DZIECIĘ NA PARKIECIE.
Pani Grażyna H. z Ajax napisała długi list.
W kilku sprawach zresztą. Między innymi, porusza temat, który być
może zainteresuje innych Czytelników:
Ja wiem, że dużo ludzi czyta to co Pani pisze
i w ogóle korzysta z Pani porad. Dlatego ja także bardzo proszę ażeby
Pani napisała coś na temat ludzi zachowujących się
niekulturalnie na parkiecie.
Byliśmy zaproszeni na ślub i huczne wesele. Była
z nami nasza sześcioletnia córeczka. Ślub w kościele był o
godz. 13-tej popołudniu, po czym nastąpiła niewygodna,
kilkugodzinna przerwa. Nie wiem dlaczego tutaj jest tak dziwnie. Bo ponownie
zebraliśmy się dopiero o godz. 18-tej na wielkim przyjęciu w sali
bankietowej eleganckiego hotelu. Naprzód witano nowożeńów, rodziców,
imiennie przedstawiano drużbów i drużki, paziów, etc. Po tem były
długie (przydługie, według nas) przemowy, opowiadano śmieszne
historyjki z dzieciństwa Państwa Młodych,
czytano telegramy i wznoszono niezliczone toasty. To trwało bardzo długo.
Dopiero po tej jakby części oficjalnej, podano kolację. Wyśmienitą
zresztą. Ale ta też się przeciągała. Dopiero o
godz.21-szej zaczęła grać orkiestra i rozpoczęły się
tańce. Bar przez cały ten czas serwował trunki w nieograniczonych
ilościach. Pili głównie panowie. Obserwowałam ich. Jedni pili
mniej, inni więcej, ale byli i tacy, którzy już zdążyli całkiem
nieźe się zaprawić. Jeden pan to był tak zalany, że nie
tylko siebie i partnerkę na parkiecie przewrócił, ale skosił też
kilka par tańczących obok. W tym i nasze dziecko, które strasznie
poturbował. Nawet myśleliśmy z początku, że jej rączkę
złamał ale, na szczęście, okazało się, że nie.
Proszę niech Pani napisze, że bardzo pijani ludzie nie mają
miejsca na parkiecie a ci mniej pijani, ażeby patrzyli dookoła i uważali
jak tańczą. To jest wstyd tak się zachowywać w miejscu
publicznym i świecić dziecku złym przykładem...(.)
Sorki. Nie napiszę. Nie mogę. Gdybym się z
Panią zgodziła, byłabym potworną hipokrytką. Nie mogę
krytykować czegoś, z czym się sama enzuzjatycznie zgadzam.
Albowiem ja, w przeciwieństwie do wielu moich przyjaciół i znajomych
(teraz także i Pani), gorąco popieram coraz częściej
spotykaną prośbę zawartą w zaproszeniach: o nie
przyprowadzanie małych dzieci na wesele. Także na inne Adorosłe@ imprezy.
Nawet jeśli do niedawna nie byłam całkowicie o tym przekonana, jeśli
miałam jeszcze jakieś wątpliwości
– to obecnie już ich nie mam. Utwierdziłam się o słuszności
tej prośby, tego apelu właściwie, także będąc gościem
na ślubie.
W ubiegłym roku byłam zaproszona na bardzo
wytworny śub. I stałam się mimowolnym
świadkiem żenującej Aperełki@: otóż
w momencie wymieniania obrączek, a więc apogeum ceremonii ślubnej,
nagle z ławki pośodku kościoła rozległ się
piskliwy głosik (ale przynajmniej na 100 decybeli), małego berbecia. W
tym tak podniosłym momencie, pod sklepienie kościoła uleciała
płaczliwa skarga: mama ja kcem kaku! Matka, może wielce
ceremonią przejęta, a może tylko zwykła ”ciekawska”,
zamiast dziecko natychmiast wyprowadzić, równie donośym głosem
warknęła: później. Wobec
tego, Bogu ducha winne dziecko, w co minutowych odstępach głośno
obwieszczało urbi et orbi (jak na to miejsce przystało) swoją
pilną, fizjologiczną potrzebę. Panna Młoda odwróciła
się dwa razy i gdyby spojrzenia zabijały – biedny dzieciak niczego
by już więcej w życiu nie potrzebował, albowiem legł by
tam zimnym trupkiem. Księdza to Ainterludium@ także
zmusiło do dwóch przerw w obrządku. I dopiero po tej drugiej przerwie,
pewnie w reakcji na jego poirytowane i wymowne spojrzenie, jeden z drużbów
poszedł wreszcie po rozum do głowy i, acz nie bez oporów ze strony
matki i głośnego tłumaczenia, że córeczka ma przecież
założoną pieluszkę, wcale nie łagodną perswazją
zdołal je wreszcie wyeskortować z kościoła. Nie muszę
chyba dodawać, że rozbawione oczy całej kongregacji zwrócone były
raczej na obie sprawczynie zamieszania a nie, jak powinny, na nowożeńów
w tej najważniejszej chwili ich życia.
Jeśli Pani sądzi, że nie ma tu żadnej
analogii – proszę się zastanowić. Bo jest. W tej sytuacji, to
nie pijani goście, lecz Pani dziecko nie miało miejsca na parkiecie!
Parkiet jest dla dorosłych. Rozbawieni goście znajdują się
na nim aby tańczyć a nie żeby świecić przykładem
Pani córce - jak Pani postuluje. Są gośćmi na weselu a nie
pedagogami w szkole. Ten upadek mógł być spowodowany nadmiarem
alkoholu, ale mógł być także przypadkiem. Może ten pan po
prostu się potknął? Bywa. W eleganckich lokalach bardzo pijanego
biesiadnika służbowy Awykidajło@ bardzo
grzecznie lecz stanowczo i sprawnie, sprowadza z parkietu. Nawet z sali usuwa,
jeśli zachodzi ku temu potrzeba.
Ta troskliwość nie jest podyktowana renomą
lokalu ani troską o jakość zabawy biesiadników. Jak zwykle,
chodzi o kasę. O niechybny wzrost składki ubezpieczeniowej, gdyby
przyszło wypłacić większe odszkodowanie. Albowiem, gdyby ktoś
upadł tak nieszczęśliwie, że faktycznie złamałby
sobie kończynę (wiele osób na wszelki wypadek z miejsca symuluje
zwichnięcie), niewątpliwie zaraz zaskarżyłby hotel na jakąś
wygórowaną sumę. Jaką? Bajońską. Z niezliczoną
ilością zer.
A co Pani dziecko robiło tam jeszcze o tej porze?
Pewna jestem, że paziów na sali już nie było, albowiem od
rana na nogach, o tej godzinie - pewnie dawno legli już pokotem. Eleganckim
(i rozsądnym) światem rządzą niepisane, twarde prawa. Jednym
z nich jest przeświadczenie, że jeśli kogoś nie stać na
opłacenie Ababy-sittera@ na ten jeden wieczór, powinien dla własnego dobra (i
gospodarzy także), zrezygnować z imprezy. Ale skoro już zaistniała
odwrotna sytuacja, to co Pani dziecko robiło samo na parkiecie? Pomiędzy
Atankującymi@ i
tańcującymi dorosłymi, bawiącymi się na 102 fajerki?
Odwróćmy na chwilę sytuację. Czy ten, przyjmijmy, że nawet
zalany w pestkę facet, pchałby się do piaskownicy, wyłącznie
domeny dzieci? Nie sądzę. No bo i po co? Po piasek w butach?
A za tem, z jakiej racji Pani chce narzucić dorosłym
ludziom ile i gdzie mogą pić (od tego ci panowie mają żony)
i jak się mają zachowywać. To była ICH zabawa. Przykro mi,
ale ja upatruję w tym tylko Państwa winę, żeście
dziecku pozwolili samej skakać na parkiecie. Bo to się faktycznie mogło
bardzo źle skończyć. A jeśli mała się nudziła
(w co ani na chwilę nie wątpię) myślę, że należało
odżałować resztę wieczoru i zabrać dziecko do domu. I
tak musiało być już blisko północy, prawda?
Reasumując, może warto zapamiętać hasło:
piaskownica dla dzieci - parkiet dla dorosłych. Każde AP@ ma swoje AD@, acz ewidentnie nie w tym samym miejscu. Czy przekonałam
Panią? Oby!
PS.
Przerwa pomiędzy ślubem
w kościele a przyjęciem weselnym przeznaczona jest na wykonanie ślubnych
fotografii. Każdy zawodowy fotograf, w zależności od pory roku i
pogody, ma swoje Aobskoczone@
atrakcyjne miejsca, dokąd zaraz po ceremonii ślubnej udaje się
weselny orszak. Fotograficzna procedura, te niezliczone zmiany w ujęciach pozycji
nowożeńców, ustawianie, przestawianie, wymienianie pozostałych
uczestników, przemieszczanie się z miejsca na miejsce - to wszystko trwa
godzinami. Widziałam już panny młode mdlejące z upału i
widziałam panny młode przemarznięte do kości. W cieniutkich
sukniach z gołymi ramionami (napluć na zapalenie płuc!), szczękające
zębami, z przyklejonym uśmiechem na twarzy, z wiosennym bukietem w ręku,
twardo pozowały na...śniegu, w do cna przemokniętych satynowych
buciczkach.
No cóż, ten dzień, ten moment musi być
uwieczniony. Nie tylko ażeby tradycji zadość
się stało; wszak te fotografie mają być przecież pamiątką
na całe życie. Dzisiaj są przypomnieniem dla nowożeńców;
jutro i pojutrze będą radować
oczy dzieci i wnuków. Stąd ta konieczna przerwa w uroczystym dniu. Przerwa,
którą należy wkomponować w plan dnia i jakoś ją sobie
zapełnić. Jeśli ktoś mieszka w tym samym mieście, powrót
do domu na kilka godzin wydaje się logicznym rozwiązaniem. Zamiastowi
idą do kina i jak długo nie chrapią, mogą sobie wygodnie
odpocząć i nabrać siły na wieczorną imprezę.