CHIŃSKIE OSZCZĘDNOŚCI
Z koniecznością nie walczą nawet bogowie. Konieczność uwalnia wprawdzie od męki wyboru, ale my często wyboru nie mamy. Szczególnie, jeśli mamy do czynienia z Izbą Skarbową. U nas nie tak dawno zakończył się znienawidzony okres przymusowego wypełniania rocznego zeznania podatkowego! Coroczny rytuał spowiadania się z finansowych grzechów. Rokroczna gorączka poszukiwania starych kwitów, rachunków, faktur. Szperanie po teczkach i szufladach; oczekiwanie na roczne zestawienie z banku czy innej instytucji finansowej. Aby później za sprawą anonimowego urzędnika, móc zafundować sobie wakacje na Karaibach, kupić nowy komputer, czy tylko ładną kieckę. Oby tylko nie trzeba było zanieść znowu do lombardu antyczną, brylantową biżuterię po babci (futra z norek już nie przyjmują. Za pospolite.)
Właśnie z podatkami łączy się niecodzienna sprawa, zawarta w liście p. Jolanty M. z Toronto: Usilnie Panią proszę o udzielenie mi porady. Sprawa jest taka. Ja od dłuższego czasu traciłam i ciągle jeszcze tracę przyjaciół, zupełnie bez mojej winy. Od ubiegłego roku ubyło mi czworo, zdałoby się, że bliskich. A teraz widzę, że nawet luźni znajomi zaczęli mnie unikać. Długo nie mogłam się domyślić, dlaczego tak się dzieje. Teraz skojarzyłam sobie pewne fakty. Na przykład takie, że każda wizyta, każde spotkanie prędzej czy później kończyło się prośbą o pożyczkę. Rzadko kiedy chodziło o małe sumy i nikt oczywiście nie oferował niczego pod zastaw. Albo byłam nagabywana o udział w jakimś cudownym przedsięwzięciu, które miało dać ”gwarantowane”, kokosowe dochody. Byłam zdziwiona tą nawałą próśb. Nie jestem przecież bankiem. Dlaczego właśnie ja? Ja, która w pożyczki nie wierzy. Nawet w rodzinie. (Zresztą moja rodzina nigdy o nic nie prosiła.)
Powinno mi było od początku dać to do myślenia, że kiedy systematycznie odmawiałam, raptownie kończyła się znajomość. Ale jakoś przez długi czas nie kojarzyłam. Dopiero, kiedy ostatnia ”petentka” wygarnęła mi ze złością, że ”siedzę na majątku, ale, niczym pies ogrodnika, sama nie jem i innym nie daję”, wywrzeszczała też, że ”na drugi świat tyle pieniędzy nie wezmę” (przy czym wymieniła dokładną kwotę, którą faktycznie dysponuję) - doznałam olśnienia. W ubiegłym roku ”dojrzały” dwie pokaźne obligacje państwowe (bonds), które byłam zmuszona podjąć. Ale, zrozumiale, zaraz je znowu przecież zainwestowałam, tak więc gotówki nie mam.
Pani rozumie, że tak ścisłe fakty mogą znać tylko ja, bank, urząd podatkowy i… człowiek, który wypełnił moje zeznanie podatkowe. Ja, bank i urząd podatkowy jako źródło informacji odpadamy, siłą rzeczy pozostaje więc tylko pan X. Ten pan jest moim znajomym jeszcze z Polski. Byłam serdeczną przyjaciółką jego pierwszej żony. Wyliczaniem podatków nie zajmuje się zawodowo, ale dobrze zna angielski i sam się zaofiarował z pomocą. Byłam mu za to bardzo wdzięczna. Później nie chciał przyjąć ode mnie żadnego wynagrodzenia, więc w podzięce zaniosłam mu dużą butelkę drogiego, francuskiego koniaku. Naiwnie myślałam, że w ten sposób będziemy kwita.
Kiedy zaczęła się kolejna nagonka na mnie, a raczej na moje finanse, zaczęłam się domyślać co się dzieje. Nie musiałam długo dociekać skąd ci niby przyjaciele tak doskonale wyznają się w moich zasobach finansowych. Szybko zdołałam ustalić, że to nowa żona pana X. chodzi po całym Toronto i rozpowiada ludziom, jakim to ja jestem Krezusem. A przy tym, jakim nieużytkiem. O tym, że nie kradłam, nie oszukiwałam, pewnej profesji nie uprawiałam, że pieniądze pochodzą ze sprzedaży domu w Polsce, tego już nie mówiła. Ani tego, że ja chcę sobie za te pieniądze kupić mieszkanie, najchętniej małe condo i czekam tylko na odpowiednią okazję (chcę znaleźć mieszkanie blisko metra, a takich, jak Pani wie, jest niewiele na rynku). Czy ją to zresztą powinno obchodzić? Piszę do Pani, aby zapytać czy ja mam jakiś rekurs? Czy ja ich mogę zmusić legalnie do tego ażeby publicznie o mnie i moich sprawach majątkowych nie rozmawiali? Czy muszę iść do sądu? Co ja mogę zrobić ażeby im usta pozamykać?
Nic. Absolutnie nic! A co się stało, już się nie odstanie. W światku, w którym Pani się obraca, Pani finanse są już tajemnicą poliszynela. I jak znam życie, każde nowe usta, przy powtarzaniu, dokładają jeszcze po kilka tysięcy. Za chwilę, acz tylko w plotce, będzie Pani bogatsza od Billa Gates’a. Niech Pani tylko niczego nie dementuje, z niczego się nie tłumaczy, bo to się na nic nie zda. Tyle, co umarłemu kadzidło!
Ale skąd ten kompleks, że ludzie tylko dla pieniędzy przyjaźnili się z Panią? Czyżby wszyscy, bez wyjątku, byli by tak wyrachowani? Aż trudno mi w to uwierzyć. Czy na pewno nie ma innych powodów niespodziewanej ”dezercji” przyjaciół? Niech no Pani dobrze przeczesze swoje myśli, wspomnienia. Czy Pani sobie kogoś czymś nie zraziła? Może (niechcący) kogoś jakąś niefortunną uwagą obraziła?
Natomiast ja mam do Pani pytanie z zupełnie innej beczki. Pani nie pisze jak długo przebywa w Kanadzie, tylko, że z językiem angielskim ma problemy. Język – językiem, a forsa –forsą i co ma piernik do wiatraka? Najwyraźniej nie jest z Panią aż tak źle, skoro Pani potrafi sama chodzić wokół swoich spraw finansowych, jest zorientowana w rynku inwestycjami, wie gdzie i jak lokować pieniądze. Ale czy dobrze? Czy najkorzystniej jak można? Dlatego ogromnie się dziwię, że dysponując tak poważną kwotą, nie zatrudnia Pani doradcy finansowego (financial adviser), i to takiego z prawdziwego zdarzenia. Lub choćby wykwalifikowanego księgowego (accountant), który z zasady jest także ekspertem w sprawach podatkowych. Profesjonalny księgowy jest zaprzysiężony; jest jak ksiądz, któremu ”śpiewamy” jak na spowiedzi. Zawodowiec zapewnia absolutną dyskrecję. Jego etyka zawodowa zakłada mu knebel, zmusza do milczenia. W przypadku, nawet przypadkowego, wywleczenia sprawy klienta na forum publicum (może przez jego personel), zawodowca można pozwać do sądu i oskarżyć o ”gross negligence” (rażące zaniedbanie) lub ”unprofessional conduct” (zachowanie sprzeczne z etyką zawodową). Nie tylko można domagać się wysokiego pieniężnego odszkodowania, ale nawet w niektórych (poważnych) przypadkach, żądać skreślenia go z rejestru praktykujących księgowych. Znam konkretny przypadek.
Zawód księgowego, jak wiemy, jest intratny. Lecz usługi doświadczonego księgowego wcale nie muszą być wygórowane; każda sprawa jest indywidualna, zależy ile pracy trzeba w nią włożyć (zresztą zawsze można poprosić o kosztorys). Zawodowiec trzyma palec na pulsie. Dokształca się przez cały rok. Zna wszystkie nowe, obowiązujące zarządzenia, każdą nową ulgę podatkową. Zawodowca w tym głowa, żeby wykorzystać wszystkie zmiany w przepisach i zastosować je tak, aby maksymalnie, acz legalnie, obniżyć wysokość podatku klienta. Jego porady często bywają nieocenione. Dzisiejszy księgowy, ten z prawdziwego zdarzenia, zeznania podatkowe przygotowuje komputerowo. Przekazuje je do biura podatkowego pocztą elektroniczną, czym efektywnie skraca okres oczekiwania na zwrot podatku.
Czy Pani zna termin: ”chińskie oszczędności”? Stosujemy go wtedy, kiedy (najczęściej przez chytrość) przy całym naszym wysiłku, nie tylko nie zarobiliśmy ani centa, ale jeszcze dołożyliśmy sporo do niefortunnego interesu. Całkiem możliwe, że Pani pokusiła się na taką chińską oszczędność. Albowiem nie tylko nie jest Pani pewna czy ten amator wypełnił Pani zeznanie z pełną dla Pani korzyścią, ale duża butelka francuskiego koniaku kosztuje chyba więcej aniżeli niejeden księgowy policzyłby sobie za wypełnienie nieskomplikowanego zeznania podatkowego.
A na dodatek, ten pan X. i jego żona gęby sobie Panią wycierają. Ciekawi mnie, dlaczego Pani cała złość skierowana jest wyłącznie pod adresem jego żony? ”Bo do tanga trzeba dwojga” – twierdzi ”Budka Suflera”. I ma rację. Do plotki - co najmniej tyle samo. Kto jej to wszystko wypaplał? A może on właśnie po to zaofiarował się z pomocą, ażeby się zorientować ile Pani jest aktualnie warta? Chciał poznać stan Pani konta bankowego? Może od pierwszej żony wiedział, że Pani wywiozła z Polski większy majątek i chciał się upewnić, że mityczny garniec złota jeszcze ciągle pozostaje nienaruszony? Może chciał być pierwszy w kolejce, kiedy Pani, a choćby nawet za jego namową, zgłupnie i da się wrobić w jakiś złoty, ”wspaniały” interes. Albo jeszcze lepiej: zacznie na lewo i prawo pożyczać forsę. Bez lichwy, z terminem oddania na ”św. Dygdy”. Czyli nigdy. Naiwny czy cwaniak?
Tego typu utraconych znajomości proszę nie opłakiwać. Jeśli Pani się nie myli w swej ocenie, że tylko po to się z Panią przyjaźnili - tego nie można nazywać przyjaźnią! Jest to paskudne wyrachowanie i nie ma czego ani kogo żałować. Tylko, czy aby na pewno jest to jedyna przyczyna towarzyskiej pustki?
Zapłaciła Pani srogo za rzekomą uprzejmość pana X. Mam nadzieję, że nauczka nie poszła w las. Że w następnym poszuka Pani sobie jakiegoś renomowanego księgowego i skorzysta z fachowej usługi. Jeśli Pani nadal będzie miała trudności z językiem angielskim - też nie ma sprawy. Proszę przejrzeć ogłoszenia w prasie polonijnej. Polskich księgowych jest tylu, że można przebierać jak w ulęgałkach.
Wracając do Pani adwersarzy i zmuszenia ich do milczenia – niech się Pani nie trudzi. I nie planuje zemsty. Szkoda czasu i nerwów. Nic im Pani nie zrobi. Tych ludzi nie obejmuje żadna tajemnica zawodowa. Mogą gadać, co im ślina na język przyniesie. Rozumiem, że Panią bezsilność do szału doprowadza, lecz, niestety, trzeba przejść nad tym do porządku dziennego. Nie ma zresztą innej rady. Warto pamiętać, że złość piękności szkodzi. I co jeszcze warto, to zapamiętać sobie, wyryć w pamięci, że z wszystkich długotrwałych doświadczeń życiowych - najmniej trwała jest przyjaźń oparta na tle finansowym. Efemeryda! Jeśli nie zgoła bajka.