ZACHCIANKI NA PISANKI

 

 

 

Jak ten czas leci! Dopiero co było Boże Narodzenie. Pisałam o przyjaciołach i ich sklepie spożywczym. I o tym, że sklep ten odgrywał chyba niepoślednią rolę w moim życiu, skoro na każde Święta z takim rozrzewnieniem go wspominam. Nostalgia? Ależ oczywiście! Nostalgia jest pilnikiem, który w magiczny sposób wygładza chropowate chwile przeszłości. Sklep kojarzy mi się z Tadkami i Anglią. Moim rajem utraconym. Rajem, w którym miałam kochającego męża, rodzinę, paczkę oddanych przyjaciół. Byłam młoda, pełna życia, tryskająca entuzjazmem. Cały świat się do mnie śmiał.

 

Choć Anglia była wtedy ponura, Wielkanoc kojarzy mi się jednak z czymś bardzo kolorowym. Jak na przykład.… z pisankami. Nieważne czy z jaj czy z wydmuszek (dzisiejszych, drewnianych, nie było jeszcze w sprzedaży). Nieważne czy kraszone woskiem, farbami czy tylko cebulą. Ważne, że były. Takie swojskie, takie polskie i takie śliczne. "Jajaless" Anglicy są paschalnie ubodzy. Nie znają pisanek. Nie znają baź (widują je na wierzbie, ale nigdy w wazonie). Nie znają palemek. Nie hołdują tradycji święcenia koszyczków w Wielką Sobotę. Nie znają cukrowych baranków. Od kilku dekad pojawiły się wprawdzie jaja, kurczątka i zajączki, ale tylko na kartkach świątecznych lub formie zabawek. Angielscy katolicy nie praktykują dzielenia się jajkiem ani wspólnego zasiadania do "święconego". Zresztą, po co by mieli? Aby wciskać "sosidże" z trocin? O babce drożdżowej też nigdy nie słyszeli. Na Wielkanoc jadają klejące się do rąk i warg ”hot cross buns” (słodkie bułeczki z naciętym krzyżem na wierzchu.) Makownik czy mazurek - rzecz nieznana. Anglicy maku nie jedzą, gdyż o maku wiedzą tylko, że jest surowcem, z którego produkuje się opium. Fuj!

 

Natomiast Anglicy od prawie dwóch wieków przestrzegają starannie zwyczaju obdarowywania się jajami czekoladowymi. Nie tylko dzieci. Dostają je małżonkowie, rodzice, przyjaciele, współpracownicy a nawet sąsiedzi. Biada temu, kto zapomni! Straszny despekt! Wykładnikiem uczuć miłości, przywiązania czy szacunku jest wielkość jaja. I, oczywiście, jego cena. Wtedy ascetyczni Anglicy zapominają, że te jaja, jak każda czekolada, cieszą wzrok przez chwilę, podniebienie przez kilka godzin, ale na biodrach pozostają przez miesiące. Jeśli nie lata.

 

Mini-rewolucję na jajowo-jałowym polu, sprawił, niewąskim zresztą kosztem, (w dosłownym tego słowa znaczeniu), mój przyjaciel Tadzio. Ten sam, o którym pisałam na święta Bożego Narodzenia we wspomnieniach pt. "Wielki Koperek".

 

Moje osobiste peregrynacje z jajami zaczęły się od, jak zwykle nieplanowanej, bibki na zapleczu sklepu. Była połowa stycznia. Klientów nie było. Ciągle przeżarci po Bożym Narodzeniu, wpadali najwyżej po kiszoną kapustę na bigos. Ewa właśnie dostała z Warszawy spóźnioną, świąteczną paczkę od mamy. W paczce było parę kryminałów, kilka kremów Polleny, "sosenki" do kąpieli (w Anglii nieznane), kasetki z "Pronitu" z ostatnimi przebojami, elegancka, skórzana torebka. Ale mój wzrok przykuły dwie niebywale dorodne, ręcznie malowane szkatułki, w formie olbrzymich jaj. Wielkości, co najmniej strusich, a może nawet większych. Zrobione z jakiegoś nieznanego mi tworzywa, strukturą do złudzenia przypominały jajeczną skorupę. Bajecznie kolorowe, o wzorach jakich nie powstydziłby się sam mistrz Faberge, radowały oczy. To były prawdziwe dzieła sztuki! Wszyscy się nimi zachwycali. Nawet panowie, na ogół nieczuli na takie rzeczy. Ja z tych przepięknych puzder oczu zdjąć nie mogłam. Śliczne! Wyposażone w maleńki, metalowy zameczek, mogły z powodzeniem służyć jako egzotyczna szkatułka na biżuterię, kosmetyki, czy jakieś inne babskie szpeje. Królowałyby na każdej toaletce! Byłyby cudowną, niepowtarzalną jej ozdobą. Usiłowałam od Ewy wyhandlować chociaż jedno z nich, ale musiała mi odmówić. Bała się mamy. Mama często bywała w Londynie.

 

Witryna w sklepie spożywczym rzadko kiedy przykuwa czyjąś uwagę. Ludzie przychodzą po zakupy a nie lustrację wystawy. Skąd ja miałam wiedzieć, że jestem akurat na drodze do epokowych zmian na tym polu? Że niechcący przyczynię się do stworzenia ogólnego zainteresowania właśnie głupią witryną?!

 

Ewa poszła do sklepu przygotować zagrychę. Poszłam za nią. Żułam gumę, na jedzenie nie miałam ochoty. Rozmyślałam o tych pięknych szkatułkach. Zapytałam Ewę, co będzie w nich trzymać. Powiedziała, że jeszcze nie wie. Że trudno będzie coś w nie włożyć, bo są wywrotne. Niczym prawdziwe jaja, turlają się w nieskończoność.  Przyniosłam je do sklepu. Gapiąc się na te śliczności jak sroka w gnat – medytowałam nad tym, jak by je podeprzeć. Aby się nie toczyły. Aha! Już mam! Jeśliby przykleić im symetrycznie 4 koraliki pod spodem, zaraz będą stabilne.

 

Kiedy Ewa kroiła wędliny, sery i opróżniała słoiki z marynowanymi grzybkami, ja, tak trochę bezmyślnie, raczej bawiąc się nimi, napełniłam jedno jajo "krówkami" a drugie "raczkami". Oczywiście nie chciały ustać. Boczkiem, aby Ewa nie zobaczyła, (bo to fe i niehigienicznie), podkleiłam je gumą do żucia. Zadziałało. A, że miejsca na ladzie nie było, wstawiłam je w sklepową witrynę. Zachwycona ich wyglądem (i własnym pomysłem), otworzyłam im nieznacznie wieczka, na tyle, ażeby słodycze się z nich wysypywały, niczym z rogu obfitości. Pokazałam Ewie. Przyznała, że tworzą wyjątkowo malowniczą kompozycję. A skoro tak, to zostawiłyśmy je na wystawie.

 

Po dwóch dniach dzwoni zirytowany Tadek i mówi do mnie: ”babo, coś ty najlepszego zrobiła?” Odpowiadam zdziwiona, że nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Tadek objaśnia kwaśno, że prawie każdy przechodzeń przystaje przed jego witryną. Momentami formują się nawet grupki. Wyszedł przed sklep i dopiero wtedy zobaczył te jaja. Owszem, bardzo ładne. Ale on ma teraz przez nie kłopot nie lada. Od dwóch dni słyszy tylko same ”ochy i achy”. Tyle zachwytu. I to nad czym? Pudłami "krówek?"! Czy ludzie poszaleli? Drzwi mu się nie zamykają. Co chwilę ktoś przychodzi zapytać czy te jaja są na sprzedaż? “A co ty im mówisz?” – pytam zaciekawiona. ”Co mam mówić? Mówię, że nie. Że to świąteczna dekoracja” - odpowiada Tadek. ”Ciemniak jesteś - strofuję go łagodnie - przecież to może być kopalnia złota. Ludzie łakną koloru i czegoś oryginalnego. Połączenia pięknego z nadobnym. Mieć niezwykłe jajo i na dodatek, wielorazowego użytku – toż to bomba! Jajo, które każdy może napełnić sobie wedle uznania na święta, a po świętach używać jako śliczną szkatułkę. Po czym w następnym roku - da capo. Ja pierwsza zamówię.”

 

Jakiś zły duch mnie podpuścił, ażeby mu zasugerować: ”nie bądź frajer. Mów, że oczywiście, będą na sprzedaż. I zbieraj zamówienia. Odbiór tydzień przed Wielkanocą. Masz prawie trzy miesiące na ich sprowadzenie. Toż to szmat czasu. I chyba żadna filozofia.” Tadek stwierdza, że mnie ani chybi szajba odbiła, że zupełnie zwariowałam. Ja nie pozostaję dłużna i stwierdzam, że to on jest ciemniak patentowany. Że umie tylko stać za ladą i kiełbachę sprzedawać. Ale jak jest złoty interes do zrobienia (pan Dziewoński się kłania), to już oczami wyobraźni widzę, jak go przez palce przepuszcza.

 

Bingo! Trafiłam. Tadek kipi. Czuła struna obrażonego biznesmena drgnęła w nim gwałtownie. ”Co ty sobie myślisz” - wrzeszczy. ”Co ty wiesz o interesach, co ty wiesz o handlu?” ”Praktycznie nic. Teoretycznie wszystko” - odparowuję spokojnie. Wszak nie na darmo wkuwałam przez tyle lat grube skrypty o popycie i podaży. Następuje chwila milczenia, prawie słychać jak mu się te kółka w główce kręcą, jak mu intensywnie makówka pracuje. I rzeczywiście. Po chwili, spokojniejszym już tonem, Tadek pyta, jak ja to sobie wyobrażam. ”Proste” - mówię, nie bez drobnej satysfakcji. ”Dzwonisz do teściowej i pytasz gdzie ona te szkatułki kupiła. Teściowa idzie do sklepu (może z pudełkiem czekoladek?) i grzecznie pyta, kto je fabrykuje. Tam jest komuna, konkurencji nie ma. Panience w sklepie, ”wsio ryba” kto pyta i po co pyta. Więc poda adres jakiejś centrali. A w centrali, jak długo nikt nie żąda książki skarg i zażaleń, też adres dadzą. Rozumiesz?”. Tadkowe kółka przestają się kręcić. Zgrzytają hamowane tryby. ”Pomyślę nad tym” – mówi, niby obojętnym tonem. A mnie się naiwnie wydaje, że na tym skończyła się moja rola w jego ”jajecznym” interesie.

 

Po kilku dniach - następny telefon. Teściowa zdobyła adres i telefon. Wykonawcą ślicznych puzder jest jakaś Spółdzielnia Inwalidów w Gliwicach. Tadek już rozmawiał z jej dyrektorem. Radocha wielka dla obu zainteresowanych stron. Cena, jak na angielskie warunki - tania jak barszcz (Tadek już wyliczył, że zysk będzie conajmniej 300%. Nieźle.) A tam inwalidzi uważają, że Pana Boga za nogi złapali. Oni nie mogą zdobyć świetnych, zagranicznych, trwałych farb i klejów, bo nie mają przydziału dewiz. Ale jak je sami sobie wypracują, to się uniezależnią. Będą je mogli sobie dowolnie sprowadzać. Zwiększą produkcję. Są skłonni pójść na wszystkie ustępstwa, byle tylko to zamówienie otrzymać. Tadek powiedział, że da im znać. Teraz ode mnie żąda decyzji: ”OK babo, wpakowałaś mnie w ten interes, to co mam im teraz powiedzieć?”

 

”Hm. Naprzód trzeba wywiesić w witrynie plakat, że te artystyczne "jaja",  JEDYNE w Wielkiej Brytanii, będą wnet w sprzedaży. Wyłącznie u ciebie. Zobaczymy, jaki będzie oddźwięk. Pierwszy tydzień będzie wykładnikiem. Wtedy obliczymy przeciętną i złożysz pisemne zamówienie. Z twoimi modyfikacjami.” ”Jakimi znowu modyfikacjami?” - chce wiedzieć Tadek. ”Ano, zażądasz czterech (pod kolor) koralików, w charakterze nóżek. Zamek musi być mniejszy, bardziej dyskretny, najlepiej w złotym kolorze. Indywidualne opakowanie. Zażądaj dość wysokiej penalty clause (pieniężna sankcja karna za każdy dzień opóźnienia dostawy.) Święta są pod koniec kwietnia, więc dostawy żądaj na początek miesiąca. A, że nie znamy kruchości materiału, niech wyślą C.I.F. (cost, insurance, freight). Zawsze będzie taniej cały majdan ubezpieczyć w polskiej "Warcie", aniżeli w angielskim "Lloyds'ie". Aha i zamów jeszcze gigantyczną ilość "krówek" i "raczków". Bo pustych szkatułek sprzedawać nie będziesz. Jeśli ludzie chcą mieć piękne, polskie pisanki, to niech się jeszcze nauczą wcinać polskie słodycze. Niech zobaczą i posmakują jak polska "krówka" góruje nad angielską mordoklejką, czyli ”toffee”. I znowu byłam przekonana, że na przekazaniu tych ”zbawiennych" instrukcji, skończyła się moja rola w jajowej imprezie. Naiwność do kwadratu!

 

Po wywieszeniu afisza, od razu zgłosił się Anglik, kierownik jednego z działów w ministerstwie obok. Zamówił tuzin sztuk i wpłacił Ł30 depozytu. Za chwilę, jego kolega z innego wydziału, zamówił kolejne 10 sztuk. Pojedyncze osoby wpadały przez cały dzień. Pod koniec tygodnia lista zamówień urosła do 368 sztuk. Pomogłam Tadkowi w obliczeniu marży (na szczęście wysokiej), doradziłam ażeby zamówił 700 sztuk, po czym zdjął afisz z witryny. Zdawało się, że wszystko jest cacy, że jesteśmy w ogródku i witamy się z gąską. Ale życie jest przekorne.

 

Po miesiącu Tadek dostał alarmujący telefon. Spółdzielnia zamówienie wykonała, ale wszystko się rypło. Nie mając doświadczenia w eksporcie, spółdzielnia ładunek zawiozła wprost do Gdyni. Tam ich wyśmiano, tłumacząc, że każdy metr sześcienny w kontenerach wykupuje się na pół roku naprzód. Doradzono, ażeby lekki ładunek wysłać samolotem. Ale, że nie ma nic złego, co by na dobre nie wyszło, ktoś światły rzucił okiem na dokumentację i stwierdził, że brakuje jakiejś bardzo ważnej, eksportowej podkładki. Biedna spółdzielnia papierek ten wprawdzie w ciągu dwóch dni zdobędzie, ale okazuje się, że przed świętami, każdy cal w samolotach LOT’u i pokładach TIR’ów też jest z góry wykupiony. Teraz oni, załamani, pytają: co mają zrobić? Konsternacja. Tadek zamówienia poprzyjmował, depozyty pobrał, towar jest gotowy do transportu, ale szansa  na jego dostawę – żadna!

 

Mniejsza o fantastyczny zarobek, który mu przed nosem przejdzie. Tadek zamartwia się utratą twarzy i reputacji solidnego handlowca. Co robić? Tadek wyznaje złotą zasadę: na frasunek - dobry trunek. I natychmiast puszcza wici. Tego samego wieczoru, na zapleczu ich sklepu zbierają się najtęższe głowy naszej paczki. Panie plotkują o ciuchach. Panowie z zapałem wychylają napoje wyskokowe ze znanych nam już butelek zacnej firmy ”Baczewskiego”. Usiłują wymyślić jakieś przytomne wyjście z Tadkowego impasu. Ale z każdą szklaneczką zdają się osiągać wprost przeciwny skutek. Tadek peroruje, jaki to byłby złoty interes (a jednak!!) i jaka szkoda, że przepadnie. Kiedy panie poszły do sklepu przygotować zagrychę - panowie prochu jeszcze nie wymyślili. Ale kiedy wracamy z pełnymi półmiskami, nagle widzę same uśmiechnięte twarze. I dowiaduję się, że światłe grono ustaliło, że skoro Mahomet nie może przyjść do góry, no to góra pójdzie do Mahometa. To znaczy, że Tadek pojedzie samochodem do Polski i sam odbierze zamówienie. Tylko, dlaczego oni tak dziwnie na mnie patrzą? Mój Mietek uśmiecha się przymilnie i mówi: ”wiesz, kotku, to jest w końcu tylko taka krótka wycieczka na 5 dni. Myślimy, że lepiej by było ażebyś ty z nim pojechała. Ty się znasz na dokumentacjach, a i jemu też będzie raźniej w drodze. Ty zaliczysz spotkanie z rodziną, a on nie straci twarzy ani zamówień. Bądź dobra kicia łabata i pomóż przyjacielowi.”

 

Czy on oszalał? Czy on myśli, że ja nie wiem, o co jemu naprawdę chodzi? Dlaczego mu tak pilno wysłać mnie do Polski? Mietek niedawno dostał list od kuzynki, w którym donosi, że po śmierci jego mamy, likwidując jej mieszkanie, znalazła pudło z fotografiami. Mietek nie wiedział, że mama te zdjęcia ze Lwowa wywiozła. Kuzynka chciała wysłać paczkę pocztą, ale Mietek zaooponował. Tak strasznie się bał, że paczka zaginie. A wraz z nią, całe jego dzieciństwo na wyblakłych kartonikach, cała jego młodość. I przez te jego obawy, teraz ja mam polskiej poczcie odbierać kawałek chleba. Ale w duszy dzieliłam jego niepokój. W końcu 5 dni to nie wieczność.

 

Pytam się, tak en passant, wielkiego biznesmena Tadeusza, czy wie jaka jest  pojemność jajowego zamówienia. Okazuje się, że nie wie. Ktoś mówi: ”nie szukaj dziury w całym.” Ale Jasiu mnie popiera. Mówi, że mam rację. Jasiu, widocznie jeszcze nie zupełnie w sztok zalany, stwierdza, że to można łatwo obliczyć. Wszak pośród biesiadników jest trzech inżynierów i jeden architekt. Komisyjnie, niektórzy chwiejnie, udają się przed sklep. Jasiu-architekt rzuca fachowym okiem na jaja w witrynie i stwierdza tonem niedopuszczającym sprzeciwu, że długość pudła nie będzie większa aniżeli 12 cali a wysokość najwyżej 8. Panowie inżynierowie, bełkocząc nieskładnie, wtórują mu unisono. I tylko ja jedna jestem w tej chwili świadoma, że jeśli Jasiu, choćby tylko "pi razy oko" dobrze obliczył - to oni wszyscy pieprzą trzy po trzy. Że ta cała, w pijanym widzie spłodzona wyprawa po złote runo, w istocie nie jest funta kłaków warta. Bo do tego nie potrzeba Pitagorasa, ażeby obliczyć, że ten majdan nie zmieści się w Tadka samochodzie! Duży wprawdzie, ale ciągle tylko combi. W życiu nie pomieści 700 pudeł!

 

Nazajutrz zadzwoniłam do wypożyczalni przyczep dowiedzieć się o ceny. Uzbrojona w tę informację, pojechałam do sklepu. Posadziłam skacowanego Tadka, (który błagał ażebym mówiła cicho; starczy już, że kicia po dywanie tupie) przed kalkulatorem i zażądałam: ”licz! Wyposażenie twojego samochodu w trzpień pod przyczepę - tyle a tyle. Wynajęcie przyczepy - tyle a tyle. Wykupienie w obie strony dwóch miejsc (samochód plus przyczepa) na promie - tyle a tyle. Zakup dwóch powrotnych biletów osobowych - tyle a tyle. Zielona karta (rozszerzenie ubezpieczenia samochodowego na zagranicę) - tyle a tyle. Wizy - dwie polskie pobytowe na 4 dni i wschodnio-niemieckie tranzytowe oraz "vouchery" (haracz za przyjemność przebywania w kraju) - tyle a tyle. Benzyna i posiłki w drodze - tyle a tyle. Czy nie widzisz chłopie – mówię - że to się już nie opłaca?! To nie jest twoja wina, że polski kontrahent zawiódł. Oddaj ludziom pieniądze, przeproś za rozczarowanie i po krzyku”.

 

W Tadku odezwała się sarmacka dusza. Wyprostował się dumnie i wyrzekł pamiętne słowa: ”nie będę robił z pyska cholewy. I nie zostawię tych inwalidów na lodzie. Oni liczą na to zamówienie. Jak trzeba będzie dołożyć do interesu, to się dołoży. Trudno.” Moje ekonomiczne wykształcenie wyło: gwałtu! - ale w duszy już wiedziałam, że nic nie wskóram. Że jadę do Polski. I pojechałam.

 

Samochód przystosowano do przyczepy. A, że przyczepa była tylko średniej wielkości, z Forda wyjęto tylne siedzenia. Tadek załatwił wszystkie formalności dla siebie i dla mnie. Ja wniosłam w instytucie o tydzień urlopu. Kupiłam parę drobnostek dla najbliższych i spakowałam neseser. Odtąd wszystko miało pójść jak po maśle. Ale widocznie moje było jakieś nieświeże, bo poszło jak po grudzie.

 

Jechaliśmy non-stop, z postojami na posiłki. Tadek prowadził; ubezpieczenie opiewało tylko na niego. Dojechaliśmy w poniedziałek po północy. Tadek zostawił mnie u kuzynki we Wrocławiu a sam pojechał do brata w Opolu. W środę miał odebrać towar w Gliwicach. Czwartek przeznaczyliśmy na spotkania z rodziną i przyjaciółmi. W piątek Tadek miał mnie odebrać o 5-tej rano a o północy spodziewałam się być już w domu i spać we własnym łóżku. Rezerwacja miejsc na promie, gwarantowała moje kalkulacje.

 

Gotowa do drogi stoję przy oknie i czekam. Minęła piąta. I szósta. Siódma i ósma też. Około dziewiątej jestem poważnie zaniepokojona. Czyżby wypadek? Dzwonię do jego brata. Nie ma odpowiedzi. Tuż przed dziesiątą, z fasonem, podjeżdża znajomy Ford. Sfruwamy na dół. Tak samochód jak i jego kierowca są w opłakanym stanie. Tadek ledwo na nogach się trzyma ze "zmęczenia". Fordowi brakuje lewego, przedniego reflektora. Wielka dziura w masce zieje pustką. (Był to jeszcze okres, kiedy w Polsce, na zamówienie, kradło się części do zagranicznych wozów). Kuzynka pyta czy jadł śniadanie. Tadek na dźwięk słowa "jedzenie", zielenieje na i tak szarej twarzy. A może by się kawy napił? – proponuje przerażona kuzynka. ”Nie, dziękuję - szepce Tadek, usiłując zcentrować wzrok na zegarku - zdaje mi się, że jesteśmy trochę spóźnieni”. Kuzynka bierze mnie na bok i mówi, że nie powinnam z nim jechać. Fakt. Nie powinnam. Ale Tadek to twardy zawodnik. Liczę, że do granicy oprzytomnieje.

 

W drodze jest małomówny. On chyba zasypia. Jak tak dalej pójdzie, trzeba mu będzie powieki zapałkami podeprzeć. Na szczęście ja mam ”gadanego”. Więc mielę ozorem ile tylko wlezie i zmuszam do choćby zdawkowych odpowiedzi. Pytam jak się udał pobyt. OK. Pytam jak tam rodzina. OK. Pytam, kogo widział. Wszystkich. Pytam czy odebrał towar. Odebrał. Czy pokwitowali na fakturze, że zapłacił w dewizach, bo na granicy będą sprawdzali. Pokwitowali. Wszystkie papiery są w teczce pod siedzeniem. Kiedy omalże nie wjeżdżamy do rowu - mam dość. Mówię, że w Słubicach on pójdzie się przespać na dwie godziny. Później pójdziemy na obiad. Tadek nagle robi się potulny jak trusia i o dziwo! - nie oponuje. Czy mnie się wydawało, że on się uśmiechnął?

 

Głośno snuję plany, co sobie zamówię. Prawdziwą polską grochówkę. Tadek się krzywi. Na przystawkę węgorza, jeśli jest w sezonie. Tadek zielenieje tylko troszkę. Potem schaboszczaka z ziemniakami i kapustą. Albo medalion cielęcy. Tadek jest już zielony jak żaba. A na deser melbę. Jak nie będzie, to jakieś dobre ciacho z kremem. Tadka znowu znosi z drogi. To nie jest chyba pojedynczy, zwykły kac. To musi być cała kocia orkiestra symfoniczna! Pojmuję, że daleko nie ujedziemy. Good-bye prom, good-bye dom. Jego trzeba natychmiast położyć. Szkoda, że nie mamy tylnego siedzenia.

 

Nam granicę wolno było przekraczać tylko w Świecku. W tamtejszym, jedynym hotelu, nie było ani jednego wolnego łóżka. Nawet dotąd niezawodna metoda "od ręki - na rękę" zawiodła. Co robić? Co robić? Jeśli nie mogę położyć go spać, to muszę go nakarmić. Czeka nas wprawdzie tylko 280km po NRD, ale tam czasami stoi się godzinami na szosie. Bez powodu. Pour la hec. Oni mieli takie dziwne hobby, że po prostu lubili sekować "zachodniaków". Nie ma innej rady. Trzeba jechać do pobliskiego miasta. Każdy, często bywający w PRL, znał tą w Słubicach jedyną restaurację (kat.III), w której drzwi się nigdy nie zamykały.

 

Tadkowi udało się zaparkować na strzeżonym parkingu i na ciut miękkich nogach podążyć za mną do oazy gastronomii. Oczywiście, z moich wymarzonych dań, oprócz schabowego, nie było nic. Tadek zamówił biały barszcz. Myślałam, że to żurek. Ja dostałam bardzo dobry krupnik. Przez ułamek sekundy zdziwiło mnie, że ja dostaję zupę w głębokim talerzu, a on w filiżance. Że jego zupa nie dymi a on nie kwestionuje. Jedzenia kategorycznie odmówił. Kiedy ja byłam zajęta konsumpcją wyśmienitego schaboszczaka, Tadek zamówił jeszcze jeden biały barszcz. Lecz kiedy zamówił trzeci, wszystko się wydało. Oczka w słup i bęc! Uśmiechając się tępo, Tadzio złożył głowę na stole i w tej pozycji… zesztywniał. Zajrzałam do filiżanki i polizałam palec. ”Barszczyk” nie był biały, raczej siwy (od ”Siwuchy”), a w smaku istotnie bardzo ”wyborowy”!

 

Ciekawe jako objaw. Nikt wokół nas, nie zwrócił na nas najmniejszej uwagi. Zapytałam kelnera, co było w filiżankach. Facet popatrzył na mnie jakbym się z choinki urwała i przemówił bardzo grzecznie: ”coś pani? Ze wsi przyjechała? Draki se szuka? O co pani chodzi? Czy to moja wina, że mąż głowy nie ma? Trzy setki zamówił, trzy setki dostał. I za trzy setki pani płaci.” Po czym, bez pytania, wystawił rachunek. W tej chwili przypomniałam sobie, że Słubice są miastem garnizonowym, gdzie stacjonuje mnóstwo wojska, służb granicznych i diabli wiedzą, czego jeszcze. Ażeby dzielni wojacy nie chodzili od rana do nocy wlani w cztery d…, w ciągu dnia w całym mieście obowiązuje zakaz sprzedawania alkoholu. Ale, od kiedy to Polak przestrzega zakazy? Więc sprzedaje się wódzię w filiżankach, pod wdzięczną nazwą "biały barszcz". O czym trunkowy Tadek pewnie doskonale wiedział. Tylko ja, biedna abstynentka, nie miałam zielonego pojęcia. Takie są skutki nie picia wódki! No dobrze, ale co teraz?!

Decyduję się na nielegalny czyn. Płacąc rachunek złotówkami, kładę na boku banknot funtowy (równowartość prawie 3-ch amerykańskich dolców) i mówię cicho: ”pan ma do wyboru - zainkasować banknocik i pomóc mi dotaszczyć ”trupa” do wozu, albo ja go tu zostawiam i lecę po pomoc na milicję. W razie czego, niech wiedzą czyja to wina”. Facet patrzy na mnie pełen autentycznego rozbawienia i mówi: ”pani rzeczywiście ze wsi przyjechała. Taż milicja stąd cały dzień nie wychodzi. O! Widzi pani tych dwóch przy oknie? To tajniacy. Daj pani jeszcze jeden banknocik, to coś się wymyśli. Mnie jest stolik potrzebny. Poniała?” Znikł gdzieś na chwilę. Ale słowa dotrzymał. Podeszło do nas 3-ch panów i bez słowa, literalnie wynieśli Tadka z lokalu. Dwóch fachowo ujęło go pod pachy, trzeci unosił dyndające się nóżki. Wyglądał śmiesznie. Jak duża, zdechła jaskółka. Ale mnie nie było do śmiechu. Z kieszeni jego kurtki wyłuskałam kluczyk do samochodu i pobiegłam przodem. Trzy osiłki bez trudu dotaszczyły delikwenta do wozu i rozsądnie usadzili … na moim miejscu. Co teraz?

 

 

 

Mam siebie za dobrego kierowcę. Liczne pucharki i rozetki zdobyte wyczynową jazdą, dają mi prawo tak myśleć. Ale zupełnie inaczej jeździ się na zawodach sportowym samochodem, a inaczej naładowanym wozem z przyczepą. Zresztą ja nie mam prawa prowadzić tego pojazdu. Ze mną za kierownicą, jesteśmy automatycznie nieubezpieczeni. Jezus Maria! Ja nawet nie mam mojego prawa jazdy przy sobie. Nie miało mi być potrzebne, więc zostawiłam w domu. I, ja nie umiem jeździć z przyczepą!

 

Cel uświęca środki. Łamię wszystkie prawa, ale złamię dużo więcej, jeśli nas zaraz stąd nie wywiozę. Albowiem dzisiaj wygasają wszystkie nasze wizy. Tadek śpi snem sprawiedliwego. Jak on śmie?! Jestem wściekła na niego, ale wściekanie się musi poczekać. Teraz mam dużo większy dylemat. Musze się nauczyć prowadzenia tej chanchary w rekordowym tempie. Tak mniej więcej - w pół godziny. Muszę bowiem opuścić Polskę i przejechać DDR za dnia, zanim się przyczepią, że nie mamy reflektora. I każą zapłacić grzywnę. Ażeby zapłacić grzywnę, trzeba pokazać prawo jazdy i...

 

Przypinam Tadka ciasno pasem samochodowym, ale, na wszelki wypadek, ażeby mi nie latał na boki, wyjmuję z torby zapasowe rajstopy i przytraczam go jeszcze raz pod pachami. Nawet całkiem mu do twarzy z tym śliniaczkiem. Po czym, z duszą na ramieniu, bardzo ostrożnie, opuszczam parking. Za ostatnie złotówki tankuję wysokooktanową benzynę, bo nie mam pojęcia, na czym ta cholera jedzie. A pytać nie mam kogo. I od razu zaliczam pierwszą lekcję jazdy z przyczepą. Szlauch nie sięga. Jakiś uprzejmy pan obok, poucza mnie, że trzeba cofnąć się z metr. W podzięce, o mało tego pana nie rozjeżdżam. Bo na wstecznym biegu wóz sobie, a przyczepa sobie. Usilnie tego pana przepraszam, ale pan tylko brzydko mruczy pod nosem i ucieka ode mnie. Nie dziwię mu się. Ja bym postąpiła identycznie. Ale już wiem, że na granicy, za wszelką cenę muszę unikać cofania, ażeby nie podpaść. Mam fart. Nie ma ruchu.

 

Pan celnik, z przyzwyczajenia, podchodzi do lewego okna. Uchylam szybę. Znajomy zapach wywołuje drwiący uśmiech i widać, że szykuje nie tylko paternoster. Ale mina mu rzednie, kiedy stwierdza, że przed Tadkiem nie ma kierownicy. Rozczarowany pan władza obchodzi oba pojazdy i ze złości kopie wszystkie opony. Ja grzebię w Tadka teczce i proszę Boga, aby paszport w niej był. Jest! Do niebieskiej władzy dochodzi brązowa i wymieniają jakieś uwagi. Brązowy patrzy na Tadka i nie może pohamować śmiechu. Niech się śmieją, niech ciągną łacha - byle tylko nas szybko wypuścili. Niebieski pyta, co jest w przyczepie. Mówię, że jaja. Jakie jaja? Wielkanocne. Po co? Na sprzedaż. A pozwolenie na eksport jest? Jest. A faktura? Proszę bardzo. Rachunek zapłacony? Zapłacony. Podaję im całą teczkę. Sprawdzają dokumenty, kartkują. Po czym ten brązowy mówi do niebieskiego z nieukrywanym zdziwieniem: ”co to za ludzie w tej Anglii. Po parę głupich jaj chce im się przez całą Europę zap...!” Przybili pieczątki, pożyczyli szerokiej drogi i brązowy podniósł szlaban.

 

Po niemieckiej stronie serce zabiło mi mocniej, kiedy celnik chciał wiedzieć, dlaczego ten człowiek się nie rusza. Pokazałam jego paszport i powiedziałam, że to jest właściciel auta i ładunku, a nie rusza się dlatego, że go bardzo mocno skrępowałam. Aby nie przeszkadzał w prowadzeniu. Albowiem jest skuty nie w cztery a w osiem d....Rozmawiałam z nim po niemiecku. Nawet się nie zdziwił. Możliwe, że WOPOwcy uważali, że cały świat włada biegle językiem Nietzsche’go. A może nazwanie tej części ciała tak dosadnie, zabrzmiało mu swojsko? Dość, że przybił pieczątki i przepuścił. Uff!

 

Było zimno, a jednak jechałam przy częściowo uchylonym oknie. Od Tadka ”jechało” jak z gorzelni; bałam się, że się zaczadzę. Miałam wiele szczęścia, że do NRF=u dotarłam przed zapadnięciem zmroku. Dzięki temu nie kwestionowali braku reflektora. Przez prawie trzy godziny Tadek nie zmienił pozycji. Zaczęłam się poważnie niepokoić, czy on aby nie uległ zatruciu alkoholowemu. Znałam określenie o "zalaniu  się w trupa", ale wieźć prawdziwego, nie wydawało mi się zbyt frapującą propozycją.

 

Zapadł wieczór. Byłam głodna i zmęczona. O dojechaniu do Calais mowy nie było. Dawno pożegnałam się z myślą o własnym łóżku tej nocy. Na razie jechałam po niemieckiej autostradzie i od czasu do czasu poszturchiwałam Tadka, tylko po to ażeby usłyszeć jakieś mruknięcie. Znak, że żyje. Obiecywałam sobie, że jak tylko Bozia da, że szczęśliwie wjadę na jakiś prom, obojętnie gdzie, w Belgii, Holandii czy Francji, zostawię go na pokładzie razem z jego kacem, jego przyczepą i jego jajami. Do domu wrócę autobusem. Niechby ze strachu wytrzeźwiał w try miga. W takim samym tempie, w jakim ja się musiałam nauczyć jechać z przyczepą. Zobaczymy, czy angielscy celnicy mu uwierzą, że to nie on wprowadził pojazd na pokład.

 

Na razie jechałam w nocy po autostradzie, na której nie ma ograniczenia szybkości. A ja się wlokłam i bałam o wypadek. Z przeciwnej strony, usłużni kierowcy światłami pokazywali, że z wozem jest coś nie tak. Jakbym nie wiedziała, że jadę w charakterze cyklopa, z jednym reflektorem. Dobrze, że już nauczyłam się poprawnie ustawiać na stacjach benzynowych. I co za szczęście, że miałam przy sobie moje karty kredytowe! Na każdym takim postoju, na siłę wyciągałam Tadka z wozu i z ogromnym wysiłkiem taszczyłam pod drzwi przybytku, oznaczonego parą spodni. Jak martwą kłodę, jak stóg siana, opierałam o ścianę i czekałam na chłopskie zmiłowanie.

 

To jest niesłychane! Nie do wiary! Nikt nie uwierzy jak solidarni są mężczyźni w tych sprawach. "Pijacy wszystkich krajów - łączcie się!", to motto faktycznie zdaje się jednoczyć obcych sobie facetów na całym, bożym świecie. Wprowadzali go, wyprowadzali (raz widziałam jak jakiś pan ostrożnie zaciągał mu zip w rozporku), ciągnęli, popychali, pomagali mi sadowić go w wozie. Przytraczanie rajstopami nieodmiennie wywoływało wybuchy śmiechu. Tylko, że mnie nie było do śmiechu.

 

Dla podniesienia oklapniętego morale, na ostatnim postoju zafundowałam sobie wyborną kolację. Do dzisiaj pamiętam smak wieprzowej pieczeni z knedlami i czerwoną kapustą. I wiśniowego tortu na deser. Kiedy wróciłam do wozu, Tadek wreszcie zmienił pozycję, bo leżał na "moim" siedzeniu. Jak on się uwolnił z "chomąta"? Z dziką satysfakcją, dosłownie ciągnąć go za włosy, zdołałam usadzić do pionu i znów przywiązać do siedzenia. Boże! Ile ja wtedy miałam w sobie krzepy! Gdzie się podziała?

 

Zdecydowałam się jechać do Ostendy. Stamtąd rejs jest dużo dłuższy, ale za to była jeszcze szansa na złapanie ostatniego promu. Jeśli będzie miejsce. Czy Pan Bóg czuwa na bożymi pijaczkami, czy też ulitował się nade mną, biedną sierotą - nie wiem. Bo na moje szczęście, nie dojechał jakiś autobus. Tym samym znalazło się miejsce na samochód z przyczepą. Prom był angielski. Nasi marynarze, znowu z wielkim zrozumieniem, pomogli wytaszczyć z wozu już trochę mniej sztywnego Tadka i pieczołowicie ułożyć na najbliższej ławce. Modliłam się w duchu, ażeby morze było burzliwe i żeby on z tej ławki zleciał na zbitą buziuchnę. Ale widocznie o za dużo prosiłam, bo tej modlitwy Pan Bóg jakoś nie wysłuchał. Życie jest brutalne!

 

Z Ostendy do Dover płynie się 5 godzin. Przed tym godzinę trwa załadunek. Wykupiłam sobie miejsce w kajucie i poszłam się przespać na kilka godzin. Ale zanim zostawiłam Tadka własnemu losowi, zabrałam mu portfel, zegarek, ściągnęłam z palców obrączkę, sygnet i krzyżyk ze szyi. Zbudziłam się o 5-tej rano. Z restauracji dochodził rozkoszny aromat cudownej, belgijskiej, parzonej kawy. Tadka zastałam na pokładzie, na własnych nogach. Sprawiał wrażenie dużego, zagubionego dziecka. Przywitał mnie z nieukrywaną ulgą i radością. Jeszcze chwila, a byłby mnie ucałował. A ja, cofając się, pewnie bym wyleciała za burtę, tak od niego potwornie "jechało" przemacerowaną wódką. Nieogolony i nieuczesany, wyglądał jak bandyta.

 

Mówię, że idziemy na śniadanie. Nie oponował. Ale z miejsca się nie ruszył. ”Now what?” - wrzasnęłam. Unikając mego wzroku, Tadek mówi, że nie może iść, bo go okradli. Jest goły jak przysłowiowy święty turecki. Wyciągam z torebki jego precjoza, oddaję mu jego teczkę i bez słowa kieruję się do restauracji. Uradowany Tadek ginie w czeluściach męskiej toalety, a kiedy znowu się pojawia, wygląda prawie jak człowiek. Okazuje się, że w tej toalecie waruje cwany marynarz, który tylko czeka na takich jak on. Za sumę, od której oko blednie, sprzedaje żyletkę, grzebyk, mydełko i papierowe ręczniki. Nawet chlorofil do żucia, ażeby celnik nie zemdlał, kiedy go będzie odprawiał.

 

Zjeżdżamy z promu. Tadek prowadzi. Angielski celnik patrzy na nas podejrzliwie. Para podróżnych wraca po 5-ciu dniach z kontynentu i nie deklaruje legalnego alkoholu ani papierosów? Tego chyba jeszcze nie było! Oczywiście chce wiedzieć, co jest w przyczepie i samochodzie. Jaja. Jakie jaja? Nie wolno wwozić nabiału do Wielkiej Brytanii. Tadek milczy (?!) Więc ja tłumaczę, że to nie są zwykłe, "żywe" jaja, tylko easter eggs. Aha, chocolate eggs? - domyśla się pan celnik. Well, not quite – odpowiadam. No to jakie? No, takie malowane pojemniki w formie easter eggs - tłumaczę. A co w nich jest? Nic. Celnik ma dosyć. Pokazać - rozkazuje. Tadek sięga za siebie i otwiera pierwsze z brzegu pudło. Nawet celnik oniemiał z zachwytu i przyznaje, że to piękna rzecz. Tadek pyta czy otwierać przyczepę. Jak ktoś jest taki chętny, celnik wie od razu, że jest "czysty", więc mówi, że nie trzeba. Tylko jeszcze licencję importową proszę pokazać i możemy jechać.

 

Licencję? Jaką licencję? Tadek żadnej licencji nie ma. Każą nam zjechać na służbowy parking i czekać do 9-tej. Celnik musi (na koszt Tadka, oczywiście) zadzwonić do ministerstwa w Londynie, ażeby się dowiedzieć, pod jaką kategorię ten nietypowy import podciągnąć. Przemysłową, artystyczną, użytkową? Wszak na każdą jest inna taryfa. Ja, w międzyczasie odnajduję budkę telefoniczną i dzwonię do Mietka collect. Relacjonuję mu, co się dzieje. Dobrze, że zadzwoniłam. Tak Mietek jak i Ewa umierali ze strachu, że nam się coś stało. O 10-tej wzywają nas przez głośnik. Tadek buli cło i VAT (odpowiednik naszego GST i PST), plus karę za niedopełnienie czynności importowych. O tak! Anglia to pies na forsę! (No to teraz już wiemy, od kogo Kanadyjczycy się tego nauczyli, co?)

 

Dwie godziny do Londynu pokonujemy w milczeniu. On, bo pewnie ciągle ma kaca-giganta; ja, bo w duszy jeszcze ciągle kipię. W domu czeka skruszony Mietek. W salonie kwiaty, w kuchni kwiaty, w sypialni kwiaty. Strasznie się kaja za to, na co mnie naraził. Też jest wściekły, że Tadek okazał się taki nieodpowiedzialny.

 

Po tygodniu milczenia, podsumowałam wydatki, dołączyłam kwity. Poprosiłam Mietka, ażeby za mnie pojechał się rozliczyć. Przed tym dyskutowaliśmy z Mietkiem o tym, ile te jaja będą Tadka kosztowały. Byłam pewna, że ze spodziewanego 300% zysku, ta eskapada przyniosła mu conajmniej 50% strat. I gdzieś tam, na dnie serca, może na wspomnienie własnej udręki, pomimo całej złości do niego, trochę mu współczułam. Niepotrzebnie, jak się okazało.

 

Tadek zbił kokosy! Jakby sobie na przekór. Nie wiadomo czy ktoś się pomylił, czy wykorzystano fakt, że Tadek po odbiór zamówienia, przyjechał na ”cyku”. Albowiem dzielni inwalidzi zamiast 700 sztuk, wtrynili mu 1500. Tadek, jak przez mgłę, pamiętał, że był zaskoczony wysokością kwoty do uregulowania. Ale co tam! Najważniejsze, że miał tyle przy sobie. Szybko i sprawnie załadowano mu samochód i przyczepę, on zaś galopem wrócił do Opola kontynuować balangę. Nawet braku reflektora nie zauważył.

 

Przyjechała Ewa przepraszać mnie w swoim i Tadka imieniu. Strasznie się sumitowała. Oznajmiła, że Tadek nie przyjechał, bo się mnie boi. I słusznie! Przywiozła mi kwiaty, czek oraz 2 przepiękne jaja. Każde napełnione inną mieszanką. W jednym, pomiędzy migdałami w czekoladzie, znalazłam złoty zegareczek. Mam go do dzisiaj.

 

Tadek rozprzedał wszystkie szkatułki w ciągu dwóch tygodni. Chwalił się nam, że wraz z zarobkiem na słodyczach, jego zysk wyniósł 350%. Może tak a może nie. Czy to ważne? Ważne, że się wywiązał z obowiązku. Że nie stracił twarzy. Ważne, że wielu ludziom sprawił niezwykłą frajdę. I, że okrasił bajecznym kolorem, ówczesną, szarą londyńską rzeczywistość.