią z uznaniem i powiedział, że mocno żałuje, że nie może udzielić jej podwyżki retrospektywnie, ale od ubiegłego poniedziałku zarabia 5 funów tygodniowo więcej. (Ówczesna wartość nabywcza £5 równała by się dzisiejszym C$100; ładnym, włoskim skórzanym bucikom). Podziękowała, wyszła i do dzisiaj pluje sobie w twarz, że tak zbagatelizowała sobie język ojców swoich.  I to z takim trudem i samozaparciem zdobytym.

          Kiedy nadszedł czas odprawy, osobiście odstawiła panią Annę na pokład samolotu. Uzgodniła co będzie jadła i piła podczas lotu, wydała dyspozycje obsłudze i pozostawiła ich pieczy. Przy pożegnaniu spytała czy starsza pani ma może jeszcze jakieś życzenie, bo to ostatni dzwon. Pani Anna rozparta teraz wygodnie w fotelu, uśmiechnęła się szelmowsko i powiedzała: "A mom, dziecko, mom. Dyć skopecek gorzałki nie zawadzi." Nie zrozumiała. Chyba dopiero w tej chwili moje biedne, angielskie dziecko pojęło, że polski język jest bardziej bogaty niż przypuszczała. Lecz gest poziomej dłoni przy gardle, uświadomił jej o co chodzi. (Skąd ona to znała? Czyżby od taty?!) Niestety, z tym musi poczekać aż będą w powietrzu - pouczyła. Ucałowały się serdecznie i, zdało by się, że na tym zakończył się "dramat". Otóż nie! Rodzina pani Anny napisała list dziękczynny do AIR-INDIA gratulując im nie tylko postawy, sposobu załatwiania skomplikowanych spraw, lecz głównie doboru wspaniałego i sprawnego personelu, który nawet polskim językiem włada. (Toni nosi typowo angielskie nazwisko). Rozpływała się w superlatywach nad moją córką i mam prawo przypuszczać, że list ten odegrał niepoślednią rolę w tym, że w bardzo krótkim czasie Toni poważnie awansowała. Trzy stopnie  przeskoczyła.

          Jest to historyjka z morałem. Jakim? Nie trudno się domyślić. Poucza aby nie dopuścić do tego, ażeby nasze dzieci wzięły rozbrat z ojczystym językiem. To zupełnie nie ważne, że się tutaj urodziły. Na tę właśnie okoliczność ukułam sobie aforyźmik taki mały, że:

"Może im kiedyś za język stary - wpadną do kabzy nowe dolary".

          Przecież nigdy nic nie wiadomo. Może kiedyś zasilą szeregi pracowników "Education and Training for Poland" i polecą do Polski szkolić nową kadrę (tak jak to teraz czyni u siebie 3-cia i 4-ta generacja Ukraińców). Może będą tłumaczyli książki. Może będą lektorami języka polskiego. A może tłumaczami przysięgłymi (bardzo lukratywne zajęcie).  A w końcu, może będą pracowali w porcie lotniczym i...

          Wszystko zależy od rodziców! Ze smutkiem stwierdzam, że wiele z nich, choć się jeszcze dobrze po angielsku nie nauczyli - już język polski kaleczą.  Szpan jakiś czy zwykła głupota? Posługują się "kanapolką", potwornym żargonem, którym tylko dzieci niepotrzebnie zarażają.

          Aż same się proszą i cisną na język sparafrazowane pierwsze słowa "Roty"  Marii Konopnickiej: Rzuciliście ziemię skąd wasz ród? Trudno - widocznie tak już być musiało.  Lecz na litość boską - nie dajcie pogrześć mowy!