NOSTRADAMUS  POMÓWIONY

 

 

          Nie ma dnia ażeby na świecie nie toczyły się jakieś wojny. Liczne. Ludzie walczą o wolność, o terytorium, o religię. Ci ostatni – przede wszystkim o destabilizację zachodniego świata. W swoim bezmyślnym zacietrzewieniu nie myślą o tym, że bez nas, oni też nie będą mieli życia. Wersety z ich świętej księgi nie nakarmią ich, ani ropa nie napoi.

O jednych wojnach jest głośniej, o innych mniej. Ich ważkość, ich ciężar gatunkowy nadają masmedia. One decydują, o czym będą donosić a o czym nie. One urabiają opinie. One wtłaczają zdoktrynizowane wypowiedzi partii, której służą, w niezdecydowane łebki swoich czytelników czy widzów.

W tej chwili tematem dyżurnym jest potwornie trudna wojna z niewidzialnym wrogiem, w Iraku. A jednak głośna i pyskata prasa przedziwnie, nabrała wody w usta; bowiem nie podaje faktycznych strat w ludziach. Sporadycznie napomyka o jakiejś tam zasadzce i przyznaje niechętnie, że zginęło ileś tam żołnierzy amerykańskich (względnie alianckich). Ale, jak dotąd, poza jednym odważnym, amerykańskim programem TV, nikt nie chce głośno przyznać, że cyfra poległych Amerykanów już dawno przekroczyła 2.000. Kwiat narodu ginie nie za naszą a waszą…..Wracają do domu w ceratowych workach. Owszem, pośmiertnie zostają odznaczeni. Ale jakaś matka, żona (mąż), dzieci i rodzina już nigdy nie ucałują poległego syna, męża, brata, ojca czy matkę.

Opinia publiczna dotąd była podzielona na dwa względnie równe obozy. Obecnie obóz pro-wojenny kurczy się gwałtownie. Inteligencja zrozumiała, że jest to walka z morderczymi wiatrakami. Pojęła, że ”wróg” wypłaca nam odsetki za prawie tysiąc lat wojen krzyżowych, albowiem w jego przekonaniu one się nigdy nie skończyły. Zmęczony Zachód powoli przechodzi transformację i pomału tu i ówdzie zaczyna się skandowanie antyamerykańskich sloganów.

          Młodzi Amerykanie obawiają się nawrotu przymusowego poboru do wojska. Coraz mniej popularne wojsko skarży się na brak ochotników (wcale się nie dziwię!) Miesiąc temu, cichutko, bez hałasu, rozpoczęła się akcja powoływania rezerwistów do służby czynnej. Niestawienie się grozi aresztem. Musi być bardzo krucho, skoro między innymi, powołano matkę trojga małych dzieci (najmłodsze – 7 miesięcy) i panią, która służyła jeszcze w Wietnamie. Coraz częściej podnoszą się głosy protestu i pada zatroskane pytanie: i co dalej? Kiedy to się skończy? Czy wygrana Aliantów jest w ogóle możliwa?

Równolegle do operacji wojskowych na konkretnych terenach, dochodzą jeszcze wybiórcze akcje terroru. Madryt, niedawna tragedia w Londynie i, szczęśliwie nieudana, próba jej powtórki po równo dwóch tygodniach. Giną niewinni ludzie, bo terrorysta nie myśli. Móżdżek ma dokumentnie wyprany. Dramat Madrytu i Londynu, (choć na dużo mniejszą skalę aniżeli nowojorski), przypomniał światu, że nie znamy ni dnia ni godziny. Wszyscy teraz zadają sobie pytanie: kto będzie następny?

I może to właśnie jest przyczyną, że co bardziej zabobonni, szukają odpowiedzi w kabałach, w przepowiedniach, we wróżbach, gusłach wszelkiej maści. Ja w tą czarną magię absolutnie nie wierzę, ale inni?....Nie ma dnia ażebym w jakiejś gazecie nie znalazła apokaliptycznych przepowiedni któregoś z samozwańczych wróżbitów. A właściwie, to wypocin handlarzy kasandrycznym pesymizmem. Aby podnieść ważkość swoich wypowiedzi, często opierają się i szafują hojną rączką, rzekome wypowiedzi Nostradamusa.

Handlarze skrajną histerią uparcie serwują twierdzenie, że Nostradamus przewidział Napoleona, Hitlera, dwie wojny światowe. Że przepowiedział zabójstwo Kennedy'ego, jego brata Roberta i Luthera Kinga Jn. Że opisał szczegółowo atak na Nowy Jork w 2001 r., że ostrzegał przed wojną w Afganistanie i w Iraku. Nie rozumiem tylko, dlaczego, skoro tak uparcie koncentrował się na USA (kraju, który za jego czasów w ogóle nie istniał), nie wspomniał także o innych amerykańskich wojnach: tej z 1812r., meksykańskiej, o wojnie domowej (Civil War), o Korei i o Wietnamie? Czy o Saudi-Arabii i małej Grenadzie. Wizji mu zabrakło, czy co?

          Jak się to wszystko skończy (o ile w ogóle) tego nie wiem. Nikt nie wie. Ale jako żywo, jak dzisiaj, pamiętam, co prasa donosiła po katastrofie 11-go września. Na przykład, pod bajecznie kolorową fotografią, dotąd dumnie królujących nad panoramą Nowego Jorku, obu drapaczy chmur "World Trade Center", przeczytałam taki czterowiersz (obstający, że pochodzi z zapisków Nostradamusa. Czyżby?):

 

                   In the City of God there will be a great thunder.

                   Two brothers torn apart by Chaos

                   While the fortress endures, the great leader will succumb.

                   The third big war will begin when the big city is burning.

 

(Moje luźne tłumaczenie: W mieście Boga zabrzmi głośny grzmot, Chaos (w/g biblii: stan zamętu i ciemności - przyp.mój) rozłączy dwóch braci, Forteca przeżyje, wielki wódz padnie. Pożar wielkiego miasta spowoduje trzecią wojnę światową. Zakładam, że ci, którzy te banialuki rozpowszechniali chcieli nam powiedzieć, że dwaj bracia to oba budynki WTC, forteca to Pentagon, wielki wódz to George W. Bush, wielkie miasto to Nowy Jork.) Mowa!

          I wszystko byłoby cacy, gdyby nie jeden drobny fakt. A mianowicie, że do napisania tej akurat enigmatycznej wróżby, to akurat nie wielki Nostradamus swoje gęsie pióro w kałamarzu umoczył. Napisał ją bowiem (na komputerze. Fuj, jak prozaicznie!), i to na długo przed nowojorską tragedią, niejaki Neil Marshall, wówczas student Brock University w St. Catharines, Ontario. W naszej rodzimej Kanadzie. Studiujący literaturę Brock, na jednym z egzaminów dostał zadanie napisać esej a la Nostradamus. Miał udowodnić na kilku przykładach, jak można rozmaicie interpretować te same słowa, kiedy podstawą są mgliste, nieokreślone, oderwane zdania. Autor, w swym wypracowaniu, na podstawie tego czterowiersza zaprezentował cztery różne ”wróżby”; każda z nich czyniła nawet jakiś sens. Marshall, w późniejszych (i zrozumiale licznych), wywiadach prasowych stale podkreślał, że nie ma zielonego pojęcia, kto i kiedy gwizdnął jego wypracowanie, skąd znalazło się w prasie i, na dodatek, kto podmienił jego czwartą, (w oryginale zupełnie nieszkodliwą), ostatnią linię, na hiobową wieść o trzeciej ”światówce”.

          Tak się składa, że ja kocham Nostradamusa. Kocham twórczość tego faceta. Kocham jego poczucie humoru. Kocham za to bezczelne nabijanie się w żywe oczy z "jenteligencji" jego czytelników. Odbiorców jego bujnej fantazji. Od ludzi jemu współczesnych aż po obecnych "jerudytów". To, co pisał było świetne. Genialne! Szkoda, że nie bardziej rozpowszechnione; że nie wszyscy pojmują jak łatwo można naiwnym zrobić wodę sodową z mózgu. Natomiast na pamięć znają jego wypowiedzi wszyscy szarlatani, którzy powołując się na jego autorytet, naginają słowa i zdania do potrzeby chwili. Żonglując jego nazwiskiem, bez sumienia nie tylko straszą ludzi, ale, publikując własne interpretacje owych ”wróżb”, zbijają na tym niezły szmal.

          Nostradamus (łacińskie tłumaczenie francuskiego nazwiska) Michel de Nostre‑Dame (1503‑1566), lekarz przyboczny Karola IX, walczył z dżumą. Stracił wtedy pierwszą żonę i troje dzieci. To nie Lister (trzy wieki później), a właśnie Nostradamus opanował epidemię tej śmiertelnej choroby, stosując higienę i antyseptykę. Był też astrologiem, autorem kalendarzy i owych pysznych przepowiedni. Nostradamus był niezaprzeczalnym geniuszem! Nie, nie w pisaniu wróżb. Tylko w ich fenomenalnym formułowaniu! Usiłując je rozszyfrować, wypalono tysiące ton świec, biednym gęsiom wyrwano miliony piór z kuprów, zapisano tysiące bel papieru, zużyto tyleż litrów inkaustu. I co? I nic. Bo do dzisiaj nikt nie jest mądrzejszy, nikt nie potrafi bezwzględnie wytłumaczyć, co on miał na myśli bzibździoląc na ten czy inny temat. Wyznawcy jego rzekomo nadprzyrodzonych zdolności jasnowidzenia, między liniami będą z uporem maniaka przeprowadzać paralele, doszukiwać się analogii i odpowiedzi na każdy możliwy temat. W rzeczywistości, znajdą tylko swoje własne myśli.

          Nostradamusa ta heca pewnie nieźle bawiła. Nie sądzę ażeby wzorował się na Pytii, w starożytnej Grecji wieszczce i kapłance Apollona. Ta facetka przynajmniej na nic nie musiała się wysilać. W ogóle nie musiała myśleć! Po co? Zawsze na niewąskim cyku, odurzona wyziewami gazu (przypuszczalnie metanu), uchodzącego ze szczeliny skalnej, nad którą zbudowano jej ołtarz, Pytia, nieprzytomnie mamrotała swoje zagmatwane ”wyrocznie”. W formie nieskładnych, oderwanych zdań. Stąd jej rzekome wróżby, nacechowane były wieloznacznością i niejasnością, albowiem etatowy kapłan, z miejsca, na poczekaniu, układał te banialuki w zręczną poezję. W formie heksametru, bo tak było ładniej. A to, że nikt tego nie rozumiał? No to co? Tłum tam obecny był od słuchania a nie od rozumienia.

          O wa! Ja też tak potrafię. Wszyscy potrafimy. Tylko u nas nazywa się to bardziej swojsko i dużo bardziej uczciwie: "na dwoje babcia wróżyła".

 A co? A myśmy nie mieli Wernyhory? I jego równie apokaliptyczną przepowiednię o zbudzeniu żółtego smoka, który zaleje nasz świat? No i proszę. Sprawdziło się! Żółtki wcale nie spały i dokumentnie nas zalały. Doskonałymi samochodami i elektroniką (Japonia), tanimi ciuchami (Chiny), i milionem innych bajerów (Tajwan i Korea). A przy sposobności, w ciągu 20-tu lat, cichuteńko, zafundowały nam 20% obywateli Kanady.

 My też moglibyśmy się pochwalić przed światem tym cudownym jasnowidzem, gdyby nie pewien żenujący szczegół: Wernyhora nie istniał! Jest fikcyjną, legendarną postacią ukraińskiego folkloru, powstałą około 1800 r. Postacią usankcjonowaną przez Polaków tym, że zajęli się nią Słowacki, Wyspiański i Matejko. Oczywiście uparci badacze usiłowali nam, w ciągu bez mała dwóch wieków, wmówić garb na plecy, że była to postać prawdziwa. Autentyczna. Ba, historyczna nawet. Postać nawiedzonego kozaka‑lirnika, który po Barskiej Konfederacji wyśpiewywał przepowiednie, acz, przyznają niechętnie, że tylko o losach Polski. A więc skąd by do niego te kitajce?!

          Jak wszyscy mieszkańcy tego globu, ja też nie wiem co z nami będzie. Jak się to wszystko skończy. Mogę najwyżej pobawić się trochę i przez dwie minuty robić za polską Pytię. Mętnie pleść trzy po trzy i liczyć na to, że gdzieś, kiedyś, przypadkiem uda mi się w coś wstrzelić. Mogę także pisać fraszki. Na przykład:

 

                   Nie mamy dokąd uciekać. Na nic zbrojne czyny.

Nasz świat  sam się wykańcza. Przeżyją.…syny.

 

          Gdzie są te stare czasy, kiedy dzieciaki śpiewały: ”Chińczyk warkocz ma. Skośne oczy też”…. i płakały nad losem kulisa? Kulis dawno sprzedał warkocz na peruki dla Amerykanek i poddał się operacji plastycznej powiek. Nie chce mieć skośnych oczu. Ubrany w markowe ciuchy haute couture – zwiedza świat. Chce mieć zachodni samochód i wygląd zachodniego turysty. Czyżby koło się zamknęło?