LECĄ LISTY, LECĄ…

 

 

    Jakoś nie mam ostatnio szczęścia w wyborze tematów. Mimowolnie denerwuję czytelników. Przeto przepraszam, że żyję. Bowiem dzisiejszy felieton jest też jednym z nich; odpowiedzią na list oburzonej pani Zofii E. z Grimsby. Pani, którą bardzo zdenerwował mój artykuł o nieuczciwości poczty. Gwoli wytłumaczenia – oryginalny artykuł oparty był na skardze czytelniczki z Montrealu, której wiele listów (nie tylko do Polski) jeszcze do niedawna nagminnie ginęło w tranzycie. Prawdą jest także, że spora ich ilość docierała wprawdzie do adresata, lecz już bez banknotowej zawartości. Pani Zofia pisze:

    Jak pani mogła sugerować tej pani, że jej listy mogą być przez kogoś penetrowane a później wyrzucane do kosza? Jest to bzdura i wierutne kłamstwo. Poczta kanadyjska pracuje doskonale. List wysłany do Polski, jeśli nie dojdzie, wraca wraz z dolarami. Ja mieszkam w Kanadzie od 36-ciu lat. Przez te wszystkie lata, stale piszę listy, wysyłam kartki okolicznościowe, do których zawsze wkładam drobny upominek. Dla przykładu, grobami moich rodziców opiekują się obcy ludzie. Co miesiąc wysyłam im $10 w ”Thank You” karteczce. Oni piszą rzadko, ale jeszcze nigdy się nie poskarżyli, że któraś nie doszła. Listy idą szybko i sprawnie. Również na Jasną Górę do Częstochowy wysyłam pieniądze na mszę św. za moich rodziców i zawsze potem dostaję poświadczenie. Może ludzie nie chcą z tą panią Haliną korespondować, to mówią, że jej listu nie dostali. Jeśli list jest poprawnie zaadresowany, to nigdy nie ginie. A pani powinna była tej pani Halinie powiedzieć, że kłamie, posądzając pocztę o kradzież. Nie mając żadnych na to dowodów, po co pani takie kalumnie drukuje? Mojego listu na pewno pani nie wydrukuje….

      Ależ wydrukuję. Wydrukuję. Choćby jako ciekawostkę. Albowiem jest to list unikat. Biały kruk formalnie. Listy do mnie w sprawach pocztowych z zasady są właśnie skargami, lamentem, furią, pytaniami o rekurs, etc. Mam ich pełną teczkę. Moje własne doświadczenie pokrywa się z ogółem skarżących się, aczkolwiek ja banknotów pocztą nie wysyłam. Zapewniam Panią, że to Pani jest tym wyjątkiem, który potwierdza regułę. Pani nawet nie wie, jaki ma cholerny fart! Mogę Pani tylko pogratulować nieprawdopodobnego szczęścia, że przez tyle lat nic a nic Pani na poczcie nie zaginęło.

    Pani bardzo się myli w swym mniemaniu, iż poczta jest kryształowa. Ja mam w Kanadzie o wiele krótszy staż od Pani, lecz gdyby ktoś podarował mi setuchnę za każdą sztukę zaginionej korespondencji – kupiłabym sobie no, może nie Ferrari, ale Lexusa na pewno. Ta pani Halina z Montrealu napisała bardzo ważne ostrzeżenie i dlatego, doceniwszy jego niebagatelne znaczenie, z pełnym przekonaniem, natychmiast udostępniłam je szerokiej rzeszy naszych czytelników. Pani uważa, że ja, faktów (rzekomo) nie sprawdziwszy, publikuję brednie. I to jest źle, tak? Ale jak Pani oskarża kogoś (nie znając meritum sprawy) o kłamstwo, to dobrze? Ejże! Skąd taka pewność?

    Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu, kanadyjska prasa doniosła, że 24.000 listów zostanie doręczone adresatom już… 7 lat po ich wysłaniu. Dziesiątki pocztowych worków znaleziono w ogrodowej szopie domu, który do niedawna zamieszkiwał listonosz. Policja pilnie poszukuje Dereka Sealy (lat 32) i prosi społeczeństwo o pomoc w odnalezieniu faceta. Jak to dobrze, że Pani nie musi się trudzić, co? Jako, że Pani nie zna nieuczciwych pocztowców. Ha!

    Lecz ja znam. Nie osobiście, ale znam. Tak się składa, że największa sortownia pocztowa w Kanadzie, ma swą siedzibę w Mississauga, gdzie mieszkam. Co parę miesięcy aresztują tam kogoś za smytranie z przesyłek, tj. za wykradanie zawartości z listów i paczek. Kanadyjska prasa nie nabiera wody w usta. Nie certoli się. Przeciwnie. Podaje nazwiska (niestety, ostatnio coraz częściej pojawiają się polskie), adresy i co zostało skradzione. Jedni idą do kicia, inni płacą wysoką karę, ale wszystkich wylewa się z pracy na zbity pysk. I słusznie. Czy Pani, po tylu latach w Kanadzie, nie czyta anglojęzycznej prasy? Nie słucha wiadomości w radio i TV? Czyżby Pani rzeczywiście nic nie wiedziała o wagonie pocztowym na bocznicy w Bellville, pełnym worków pocztowych zawierających bożonarodzeniową pocztę z ubiegłego roku? Chciałabym wiedzieć ile ludzi obraziło się wówczas na bliźnich, że o nich zapomnieli czy też oszczędzali na kartce i znaczku, podczas kiedy nadawcy byli, jak te przysłowiowe ”niewinne lelije”. Albo sprawa 7-miu, pełnych worków pocztowych, przez przypadek wyłowionych z jeziora Simcoe. Jak się w toku śledztwa okazało, przyczyna była nader banalna: listonosz ”nie lubił swojej trasy”. A nie oglądała Pani przypadkiem w TV tej sutereny w domu listonosza w Unionville, od podłogi po sufit zapchanej niedostarczoną pocztą? Po co ją trzymał? Proste! Nie zdążył jeszcze, biedaczysko, po całym dniu uczciwej (hi, hi, hi) pracy, otworzyć wszystkich kopert. No to tyle o poczcie kanadyjskiej.

    A co w tym czasie było z pocztą polską? Wcale nie lepiej. Ale tam to byli prawdziwi artyści! Mam przed sobą (ciut sędziwe wprawdzie) wydanie tygodnika ”Nowy Detektyw” nr 36 (162), w którym red. Lech Gołębiowski wprowadza nas w tajniki okradania poczty. A jakże! Nazywa sprawę po imieniu: OKRADANIA! Jego udokumentowana relacja powstała na podstawie wywiadu z byłym ambulanserem tj. pracownikiem poczty w Wydziale Poczt Ruchomych. Praca tego człowieka polegała na sortowaniu przesyłek pocztowych, transportowanych pociągami dalekobieżnymi. Facet był nie lada fachowcem. Nie tylko od sortowania, jak się okazuje. A oto jego późniejsza, odpłatna oczywiście, ”spowiedź”:

    W ambulansie pocztowym pracowałem kilkanaście lat. Są to wagony doczepiane do pociągów osobowych, w których przewozi się pocztę do miast leżących na danej trasie. W zależności od trasy i potrzeb, pracowało tam od 2-ch do 5-ciu osób. Na długich trasach jest się poza domem czasami i tydzień. Od razu rzuciło mi się w oczy, że bardzo przeciętnie zarabiający faceci z ambulansów, na przestojach, bez umiaru szastali pieniędzmi na lewo i prawo. Dancingi, alkohol, a piło się wtedy zdrowo – no, i panienki.

    Wyjaśnił to czysty przypadek. Byłem nowy, więc mnie posyłano po piwo czy herbatę do wagonu ”Warsa”. Raz wróciłem za wcześnie. Nie zdążyli schować. Wtedy po raz pierwszy, ażebym trzymał gębę na kłódkę, dostałem francuskie franki. Dolary i marki zatrzymali dla siebie. Ale odtąd stałem się jednym z nich. Uczyłem się szybko. Z czasem nabrałem takiej wprawy, że na dotyk rozpoznawałem czy w liście jest 5 czy 10 marek. Niektórzy nadawcy uciekali się do podstępów. Banknoty składali w trójkąt. Albo zawijali w folię. Wkładali pomiędzy widokówki, fotografie. Amatorszczyzna. A myśmy im te pieniądze i tak zwijali. Ludzie nigdy się nie nauczą. Ciągle wpychają forsę do koperty. Dzięki nim mamy dzisiaj domy, samochody, biznesy. Ale też nieźle musieliśmy się nieraz namachać między stacjami. W każdej chwili mogła wpaść ”lotna kontrola” i paskudnie popsuć nam szyki.

    Technika otwierania listów wartościowych polegała na delikatnym przecięciu zgrzewanych kopert foliowych, a następnie papierowych. Przecinałem woreczek foliowy tuż przy spawie, ażeby jak najmniej zmienić stan pierwotny. Następnie wyjmowałem list i dobierałem się do zawartości. Ażeby ponownie zalepić folię, z wnętrza opakowania papierosów folię metalizowaną (innej nie woziłem ze sobą ze względu na moje bezpieczeństwo, tj. niepotrzebny nadmiar kompromitujących rekwizytów), zaginałem na folii listowej i rozgrzanym nad zapałką nożem, przeciągałem przy linijce wzdłuż poprzedniego spawu. Zlepienie było dokładnie takie same jak maszynowe. Ruszaliśmy tylko worki zabezpieczone plombami. Czasem także te zamknięte stalowymi obręczami z przetkniętymi, przez odpowiednie otwory, bolcami z plombą. Gdy zaczęto zabezpieczać korespondencję w workach z łańcuchami i kłódką – te worki odpuszczaliśmy. Najłatwiej było z workami zawiązanymi i plombowanymi. Plomba nie była dla nas żadną przeszkodą. Mieliśmy na nią sposób. Całe oprzyrządowanie składało się cienkiej igły i kompletu sznurków, którymi dysponowały poszczególne stacje. Zastępowaliśmy nimi zniszczone lub za krótkie sznurki z danej przesyłki. Przydatny był również klej, którym można było usztywnić końcówki podczas przewlekania przez rozgięte otwory plomby. Rozgięta delikatnie plomba pod niewielkim naciskiem gumowej podkładki, po penetracji worka, zaciskała się na powrót z niebywałą łatwością.

    Kiedy pojawiły się plomby na metalowych trzpieniach włożonych w stalowe obręcze, zaszła potrzeba wyłamania jednego. Na jego podstawie wykonaliśmy własny wzór plomby i każdy z nas miał własny egzemplarz. Worek, który posłużył do wykonania repliki, komisyjnie zwróciliśmy jako źle zabezpieczony. Ów ułamany trzpień ze wzorem plomby służył nam przez długie lata. Moją własną ”plombownicę” wypożyczałem czasem kolegom z innych ambulansów za jedyne $50. A czasami wsiadałem w samolot i, zawsze mile widziany, dosiadałem się z moją ”plombownicą” do kolegów na innej trasie. Bilet samolotowy w złotówkach kosztował grosze a ja, z jednego takiego kursu, wracałem o $800 – $1.000 bogatszy. Koledzy też.

    Zabawne były te ”lotne kontrole” pocztowej policji, czyli służby rewizyjnej. Z dyrekcji dostawali polecenie udania się w drogę, kiedy nasilały się reklamacje. Kontrolerzy pakowali się do wagonu na jakiejś stacji i bardzo pilnowali, abyśmy nie dali znać pocztowcom na drodze, że jesteśmy kontrolowani. Jechali z nami do końca trasy, a jednak zawsze coś ginęło. Nie, nie dlatego, że oni coś zwinęli. Nie! To dla nas było punktem honoru, ażeby coś zwędzić formalnie na ich oczach. Wyjmowaliśmy tylko od ”stałych klientów”, ażeby się czasem nie rozpuścili, że coś może dojść w całości.

    Po zaistniałych brakach w obecności ”lotnej”, przez dłuższy czas mieliśmy spokój. Byliśmy automatycznie wykluczeni z podejrzeń. A jak to robiliśmy? Właściwie samo się robiło. Ludzie z ”lotnej” byli tylko ludźmi. Jeden zasnął, drugi poszedł do toalety albo na herbatę do ”Warsu”. Nam te kilka chwil wystarczyło. Robota była nerwowa, nie łatwa w takich warunkach, ale jakoś szło. Kontrolerzy nie potrafili nakryć nas na gorącym uczynku. Czasem, gdzieś złapali jakiegoś nowego i szybko zamykali, kiedy tylko przyznał się do kradzieży. I na tym się kończyło. Nawet dokładnie delikwenta nie przesłuchiwano. Z kim kradł, jak długo kradł i gdzie miał skrytki. Facet wnet wychodził na wolność i za to, że nie sypnął, odpalaliśmy mu ”na ściepę” parę zagranicznych groszy.

    Często urządzali nam kontrolę w domu. Przychodzili bez ostrzeżenia. Wszędzie zaglądali a jednak nigdy niczego nie znaleźli. Stosowałem złotą zasadę, że ukradzionych rzeczy czy pieniędzy - nie trzyma się w domu. Skradzione przedmioty upłynniałem na stacjach, gdzie ”dyżurowali” paserzy. Pieniądze przechowywałem w skrytkach w różnych wagonach. Jeździliśmy tą samą trasą często i po kilka tygodni. Dopiero po upływie dłuższego czasu, gdy dostawałem przydział na ten sam ambulans, spokojnie wyjmowałem forsę i wynosiłem do miasta, w bucikach z ukrytymi koturnami. Bo na ulicy także potrafili podejść i sprawdzać czy w kieszeniach munduru nie mam jakiejś zagranicznej waluty.

    Mógłbym panu powiedzieć dużo więcej. Na przykład, dlaczego swego czasu tyle orzechów przesyłano zza wschodniej granicy. Albo, dlaczego jedna pani stale wysyłała córce duże ilości mąki-krupczatki. Ale, po co? I tak wiele już panu powiedziałem.

    Obecni ”ambulatorzy” zarabiają dużo, dużo mniej. Ale się nie skarżą. Nowe przyszło. Komputery pokrzyżowały nam szyki. Czeków zrealizować nie można, bo to niebezpiecznie. Banki przestały korzystać z ambulansów. Przelewy przekazują sobie pocztą elektroniczną. Ludzie się wycwanili i rzadko kiedy teraz pieniądze do kopert wkładają. Pan pyta: dlaczego poczta nadal ginie? Proste! To już nie są tacy fachowcy jak my. Są niedouczeni i niecierpliwi. Rozdzierają głupio i aby śladu nie było, muszą cały list zniszczyć.

    Ja już nie pracuję. Uciułałem wystarczająco i chcę mieć teraz święty spokój. Spokojne i względnie luksusowe życie….

    Uprościłam i skróciłam ten artykuł znacznie. Zawiera dostatecznie dużo (może nawet za dużo) opisów, w jaki sposób nadawca jest robiony w konia. Reportaż jest informatywny i obrazowy; jego ”bohater” szczery do bólu. Czy ”nasz” pan ambulanser ma następców? Na pewno. Nie potrzeba opierać się na logice ani domysłach. Wszak pan ambulanser potwierdza, że następna generacja pocztowców także nie gardzi względnie łatwym, lukratywnym dochodem.

    Dwie moje przyjaciółki skarżą się, że ich kartki wielkanocne nie dotarły do ich matek w Krakowie. Przyznają, że koperty były ”spuchnięte”. Ale nie zawierały banknotów, tylko kilkustronne listy. Przecież już od lat przekazujemy pieniądze przelewami bankowymi. W razie nagłej potrzeby – z pomocą firm przesyłkowych. Za małą opłatą, dzisiaj wpłacone w Toronto, już jutro ”żywe” banknoty otrzyma adresat w każdym, nawet najdalszym, zakątku Polski.

    A Pani wcale nie ma pewności, czy ludzie troszczący się o groby rodziców, na przestrzeni tylu lat otrzymali absolutnie WSZYSTKIE przesyłki od Pani. Bowiem reklamować można należności, ale nigdy nie wypada upominać się o dary, prawda?

    Trzeba kończyć. Chociaż powyższe fakty mówią same za siebie, nie wiem czy Panią przekonałam. Może Pani nadal będzie się upierać, że moja poprzednia wypowiedź była bzdurą, pomówieniem, ba, kłamstwem nawet, bo na poczcie nie kradną – ja jestem odmiennego zdania. Zdania niewyssanego z palca, lecz opartego na doniesieniach policyjnych, artykułach w ”Mississauga News”, ”Toronto Star” i licznych programach telewizyjnych.

    W konkluzji – raz jeszcze powtarzam: Pani ma niebywałe szczęście! Z serca Pani życzę, ażeby ten stan rzeczy się utrzymał; nigdy nie sprawił Pani rozczarowania. Szczerość mojego życzenia mogę Pani zagwarantować. Ale uczciwy serwis pocztowy? Na to trzebaby wariata!