OLIMPIADZIE PODZWONNE
Kolejna olimpiada za nami. Wraz z nią zarwane noce,
emocje, zszarpane nerwy. Oklaski lub rozczarowanie. Wybuchy na krótko
odrodzonego szowinizmu i patriotyzmu. Ale właściwie komu kibicować?
Za kogo ma tutejszy Polak kciuki trzymać? Za Polskę, w której się
urodził, wychował ale opuścił, czy za Kanadę, w której
mieszka, prosperuje i... umrze? Mnie
osobiście dochodzi jeszcze Wielka Brytania, ale trzeciego kciuka mi zabrakło.
Cieszę się, że ta kolejna szopka wreszcie
się zakończyła. Poza imponującym, spektakularnym wręcz
otwarciem, pozostała część olimpiady już mnie nie
fascynowała ani pasjonowała. Fabryka szmalu. Zresztą ”big
biznes” ogladam w TV czy ulotkach w formie reklam prze okrągły rok.
Także codzienne wysłuchiwanie rzadko sprawdzających się
prognoz komentatorów sportowych, skandale, niesmak w ustach z powodu
oczywistych, „zakupionych” punktów u przekupnych sędziów, pozostałe
wyniki nie zawsze zasłużone i sprawiedliwe – odbierały
przyjemność oglądania. Gdybym to ja miała tu coś do
gadania, to bym samej olimpiadzie przyznała trzy medale: złoty za
komercjalizm, srebrny za pomysłowe ukrywanie zażywanych środków
dopingowych i brązowy za jako-taką tradycję. Gdzie się
podziała ta szlachetna rywalizacja,
która dała początek nowożytnym igrzyskom 108 lat temu?!
Wcale nie chciałam pisać o olimpiadzie ale
formalnie zostałam do tego zdopingowana.
Fajne słowo. Bardzo modne ostatnio.
Byłam na party. Jak zwykle, byłam nestorką
miłego zgromadzenia. Panowie mieli w zasadzie tylko jeden temat: olimpiadę.
Panie trajlowały o dzieciach, kuchni, modzie i najnowszych wybrykach
niejakiej Kici, której ja nie znam. Siedziałam sobie grzecznie, cichutko,
nikomu nie wadząc i kombinowałam jakby tu się wcześniej urwać,
bo w domu czeka na mnie jeszcze tyle roboty. Lecz akurat pan
domu, który już od dłuższego czasu prowadził zaognioną
dyskusję z innym panem, na temat nie odebrania, choćby, na siłę
złotego medalu amerykańskiemu gimnatykowi (dostał go z powodu
pomyłki jednego ze sędziów. Czy to aby na pewno była ”pomyłka”
czy tylko opłata – to inna już sprawa), zwrócił się do
mnie o zdanie. I poprosił o rozstrzygnięcie sporu. Aliści jego
adwersarz, nie czekając nawet na moją odpowiedź, od razu
pogardliwie machnął ręką i ze swoistą ”kurtuazją”
zawyrokował: "eee, co tam pani Nina, w tym wieku, może o sporcie
wiedzieć."
Oj, chłopie, chłopie! Gdybym miała ”śpiewny”
głos, sparafrazowałabym piosenkę Tiny Turner: "What's love
got to do with it?" na: "What's age got to do with it?" Co ma piernik do wiatraka? Co ma wiek do sportu? Sportem
można się interesować i pasjonować mając lat 15, 55 i
105. Gorzej jest z jego uprawianiem. A swoją drogą ciekawa jestem co
ten pan będzie uprawiał w moim wieku, jeśli na Viagrę pieniążków
mu zabraknie?
Postanowiłam podnieść rzuconą rękawicę
i zrobić facetowi wykład. Pokazać że jednak mam własne
zdanie. Nie tyle zabolała mnie aluzja do wieku, bo ja za prawdę nie
biję (chłopię było "pi razy oko" jakieś 15
lat ode mnie młodsze. Akurat tyle samo, co mój zięć), ale głęboko
dotknęło mnie posądzenie o nieznajomość tematu, o
sportową ignorancję, o to, że jestem ciemniaczką. A niech się,
cholera, dowie, że nawet nadgryziona zębem czasu babka, nie musi być
automatycznie idiotką; wiek nie jest wykładnikiem
ani inteligencji ani pamięci.
To też powiedziałam, zgodnie z moim przekonaniem,
że Amerykanin powinien medal oddać. Pokazałby gest, ba, olimpijską
klasę, gdyby dobrowolnie zwrócił medal, na który nie zasłużył.
Po czym dodałam, że tę konkurencję przypadkowo oglądałam.
Albowiem tegoroczną olimpiadę śledziłam tylko po łebkach.
Że w zasadzie ją olałam. I, że to wcale nie pierwszy raz w
moim życiu. Kocham sport ale od tuzina lat nie kocham już olimpiad.
Straciłam szacunek do tej imprezy. Idea prawdziwej, czystej i amatorskiej
olimpiady została dawno sprofanowana. Szlag ją trafił. Na przykład,
kosztowna rewia, jaką na otwarcie olimpiady zaprezentowała nam Grecja,
była wspaniała, fantastyczna (choć nie wiem czy zdystansowała
australijską), ale za mojego życia biedni Grecy nie wykopią się
z długów. Ten dech zapierający show na wysoki połysk był
super teatralny, dech zapierający, ale
ze sportem miał raczej bardzo mało wspólnego. (Dużo bardziej
podobało mi się zakończenie, kiedy to mała dziewczynka
bardzo dowcipnie, po prostu zdmuchnęła znicz.)
Dzisiaj olimpiada jest to jedna wielka rewia, jakiej
Hollywood by się nie powstydził. Ale wielki szmal, zawodowcy, reklamy
i doping zrujnowały (w moim pojęciu) wyobrażenie o czystym,
honorowym sporcie. O uczciwych zmaganiach. Coraz rzadziej widzi się
etnicznych reprezentantów szermujących w barwach swego kraju, Za to
popisuje się zakupiona kadra, która za szylingi, szelągi i szekle
sprzedaje swoje usługi temu, kto najwięcej zapłaci. Czy już
wszyscy zapomnieli o tych zeszmaconych szubrawcach, którzy bez skrupułów,
za wielki szmal oddali olimpiadę Atlancie? Czyżby tak szybko otrząśnięto
się z widoku sędziów‑szachrajów, którzy za szampańskie
"podarunki" fałszywie punktowali taniec na lodzie, na korzyść
pupiili swoich ”dobroczyńców”?
Ja, przypadkowo, ubóstwiam sport. Jeszcze jako
pensjonarka na kopy połykałam książki. Wtedy też
zakochałam się w biografii Jesse Owens'a. Przez wiele lat był
moim idolem. Był i jest legendą wielu pokoleń.
Jego upór i jego wytrwałość nobilitowały sport przez
wielkie ”S”! (Jesse = James, a James = Jakub) więc nazwałam go
"Czarnym Kubusiem". Kubuś nie miał lekkiego życia.
Murzyn, bidołacha z Południa, niedotowany przez nikogo, bez niczyjej
pomocy ani dopingu (sic!), tylko morderczym treningiem i czystym talentem
‑ został wielokrotnym mistrzem USA. Później, na olimpiadzie w
Berlinie w 1936r. zdobył 4 złote medale w jednym dniu. (Bieg na 100m =
10.3, bieg 200m = 20,7, skok w dal 8.06m i ostatni biegacz sztafety = 20.7).
Hitler podając rękę każdemu złotomedaliście,
Kubusia "nie zauważył". Zresztą prez. Roosevelt też
"zapomniał" zaprosić go do Białego Domu z resztą
amerykańskich zawodników. Niektóre rekordy Kubusia utrzymały się
przez 25 lat! Myślę, że Kubuś turla się w grobie ze
śmiechu (a może żalu?) widząc, że dzisiaj 80% amerykańskich
medalistów – to sami bracia -”Kubusie”. A jak ich fetują! Jak ich
rozpieszczają!
To głównie dzięki mitowi Kubusia i jemu
podobnych, sama zaczęłam (nawet z niezłymi wynikami) uprawiać
niektóre dyscypliny. Bo wtedy sport to była taka wielka i szlachetna
sprawa! W czasie wszystkich olimpiad regularnie zarywałam noce; nie można
mnie było odkleić od telewizora. Lecz po tem (dla mnie przynajmniej)
wszystko zaczęło lecieć na zbity pysk. Ja jeszcze nie zapomniałam
kiedy w 1984r. w Los Angeles, w barwach brytyjskich biegła (i wygrała)
swoją konkurencję bosonoga Zola Budd. Co tu jest do pamiętania?
– ktoś zapyta. Ano, tylko to,
że jeszcze miesiąc przed tym, Zola była obywatelką Południowej
Afryki gdzie się urodziła i stale mieszkała. Z Wielką
Brytanią nic ja nie łączyło! W czasie gdy przeciętna
oczekiwania na obywatelstwo i paszport brytyjski, legalnego mieszkańca UK
była pięć lat, obiecująca sportsmenka dostała
obywatelstwo w ciągu dwóch tygodni! Społeczeńtwo było
oburzone. Ja też. Ale nic nam to nie pomogło, bo medal i wątpliwy
prestiż były ważniejsze. Zola nawet dla niepoznaki nigdy w Anglii
nawet nie zamieszkała. Miała w nosie. Do dzisiaj żyje w RPA.
Szkopuł w tym, że dzisiejszy sport przestał
być sportem a stał się big‑biznesem. Osiągnięcia
są wątpliwej jakości, jako, że z naturą, wysiłkiem,
techniką i talentem mają tyle wspólnego co my z zeszłorocznym
śniegiem. To nie sportowcy ale anaboliczne steroidy święcą
triumfy. Ja nawet jestem już taka dziwna, że w przypadku referendum, głosowałabym
za dopuszczeniem ich do oficjalnego użytku wszystkich zawodników. Bo i tak
prawie wszyscy je stosują, acz tylko niektórzy wpadają. Ale wtedy
przynajmniej szanse byłyby bardziej wyrównane. Ponieważ doping
rujnuje zdrowie zawodników, może będą nadawali medale tym, którzy
najdłużej na steroidach czy innych narkotykach przeżyją?
Czy ktoś jeszcze pamięta wypowiedzi
australijskich sprzątaczek w wiosce olimpijskiej? O tym jak na kilogramy
wynosiły strzykawki (bynajmniej nie po insulinie), butelki po alkoholu,
opakowania po różnych tabletkach. I to mają być sportowcy, którym
powierzono kontynuację gier i honoru herosów olimpijskich?
W dawnym soc‑bloku sprawa była przynajmniej
jasna. Była tajemnicą poliszynela, że sportowcy to święte
krowy. Cieszyli się nie tylko sławą ale także fikcyjnym
zatrudnieniem, zakupami za żółtą firanką, talonami na
samochód, przydziałem na mieszkanie, najlepszymi trenerami (ale też i
treningami na okrągło), steroidów mieli "skolko ugodno"
‑ a więc nie dziwota, że wygrywali. Jeśli w spotkaniu z
Zachodem zabrakło dobrego zawodnika w jakiejś konkurencji – niet
probliema ‑ pożyczało się na chwilę jednego od
"sąsiada" i po krzyku. Jakby magiczną różdżką
dotknięci, jakiś Kowalew, Covalescu, Kowaliciaus czy Cowalstein stawał
się Kowalskim, dumnie eksponując orzeł na koszulce.
Obecnie skończyło
się babci granie! Teraz, tak jak na całym świecie, jeśli
taki kulturysta nie znajdzie sponsora to leży i kwiczy jak byk w gnoju. Wziąwszy
to wszystko pod uwagę, uważam, że Polska i tak odniosła
niebywały sukces plasując się na 23-cim miejscu z 71 przyznanych.
Pogratulować. Brawo
nasi!
A
swoją drogą, przeraża mnie ta medalomania. Aby zdobyć coraz
więcej medali (i jeszcze większy szmal), wymyśla się co
chwilę nowe dyscypliny. Bo wraz z nimi ruszy od razu na wielką skalę
produkcja i sprzedaż nowego sprzętu, strojów, logo, szpejów i innych
bajerów. Już w Australii mieliśmy trampolinę, synchronizowane
skoki do wody i siatkówkę na piasku. Tylko czekać kiedy wprowadzą
krykiet (jakby nie było jest to oficjalny sport narodowy w 75 krajach) i
krokiet. Grę w brydża sportowego, tańce towarzyskie (latynoskie w
szczególności). A może nawet i seks. Olimpijską kamasutrę.
Uprawiana na "koniu" (złoty medal), na drabinkach (srebrny), na
macie (brązowy). Ocenianą na czas albo na fikuśne pozycje.
Dlaczego nie? Wszak prawie wszystko inne jest już dopuszczalne. No bo co ma
wspólnego nowożytna olimpiada z pierwszą olimpiadą z 776r przed
naszą erą? Bardzo mało. Starożytni Grecy nie obracają
się w grobach tylko w nich wirują! Nie wiedzą w czym zawinili,
że w tym roku, w ich własnym kraju, ich szlachetne i honorowe zmagania
tak potwornie spostponowano. To może ja im podpowiem: dla szmalu, Grecy!
Dla szmalu!
(A propos, pyskate chłopię nigdy nie słyszało
o Jesse Owens. Ponuro mruknął tylko, że to z przed jego czasów. Na
co ja odparłam radośnie, że z przed MOICH TAKŻE!)