MINĘŁY CZASY: ”AJ NO ANDERSZTAND”
Chwilę po tym, p. Krzysztof J. z Mississauga wyjaśnia,
o co mu chodzi. A ja z miejsca wiem, że będę musiała o tym
napisać, gdyż nie jest to pierwszy raz, że mam z podobną
sprawą do czynienia. I myślę sobie, że nawet dobrze się
stało, że znalazła się okazja, ażeby raz na zawsze wyjaśnić
coś, co dla mnie jest jasne jak słońce, ale innym wydaje się
być szwindlem z pod ciemnej gwiazdy.
Pan Krzysztof chce wiedzieć: czy te oferty
wielkich magazynów: ”Kup teraz ‑ zapłać za rok” (a czasami
nawet i za dwa lata), są jednym, wielkim oszustwem czy nie? Bo jego właśnie
podstępnie nabrano. W związku z tym prosi mnie o poradę, jak ma
postąpić. Czy zlekceważyć sprawę? Zakwestionować
sumę? Podać sklep do sądu? Czy też, choć serce z bólu
skowycze, zapłacić?
Chodzi o to, że jeden z naszych wielobranżowych
sklepów (nazwy firmy nie podaję, gdyż nie wydaje mi się ona
istotna; wszystkie giganty przemysłowe, pracują na tych samych przesłankach),
policzył mu szalone odsetki za to, że spóźnił się o
trzy dni z uregulowaniem rachunku. Przed rokiem kupił tam, na przecenie,
świetny model plazmowego telewizora ”Sony”, na który z żoną
od dawna ”chorowali”. P. Krzysztof spóźnił się z
uregulowaniem rachunku tylko dlatego, że termin upłynął,
kiedy on akurat przebywał w Polsce. Nie sądził, że z powodu
głupich trzech dni będzie miał tyle kłopotów i poniesie tak
wysokie koszty. Wiedział, oczywiście, że będzie musiał
zapłacić za dni spóźnienia, ale ażeby aż tyle! Mógł
zadzwonić do żony i przykazać zapłatę w terminie, ale
nie był pewny czy ona wszystko dobrze załatwi. (Mam ochotę
w imieniu własnym i wszystkich pań na naszej planecie, podziękować
serdecznie za to swoiste, i chyba jeszcze przedpotopowe, ”wotum niezaufania”.
Tak kulturalnie i mile facet brzmi, ale, na jakim świecie on żyje?!)
Wtedy wydawało mu się, że złapał
Pana Boga za nogi. Telewizor nie tylko był o $700 tańszy od regularnej
ceny, ale na dodatek, został zakupiony w ramach firmowej oferty: ”kup
teraz ‑ zapłać za rok”. I nawet nic mu nie policzyli za składowanie,
kiedy na jego prośbę, dostawę dokonano po miesiącu, już
do nowego mieszkania....
To ostatnie zdanie było dla mnie hasłem do akcji.
Wpadłam mu w słowo. ”No i co? Przegapił pan datę i teraz
trzeba bulić gigantyczne odsetki. O niebo wyższe i wręcz
nieproporcjonalne do tych, jakie Pan sobie wyliczył, czy tak?” ”Skąd
pani wie, że właśnie to chciałem powiedzieć?” –
szczerze dziwi się pan Krzysztof. ”Bo Pan nie jest wcale odosobnionym
przypadkiem; wprost przeciwnie, nagminnym raczej” – objaśniam. A skąd
to wiem? Od czytelników. Zresztą moim obowiązkiem poradniczki jest
takie rzeczy wiedzieć. A jeśli czegoś nie wiem ‑ to mam się
dowiedzieć. Więc dla osłodzenia
mu jego gorzkiej, finansowej pigułki, opowiadam mu prawie analogiczną
historię p. Rozalii R. z Milton.
Widocznie rok 2007 był pod względem odsetek
pechowy dla naszych rodaków. Bowiem państwo R., którzy właśnie
kupili nowy dom, też udali się do filii tego samego, bardzo
popularnego, sklepu (tyle, że w Milton) aby poczynić, jednorazowe,
wielkie zakupy. Zwabiła ich nie tylko potrzeba, ale głównie - duża
przecena. O tym, że sklep oferuje spłatę rachunku dopiero za rok,
nawet nie wiedzieli. Państwo R. musieli dom kompletnie wyposażyć.
To znaczy kupić kuchnię, lodówkę, pralkę, suszarkę i
zmywarkę do naczyń (mikrofalówka, jako ”bakszysz” od firmy
budowlanej, była już wbudowana w ścianę). Ostateczny
rachunek opiewał na niebagatelną sumę $5.450. Państwo R. nie
są biedakami. Byli przygotowani na wydatek w tych granicach. Mieli przy
sobie karty kredytowe i, na wszelki wypadek, książeczkę czekową
także.
Dobrze, ale, po co płacić teraz? ‑
perswadował im sprzedawca. Przecież mogą zapłacić
dopiero za rok. A nienaruszona, nieźle zainwestowana gdzieś kilkutysięczna
kwota, przyniesie jeszcze dodatkowy dochód. Nic a nic nie mogą na tej
transakcji stracić ‑ zapewniał gorliwie. Po krótkiej chwili
wahania, po omówieniu sprawy na boczku (poszedł też w ruch
kalkulatorek), przystali na propozycję. Na podstawie posiadanych przez nich
kart kredytowych Visy i Masterdcard, bez problemu otworzono im konto i wytłoczono
ich własną, firmową kartę kredytową. Sprzedawca ani słówkiem
nie pisnął o jakichkolwiek karnych odsetkach. Kazał tylko podpisać
rachunek, pogratulował doskonałych zakupów (sobie zaś zapewne,
wysokość prowizji) i zasunął w lansadach do następnego
klienta.
Sprzęt został zakupiony 12 czerwca, 2007,
z przewidzianą dostawą (dokonaną zresztą punktualnie) 27
lipca, 2007. Pani Rozalia przez cały rok, otrzymywane miesięczne
zestawienia ze sklepu (statements) wrzucała do szuflady, nie bacząc na
to, jaka data figurowała na nich jako dzień ostatecznej płatności.
Przecież do końca życia nie zapomni tego bałaganu, jaki 27
lipca zapanował w ich nowym domu.
Będąc święcie przekonana, że rok
darmowego kredytu liczy się od dnia dostawy sprzętu, czyli jego używalności,
była spokojna, że ma jeszcze wiele czasu do spłacenia zaległości.
Stąd, bilansując konto bankowe w dniu 19 czerwca 2008, i budżetując wydatki na następny
miesiąc, pamiętała, że w lipcu ma uregulować w całości
ten niebagatelny rachunek. Lecz kiedy sięgnęła po fakturę, z
przerażeniem stwierdziła, że miał być zapłacony 12
czerwca (w rok po zawarciu transakcji) a nie 27 lipca
(rok po dostawie), jak mylnie sądziła.
Ale stało się. Spóźniła się z
zapłatą o całych 7 dni! Toteż natychmiast, truchcikiem,
pobiegła do najbliższego sklepu tej firmy, wiedząc z góry,
że nie obejdzie się bez zapłacenia odsetek za 7 dni. Dlatego nie
wystawiła z góry czeku na $5.450, gdyż nie wiedziała ile te
odsetki wyniosą. I omalże ataku serca nie dostała, kiedy
powiedziano jej, że ponad cenę nabytku, należy im się
jeszcze $1.778.78 w formie odsetek. Prawie jedna trzecia całego zakupu!
Zakupu, który miał być przecież wyjątkową okazją
i miał im zaoszczędzić mnóstwo pieniędzy.
I tu leży pies pogrzebany, który nawet z tamtego
świata, bardzo głośno szczeka. Tym szczekaniem obwieszcza wszem i
wobec, że nie ma w tym żadnego kantu! Że tego rodzaju promocja
polega na tym, że odsetki akumulują się już od pierwszego
dnia zakupu, jeśli klient zalega z zapłatą. Jednakże anulują
się automatycznie i całkowicie, jeśli klient spłaca rachunek
w przewidzianym terminie. (To, że sklep modli się o to, ażeby
klient zapomniał ‑ to jest już inna sprawa.) Albowiem, jeśli
nabywca przekroczy tę datę choćby o jeden dzień tylko, płaci
odsetki za cały rok kalendarzowy plus ilość spóźnionych
dni. W tym sklepie akurat odsetki obliczane są dwojako. Za rok, kiedy
trwała promocja, liczą na ogół procent prosty, ale za każdy
dzień spóźnienia - procent składany. A to, że owa firma
nalicza odsetki w wysokości 28.8% w skali rocznej, czyli dwa lub trzy razy
więcej aniżeli niejedna karta kredytowa, to jest jej święte
prawo. Ponieważ ta informacja wyraźnie figuruje na rachunku. A, że
drobnym maczkiem? Miejsca na blankiecie nie starczyło.
Kiedy wieczorem mąż wrócił z pracy,
pojechali do sklepu, w którym sprzęt zakupili i zażądali rozmowy
z kierownikiem. Powiedzieli, że kiedy ich namówiono do ”kupienia dzisiaj
– płacenia za rok”, nikt ich nie poinformował o możliwych
wpadkach, nie pouczył o ważkości spłaty na czas, o drakońskich
odsetkach, że to wszystko nie jest fair
i, że oni ostatni raz coś u nich kupują. Butny kierownik
wcale się tą groźbą nie przejął i oznajmił
cierpko, że:
1) sklepowa ”literatura”, którą otrzymali wraz z
kartą kredytową, wyjaśnia dokładnie wszystkie aspekty
sprzedaży, kupna i kredytu, 2) każdy rachunek jest prawnym kontraktem.
Firma nie poczuwa się winna do niczego, egzekwuje tylko swoje prawa,
albowiem na rachunku figuruje jednoznaczna formułka: "No interest
and no payments for 12 months. Interest
accrues from the date of purchase but is waived if
purchase price is paid in full, within the promotional period", oraz 3)
firma nie odpowiada za ignorancję, czy brak znajomości języka
angielskiego, swych klientów.
I tutaj leży kolejny pies (a może tym razem
suczka?) pogrzebany. I jeszcze głośniej szczeka. Chce nas pouczyć,
że ani te wielobranżowe sklepy, ani żadna instytucja finansowa,
nie opierają swej działalności na takich ludziach jak, na przykład,
ja. Wprost przeciwnie. Oni mnie nawet bardzo nie lubią. Bo, na co im taka
facetka, która po otrzymaniu każdego zestawienia, natychmiast leci z
wywieszonym językiem uregulować rachunek W CAŁOŚCI! (Dzisiaj
już nawet nigdzie lecieć nie muszę. Robię to przez Internet,
nie podnosząc czterech liter z fotela). Oni ze mnie i całej armii
takich jak ja, nie mają żadnych korzyści. My dla nich jesteśmy
złem koniecznym, bólem głowy. Niepotrzebnym obciążeniem
działu rachunkowości.
Nie! Oni czekają i żerują na tych, którzy
naprawdę nie mogą sobie pozwolić na gotówkowy zakup. Dla tych
ludzi kupno dzisiaj a zapłata za rok, jest faktycznie wybawieniem. To na
ich potknięcia, finansjera czeka z bijącym sercem, błyskiem
nadziei (i chciwości) w oku. Jej założenie jest logiczne: jeśli
ci ludzie dopiero co wylądowali w Kanadzie – będą, ba, muszą
się obsprawiać. Przez pierwszy rok nikt im karty kredytowej nie
zaoferuje. No credit rating! Więc będą zmuszeni płacić
gotówką. Ale lista ich potrzeb będzie ciągle rosła; końca
nie będzie widać.
Wtedy skorzystają z tego niektóre (pomniejsze)
sklepy, ryzykując udzielenie kredytu i sprzedaż na raty. A kupujący
coraz głębiej będą brnęli w długi. Można więc
spokojnie założyć, że za rok tym bardziej nie będą
mieli pieniędzy na coraz liczniejsze spłaty. Tymczasem, w ciągu
roku, na podstawie dokonanych i spłacanych zakupów, otrzymają
pierwsze karty kredytowe. Wtenczas radośnie zaczną jedną kartą
spłacać drugą. I tak w kółko, Macieju. (Będzie to, oczywiście, samobójstwo
finansowe, ale oni tego jeszcze nie wiedzą). Jest szansa, że
w lawinie rachunków, jakiś przeoczą, spóźnią się z
jego zapłatą na czas. A
wtedy, hajda dusza ‑ bez kontusza i... wszystko jak powyżej.
Nic nie pomoże żarliwe tłumaczenie: ”Aj
no andersztand dzys problem”. Brak znajomości języka niczego nie tłumaczy.
Pod żadną szerokością geograficzną. I słusznie. To
ludzie z całego świata przybyli do Kanady, a nie Kanada do nich. Gdy
się wlezie między wrony ‑ trzeba krakać tak jak one! A
że wielka finansjera nie ma serca, jest ślepa i głucha na ludzkie
problemy ‑ to żadna nowina. Nawet w przedwojennej Polsce, komornik też
nie pretendował do roli św. Mikołaja.
Mam nadzieję, że p. Krzysztof będzie miał
kłopot z głowy, kiedy doradzam, ażeby, czym prędzej,
rachunek uregulował. Albowiem reperkusje mogą być paskudne.
Sprawa w sądzie. Później ”Collection Agency”, która życie
zatruwa telefonami o 5-tej rano. Zapaćkany ”credit rating” (zdolność
finansowa - bez której dzisiaj nie ma życia), a przy nadmiarze długów,
nawet i bankructwo. Czyja to wina, że p. Krzysztof nie zadał sobie
trudu przeczytania standardowej formułki na rachunku? Czyja wina, że
nie zapłacił na czas? I, co najistotniejsze, nie zaufał zdolnościom
(talentowi?) własnej żony! A dobrze mu tak!
Zdaje mi się, że mój obrąbek stracił
blask. Przestałam być świętą. Mówię rzeczy, które
nie są miłe uszom mego interlokutora. Żegna się ze mną
pośpieszne. Tak szybko, że nawet zapomina podziękować. Ha,
trudno. C’est la vie….
PS. Natomiast
absolutnie nie zgadzam się ze zdaniem p. Małgorzaty O. z Toronto, która
twierdzi, że karty kredytowe wymyślił diabeł i, że
wszystko trzeba kupować tylko za gotówkę. Archaizm, proszę Pani.
Przeżytek. Bajeczka godna króla Ćwieczka! Gdyby nie było kredytu,
nie byłoby hipoteki. Gdyby nie było hipoteki, kto w naszej polskiej
społeczności mieszkałby dzisiaj we własnym domu, hę?