"POLSKA CHOROBA"

 

        Pani Krystyna C. z Ottawy napisała: "Pani Nino! Co Pani sądzi o naszych znajomych, którzy zapraszają nas do siebie na kolację na określoną godzinę. A kiedy zjawiamy się punktualnie, pani domu wychodzi z sypialni dopiero po upływie godziny. Jej mąż przez ten czas podaje chrupki, robi drinki i usiłuje prowadzić nieklejącą się rozmowę. Pani domu wita się z nami wylewnie i serdecznie. Włącza telewizor, po czym udaje się do kuchni, gdzie spędza prawie dwie godziny, przygotowując wyśmienite dania (jak twierdzi), które muszą być zrobione w ostatniej chwili. Z zasady nie są to dania rewelacyjne. Nieskromnie powiem, że ja zrobiłabym chyba lepsze, a już całkiem na pewno miałabym je przygotowane na czas. Jemy więc posiłek bardzo późno (co nie jest przecież zdrowe), po czym nasi gospodarze spodziewają się, że "odsiedzimy” kolację i nie pozwalają wyjść przed 3-cią rano. Mój mąż i ja cenimy nasz czas i cenimy cudzy. Czy jesteśmy przez to dziwakami? Po trzech takich doświadczeniach uznaliśmy, że marnujemy czas. że oni nas chyba lekceważą. Aby nie być dłużnymi, zaprosiliśmy ich jeszcze jeden, ostatni raz do siebie, ale zaraz potem zaczęliśmy ich po prostu unikać. Lecz oni uparcie co chwilę ponawiają zaproszenia. Co robić? Czy powiedzieć im prawdę w nos o co nam chodzi, czy siedzieć cicho i tylko nadal stosować wykręty i uniki aż im się to znudzi? Co Pani radzi?..."

     Oj, uderzyła Pani w moją czułą strunę. Mnie też to ustawiczne czekanie na "spóźnialskich" doprowadza do białej gorączki. Nieomal rzewnymi łzami opłakuję każdą chwilę, którą marnuję czekając na tych złodziei mojego czasu. Jako że, dalibóg, nie za wiele mam tych wolnych chwil dla siebie.

     Ale, ad rem. W końcu tu nie o mnie chodzi ale o Państwo. Na pytanie co robić? - sugeruję przeczekanie złej passy. Ja myślę, że oni już niedługo przejrzą na oczy, że "dojdzie" do nich dlaczego znajomi ich unikają. Ale opierając się na Pani opisie "ostatniej wieczerzy" u nich, mnie się wcale nie wydaje, ażeby Wasi znajomi Was lekceważyli. Wprost przeciwnie. Odnoszę wrażenie, że im na Was zależy. Za wszelką cenę usiłują Wam zaimponować. Tylko, że im to nie wychodzi. A wnioskuję to z tego, że: 1) Ludzi, których lekceważymy - nie zapraszamy, 2) Nie wydajemy kupy pieniędzy na surowce do wystrzałowych dań. 3) Nie robimy się na bóstwo przez godzinę. 4) Po całym dniu pracy nie zadajemy sobie trudu pichcenia przez dwie godziny. 5) Nie błagamy gości ażeby dłużej zostali i nie robimy za Rejtanów, nie pozwalając im wyjść. Przeciwnie. Niby dyskretnie, ale widocznie, często zerkamy na zegarek. 6) Jeśli z jakiegoś powodu sytuacja tego wymaga, że MUSIMY podejmować w domu kogoś nam obojętnego - odwalamy ten szarwark na odtrąbiono. Z przyklejonym uśmiechem na twarzy, wydajemy przyjęcie nawet i na wysoki połysk, ale serca w ten interes nie wkładamy. (Nie wiem dlaczego, ale dla mnie najsympatyczniejsze są te przyjęcia, które pozwalają na nasiadówę w kuchni. Tam jest jakoś bardziej swojsko, tak jakoś przytulniej. Nawet jeśli w zlewie straszą brudne garnki. A swoją drogą, ciekawa jestem czy jestem odosobniona w tych dziwnych kuchennych ciągotach?)

     To, że akurat ich cuisine Państwa nie zachwyca, nie jest winą gospodyni. Anglicy mają takie fajne powiedzonko: "One man’s meat is another man’s poison". Co można przetłumaczyć luźno na język polski: "Co dla jednego – wystawne, dla drugiego - niestrawne". Niezbadane są indywidualne gusty; nie do przewidzenia uciechy podniebienia ludzi, z którymi nie znamy się od lat. Tak blisko jak łyse konie.

     Natomiast Pani znajoma cierpi na poważną, i nagminną niestety, chorobę, którą w latach 70-tych Francuzi ochrzcili mianem maladie polonais, co Anglicy ochoczo podchwycili i też przezwali "the Polish disease". Dla nas, bardziej swojsko będzie to brzmieć, niby z łaciny:"acute spóźnialitis". Nie wiem dlaczego akurat Polacy w tym celują. Ba! Wręcz prym wiodą. Wiele lat temu "Przekrój" publikował dział pt. "D.S.V." (Demokratyczny Savoir Vivre), prowadzony przez znakomitą dziennikarkę ukrywającą się pod pseudonimem: "Kamyczek". Ona pierwsza zaczęła nad tym ubolewać. Bić na alarm w prawie co drugim numerze. Niestety! Nic nie wskórała, albowiem "choroba" już wtedy osiągnęła wymiary epidemii. Poszła w Polskę i do dzisiaj zaraża następne pokolenia. Zaś emigranci, nieświadomi, że są nosicielami, że zarazę w sobie noszą, zawlekli ją do krajów obecnego osiedlenia.

     Symptomy "polskiej choroby" zaliczyłam na własnej skórze, kiedy zaczęłam bywać w Polsce. Polacy są niezmiernie gościnni. Czasami aż do skrępowania. Ale co z tego, kiedy efekt każdej takiej proszonej wizyty, psułam ja sama. Czym? A no tym, że zjawiałam się cała radosna, z kwiatkiem w ręku.... dokładnie o wyznaczonej godzinie. Konsternacja! Najczęściej witał mnie w drzwiach niezmiernie zdziwiony pan domu. Jeszcze w gatkach. (A'propos: dlaczego Polacy tak uparcie unikają szlafroków i bonżurek?) Lub zaaferowana pani domu (ta w szlafroku, a jakże), prosto z wanny, z włosami ociekającymi wodą. Z przerażeniem patrzyłam na zegarek czy aby mnie się coś nie pokićkało. Ale nie! Mili gospodarze prosili abym chwilę (sic!) poczekała w salonie (jeśli mieli taki metraż) i lecieli na zaplecze się "dokończyć". A ja, ciągle sama jak ten palec, gdyż inni goście (czyżby wtajemniczeni? stąd też nie grzeszący punktualnością), jeszcze nie przybyli, czułam się potwornie. I tak czekając jak głupia przez godzinę lub więcej, z nerwów (i nudów) czyniłam spustoszenie na stole z zakąskami. Zajęło mi to dobrych kilka lat zanim się nauczyłam, że godzina 19-ta jest li tylko godziną umowną. Że może być równie dobrze 20-tą, ale jeszcze lepiej 21-szą. To nie była ich wina, że ja się wychowałam na Zachodzie i, że od kołyski miałam wpajane, że "time is money" i, że trzeba go szanować. Szanowanie czyjegoś czasu jest elementarnym wymogiem dobrego wychowania. Niestety, pomimo przebywania tutaj nawet od wielu lat, nie wszyscy jakoś o tym jeszcze wiedzą. Noblesse oblige - pojęcie nieznane.

     Z przerażeniem obserwuję u rodaków, którzy przecież tak szybko i dzielnie zdołali wyplenić u siebie wiele złych nawyków i manier śp. PRL, że akurat tego jednego nie potrafią wyrugować. Wyrwać z korzeniami ze swego życia. Kiedyś, w odpowiedzi na mój wyrzut, pewien pan, skądinąd uchodzący za kulturalnego, warknął mi w ucho: czego się babo czepiasz? W wyższych sferach spóźnianie się zawsze należało do "dobrego tonu". Gdzie? Kiedy? Z jakiej choinki on sie urwał? Good manners, die Kinderstube, savoir-vivre, bon-ton, czyli dobre wychowanie - były i są takie same pod każdą szerokością geograficzną. To nie dobre wychowanie ma mankamenty. To ludzie mają mankamenty w dobrym wychowaniu. Ja wtedy tą dziwną awersję do punktualności tłumaczyłam sobie tym, że w PRL nikt niczego nie szanował a więc czasu też nie. Czy poprawnie tłumaczyłam? Nie wiem. Czas to pokaże.

     Ja czas szanuję! Jeśli jestem do kogoś proszona na godzinę "X" a coś stanie mi na przeszkodzie w opuszczeniu domu na czas - telefonuję, że się spóźnię. I przepraszam. Jeśli utknę w korku drogowym (nie z mojej winy przecież), to po to mam w torebce komórkę, ażeby zrobić to samo. Jeśli uda mi się dojechać do celu PRZED umówioną godziną, parkuję za rogiem, słucham radia, wypijam nawet kawę w "Donucie", a wszystko po to, ażeby zjawić się dopiero wtedy, kiedy powinnam. Ani chwili przed tym!

     Niech się Pani nie denerwuje. Ja ciągle myślę, że Wasi znajomi rychło się nauczą, że: "jak się włazi między wrony - trzeba krakać jak i one". I albo zaczną przestrzegać konwenansów albo wnet będą traktowani jak trędowaci. Może ostracyzm wreszcie popędzi im kota? Oby!

     Ktoś inny może doradziłby Pani ażeby "w podzięce za przemiły wieczór" odpłacić im pięknym za nadobne. Zaprosić do siebie, wyjść do nich po godzinie, następne dwie spędzić w kuchni, po czym podać ładnie przybrane hamburgery. Przetrzymać do 3-ciej rano i pilnie obserwować czy aluzju poniali. Czy analogia sytuacji w ogóle do nich dociera. Ale ja Pani tego nie doradzę. SZKODA CZASU!!! Pani i mojego.


Powrót do strony głównej