O NIEZDECYDOWANIU

 

          Z każdego zakątka świata, list o podobnej treści mogłaby napisać każda pani znajdująca się w identycznym położeniu. Polacy są teraz wszędzie. Lecz ich rodziny – nie zawsze. I stąd problemy.

          Ten akurat napisała pani X.Y., przebywająca chwilowo w Toronto: Pani Nino! Jeśli Pani zechce mi odpisać, bardzo proszę o nie podawanie moich inicjałów. Nie chcę ażeby ktoś mnie rozpoznał i doniósł synowi, że do Pani pisałam.

          Nie chcąc Pani kręcić głowy, od razu przystępuję do rzeczy. Do sprawy, która mnie trapi. W Kanadzie byłam już kilka razy; obecna wizyta jest czwartą w ciągu 5-ciu lat. Zawsze czytam Pani artykuły i podziwiam Pani trafne spostrzeżenia. Dlatego piszę, gdyż pilnie poszukuję obiektywnego spojrzenia i porady doświadczonego człowieka.

          Mój dylemat, jak wielu innych matek, jest: przenieść się, czy nie przenieść na stałe do Kanady?! Mam tutaj syna-jednaka, moje oczko w głowie. Mam też całkiem sympatyczną kanadyjską synową, 3-letnią wnuczkę i właśnie dowiedzieliśmy się, że synowa znowu się spodziewa. Mój syn też bardzo mnie kocha i chciałby mieć mnie stale przy sobie. Uważa, że moje miejsce jest razem z nimi. Że kupi się dom, w którym będę miała własne, odrębne mieszkanie. Jeśli zechcę, to pomogę im przy domu, ale nie muszę. Za to będziemy zawsze razem i ja będę miała opiekę do końca życia. Jestem rozwódką, mam teraz 55 lat (zanim przyjadę na stałe, będę miała najmniej 57). Szkopuł w tym, że choć serce dyktuje ażeby być przy synu, rozum protestuje.

          W Polsce mieszkam sama, we własnym, luksusowym mieszkaniu, na nowym osiedlu. Mam dobry, niemiecki samochód, elektronikę, ładne meble. Poza pracą zawodową, mam także nieźle prosperujący interes, który dla mnie prowadzi siostrzenica z mężem. Za kilka lat, będzie mi się należała emerytura. Lubię chodzić do teatru, na koncerty, mam szerokie zainteresowania. Mam wielu oddanych przyjaciół. Nawet z moim eks-mężem jesteśmy w wielkiej przyjaźni, chociaż z synem nie mogę o nim rozmawiać (syn nigdy mu nie przebaczył, że zostawił nas dla innej i założył z nią nową rodzinę). Przed przyjazdem, zadzwoniłam do mojego eksa i zapytałam, co on sądzi o moim ewentualnym przeniesieniu się do Kanady. Na co on powiedział, że jeśli chcę popełnić samobójstwo – to, to jest właśnie doskonały sposób. Tyle tylko, że powolny i przed końcem będę długo i bardzo cierpiała. Motywował swoje stanowisko tym, że poza synem, jego nową rodziną i ich znajomymi, nie znam tutaj nikogo. Językiem angielskim nie potrafię się swobodnie posługiwać. Stąd teatry, kina czy nawet TV jako rozrywka, po prostu odpadają (ode mnie wie, że jeśli chodzi o teatr, to ceny są tutaj horrendalne). Wie, że jestem rzutka, pełna energii i chciał wiedzieć, co ja tutaj będę robić? Wątpił, czy zdam bez problemu kanadyjskie prawo jazdy. A nawet jeśli mi się uda i kiedy kupię samochód (bez wozu nie ma życia), dokąd będę jeździła? Tylko do sklepów i do kościoła?

          Chciałabym móc być przy synu i wnukach, a z drugiej strony, boję się, czy z czasem nie stanę się im ciężarem. Po sprzedaniu mieszkania i interesu, nie będę wprawdzie bidołachą, ale na jak długo? Przy obecnej stopie bankowej, tak w Polsce jak i w Kanadzie, jak długo będę mogła być niezależna finansowo? Pani zdaje się mieć wielkie doświadczenie w tej materii, czy można Panią prosić o wyrażenie swej bezstronnej opinii?....

          Droga Pani! Oskar Wilde napisał, że tylko w sprawach, które nas zupełnie nie interesują, możemy wydać rzeczywiście bezstronną opinię - co niewątpliwie jest powodem, że opinia bezstronna jest prawie zawsze bezwartościowa. A ja mam Pani pomóc, prawda? Jak ja mogę być bezstronna, jak mam Pani doradzić, kiedy nie znam wielu ważnych szczegółów. Zresztą te nie są w tej chwili istotne. Kiedy przyjdzie czas, Pani sama będzie musiała podjąć tę epokową decyzję.

          Niestety, muszę Panią rozczarować. Oblać kubłem zimnej wody. Gdyż, na podstawie Pani listu, ja w stu procentach popieram opinię Pani eksa. Nie będę się nawet podpierała stertą listów od szeregu nieszczęśliwych i rozgoryczonych matek, które jeszcze tak niedawno zaczynały w euforii wspólne życie rodzinne w Kanadzie. Tamte panie są w o tyle gorszym położeniu, że dla nich klamka zapadła. One nie mają ani do kogo ani po co wracać. Tym samym są w niebotycznie gorszej sytuacji od Pani. Ciekawe jako objaw, że nie dotyczy to ojców. Często równie rozczarowani, po prostu opuszczają rodzinę. Szybciutko znajdują sobie inną chatę, wikt i opierunek - i po krzyku. Nawet najstarsi mężczyźni dają sobie jakoś radę. Może dlatego, że jest ich tutaj tyle, co kot napłakał. Mogą przebierać jak w ulęgałkach. Mężczyźni mają dużo lepsze życiowe szanse, które kobietom (głównie ze względu na wiek) są najczęściej - niedostępne.

          Pani sprawia na mnie wrażenie niewiasty rozgarniętej i obrotnej. Bystrej kobiety interesu, która rozważa, rozpytuje, porównuje i rozsądnie przeprowadza rozeznanie terenu. Taki osobisty "market research".  I, nie uwiedziona ani zachodnim blichtrem ani bajecznym, rodzinnym mirażem, nie skacze głową naprzód do płytkiego, lub, co by było tragiczne, pustego basenu. Jest to wielka sztuka życiowa – wiedzieć, który most przekroczyć a który za sobą spalić.

          Na Pani prośbę, postaram się rozłożyć Pani sytuację na czynniki pierwsze. W tym miejscu, muszę zaznaczyć, że moje spostrzeżenia są w pewnej mierze subiektywne, gdyż bazowane są głównie na dziesiątkach listów od zawiedzionych czytelniczek. Szczęśliwe i zadowolone z życia – nie piszą do mnie. Tym, nie jestem potrzebna.

          Zacznę więc od negatywnego scenariusza. I od pytania: jaka będzie Pani pozycja w domu syna? Domownika? Gościa? Wspólnika? Płatnej gosposi czy niepłatnej piastunki do dzieci? Załóżmy, że po pewnym czasie, może z powodu rozbieżności kultur czy nieporozumień językowych, powstaną jakieś kwasy. Te zaś, nie wyrzucone z siebie, (no, bo niby komu Pani się poskarży?) mają niemiły zwyczaj eskalować.  I nagle początkowa radość zamienia się w krańcową udrękę. Co wtedy?

          Także, muszę Pani zadać chyba roztropne pytanie, jak mam zrozumieć ten wtręt: ”kupi się”? Za czyje pieniądze? Czy może za te uzyskane z upłynnienia Pani majątku w Polsce? Jeśli tak, mam nadzieję, że skorzysta Pani z usługi prawnika, mówiącego po polsku (szczęśliwie, mamy ich tutaj wielu), który zadba o to, ażeby na akcie kupna domu, Pani znalazła się jako równorzędny wspólnik! Bo gdyby, broń Boże, rodzinna sielanka miałaby z czasem ulec erozji, w jaki sposób odzyska Pani swój wkład? Czy oni zgodzą się na sprzedaż dachu z nad głowy? Tylko po to, ażeby Pani mogła odebrać swoją dolę? Nawet, jeśli tak - uprzedzam, że taka sprawa jest kosztowna i ciągnie się latami. A w międzyczasie, co z Panią będzie? Z czego i gdzie Pani będzie żyła? Kto będzie Panią utrzymywał? Ani ”welfare” (świadczenia socjalne) ani subsydiowane mieszkanie nie będzie Pani przysługiwać. I bardzo słusznie! Bo Pani się nie należy! Co prawda syn, jako sponsor, będzie musiał podpisać ”cyrograf”, że będzie Panią utrzymywał przez okres 3-ch lat, ale co dalej, jeśli….?

          Opierając się na Pani piśmie i sposobie formułowania zdań, rozumiem, że mam do czynienia z osobą obytą. Inteligentną i światową kobietą. Takie panie mają na ogół dużo większe wymagania od tzw. ”kur domowych”. A zatem, w razie gdyby wszystko się rypło, kto będzie łożył na te niby drobne wydatki, które jednakże kosztują krocie. Kto będzie opłacał abonament prasowy, transport, fryzjera, kosmetyczkę? Kto będzie Panią ubierał? (Na rozbieranie proszę raczej nie liczyć). Czy, w razie czego, będzie Pani potrafiła zrezygnować kompletnie ze swojego dotychczasowego ”modus vivendi”? Przestać farbować włosy? Nie czytać polskiej prasy? Nie korzystać z ulubionego kremu? Zacząć chodzić w jednej, tej samej, starej sukience, (zupełnie wystarczającej dla ”full-time” babci i niepłatnej gosposi), ale nie samotnie żyjącej, kulturalnej pani na poziomie?

          Bo to jest właśnie następna sprawa, proszę Pani. Znając wiele precedensów, mam prawo przypuszczać, że nawet najbardziej kochający syn spodziewa się po mamusi, że nie tylko dopomoże w zakupie domu, ale będzie się nim jeszcze zajmowała tak, jak to było wtedy, kiedy on był malcem. Dlaczego nie? A, że mama jest o 50 lat starsza? No to co? Dzieci o tym nie myślą. Wątpię, ażeby Pani kupiono własny samochód, więc trzeba będzie samej sobie kupić. Jeśli jeszcze jakaś forsa pozostanie. Bo jeśli nie, trzeba będzie być przygotowaną na zasuwanie per pedes apostolorum. Lub autobusem (to też kosztuje), względnie czekać na ich łaskę, aby Panią gdzieś zawieźć. Choćby do kościoła, lekarza, biblioteki, po zakupy. Czy Pani wie co to jest frustracja? Czy Pani wie, co to znaczy nie mieć własnych przyjaciół? Czy Pani w wieku lat 57 (dzisiaj, to żaden wiek!) będzie skłonna zrezygnować z samodzielnego życia? Czy będzie Pani potrafiła poddać się rygorowi rodziny? Czy Pani jest pewna, że Pani obecność tutaj jest pożądana tylko z chęci pławienia się syna w matczynym cieple? Że jest dyktowana wyłącznie prawdziwą i czystą miłością do ukochanej mamusi? Materializm – rzecz nieznana?

          Szczęśliwie, Pani jest w uprzywilejowanym położeniu. Gdyż nie ma noża na gardle. Pani ma mnóstwo czasu i może pozwolić sobie na rozmaite testy i sprawdziany. Słuchając pilnie wszystkich planów i argumentów, nie trudno będzie rozszyfrować, jakie pobudki rodziną kierują.

          A teraz kolej na pozytywny scenariusz. Pani powinna powiedzieć synowi, że bardzo chętnie przeniesie się do Kanady i ażeby od razu wszczął o to starania (obecnie bardzo długo czeka się na imigrację). Ale ani mieszkania ani interesu w Polsce nie ma Pani zamiaru sprzedawać. A propos, nie znam za dobrze Warszawy, ale akurat, przez przypadek, Pani dzielnicę znam doskonale. Za wynajęcie nowoczesnego, 2-sypialniowego mieszkania z garażem, płaci się tam jak za zboże. Więcej aniżeli w Kanadzie. Brzmi to nieprawdopodobnie, może wręcz paradoksalnie, ale tak jest w istocie. I Pani chyba o tym wie. Proszę powiedzieć rodzinie, że mieszkanie Pani wynajmie. Sama chętnie podam Pani nazwisko pracownika brytyjskiej ambasady, który z pocałowaniem ręki wypłaci Pani nawet wygórowany czynsz (wszak to królowa płaci), za cały rok z góry. I, że interes też Pani zatrzymuje, jako, że nie zabija się gęsi, która składa złote jaja. Że, i owszem, z wielką radością będzie Pani gros roku z nimi tutaj przebywała, ale, że pańskie oko konia tuczy, więc na 3 miesiące będzie Pani wracała do Polski. Wilk syty i owca cała.

          Mając własne zaplecze finansowe powinna im Pani zaproponować ustalenie jakiejś rozsądnej kwoty, którą, jako domownik, będzie im Pani płaciła za mieszkanie i utrzymanie. Lecz gdyby od Pani wymagano pracy w kuchni czy dzieciach, wówczas nie wydaje mi się słuszne, ażeby jeszcze finansowa kontrybucja miała być od Pani wymagana. Fair is fair. Jeśli Pani miałaby wkładać w rodzinę pracę i wysiłek, z jakiej racji dopłacać do interesu? Gosposia czy niania dużo więcej by ich kosztowały. Z tego, co widzę wśród znajomych i słyszę od Czytelniczek, wkład babć w rodzinę jest zawsze niewspółmiernie większy od przejawów uznania i doceniania ze strony rodziny.

          Na takie dictum - reakcja syna wszystko Pani wyjaśni. Jeśli z radością przystanie na Pani propozycję, gratuluję prawdziwie kochającego, bezinteresownego syna. Dzisiaj takich ze świecą szukać. Natomiast, jeśli zacznie Panią przekonywać, że utrzymywanie w Polsce mieszkania i interesu jest bezsensowne, że to tylko strup na głowie - uwaga! Jego niezdrowy ”altruizm” właśnie nakrył się nogami i na Pani oczach oddaje ducha! Nic, tylko gromnicę kupić!

          Moje podejście może wydać się Pani i Czytelnikom bardzo cyniczne. Ale, to tylko z pozoru. Bowiem Czytelnicy nie czytają ani nie słyszą tej wylewanej rzeki goryczy, z którą ja mam na codzień do czynienia. Proszę mi wierzyć, że z dmuchania na zimne jeszcze nikt zadyszki nie dostał, natomiast wielu uratowało się od ciężkiego poparzenia.

          Stosując ten sprawdzian, nie utraci Pani niezależności. Ani osobistej ani finansowej. Z niejednego listu wiem, że dzieci podobno zupełnie inaczej traktują mamę, która spaliła wszystkie mosty za sobą i znalazła się w potrzasku, a zupełnie inaczej taką, która ma alternatywy; ma dokąd brykać. Ta jest zawsze traktowana z większą rewerencją, gdyż świadomość, że ptak, który dzisiaj pisklętom się poświęca, jutro, wkurzony na coś, może odlecieć - popędza im niewąskiego kota. Dlatego dla przewidującej mamy zabezpieczenie sobie odwrotu, oraz własne, najskromniejsze choćby, zasoby finansowe powinny być conditio sine qua non.

          W razie niepowodzenia rodzinnej imprezy, gdyby w efekcie końcowym miało się okazać, po raz nie wiem już który, że wszystko co się świeci, nie jest złotem, mama może gromko oświadczyć: ”cześć, czołem, czuwaj”, uaktywnić swój bilet samolotowy i ulecieć w siną, polską dal – ta opcja dodaje jej przysłowiowych skrzydeł!

          Ja nie mam i nie chcę mieć wpływu na Pani decyzję. Pani sama musi  rozważyć wszystkie aspekty ewentualnego przesiedlenia. Nikt nie może zmienić przeszłości, ale nad przyszłością można pracować już od dzisiaj.