| Nina
Geysztor-Zawirska
MODLITWA:
Panie
Boże! Daj mi chociaż jedną babę
dziennie. A kto się tak żarliwie i przedziwnie modli? Jak to kto? Mechanik samochodowy, oczywiście! W ubiegłym miesiącu pisałam o samochodzie Gośki i o perypetiach z tym związanych. Reakcja była natychmiastowa. Oj, zdaje mi się, że uderzyłam w czułą strunę. Czyżby każdy przeżył coś podobnego na własnej skórze i teraz cieszy się, że nie jest jedyną ofiarą warsztatowych matactw? Chyba tak. Otrzymałam wiele sympatycznych listów i telefonów. Ostatnie miłe słowa usłyszałam osobiście od nowopoznanych państwa B., na kiermaszu książki w Centrum Jana Pawła II-go. W poprzednim felietonie wspomniałam mimochodem, że kiedy Gośka będzie wóz odprowadzała na następny przegląd (przypuszczalnie za kilka miesięcy), pouczę ją jak się sprawdza, czy należna jej rotacja kół została faktycznie dokonana. Nie spodziewałam się aż takiego odzewu! Głownie od pań. Ale nawet kilku panów się "spodliło" i pozwoliło babie dać się pouczyć. Wzyscy, zgodnym chórkiem, prosili ażeby napisać o tym już teraz, że nie ma na co czekać - innym też się przyda. Proszę bardzo. (Gośce zrobię wydruk z komputera. Jak przyjdzie czas, będzie miała jak znalazł.) Przypominam, że za kółkiem siedzę dłużej aniżeli chciałabym się do tego przyznać. Kiedyś, dawno, bardzo dawno, w innym życiu - jeździłam wyczynowo. Dzisiaj też lubię sobie pocisnąć; nadal jeżdżę sportowym wozem. Niestety, coraz większa ilość chłopców-radarowców na drogach (i to coraz częściej w cywilu) odebrała mi jedną z ostatnich przyjemności życiowych. Musiałam nieco przypasować, albowiem tą moją joie de vivre za jednym fleszem mogą diabli wziąć. W stosunku do radaru mam ciągle mieszane uczucia. Nie wiem ile w tym troski o bezpieczeństwo ludzi na drodze a ile niepohamowanej chęci policji do zasilania kasy rządowej naszymi pieniążkami. Owszem, prawdą jest, że mamy dużo wszawych kierowców na drogach, ale ci, na ogół, nie pędzą. Natomiast, nie dajmy się zwariować - ci w samochodach za blisko $100.000 mają siebie nie za królów, ale cesarzy szos, więc i tak będą pruli jak szaleńcy. Bo co to dla nich mandat rzędu $200 i głupie 4 punkty? Właśnie ze względu na moje długoletnie doświadczenie za kółkiem, wiem jak ważna jest sprawność samochodu. A już szczególnie przeczulona jestem na punkcie opon. Wszak to nasze "nogi". One nas noszą. Dlatego przykładnie i na czas, oddaję wóz do konserwacji. Wyznaję świętą zasadę, że jeśli ja będę dbała o wóz, to on zadba o mnie. Bo profilaktyka to wielka rzecz (nie tylko w motoryzacji zresztą)! Oczywiście nie mogę mieć wpływu na faceta (rzadziej facetkę), który po alkoholu czy narkotykach, wyskoczy na setce z bocznej ulicy i staranuje mój wóz. Ale za sprawność mojego wozu odpowiadam wyłącznie ja sama. Lecz sama profilaktyka to jeszcze nie wszystko. Jak pisałam poprzednio, trzeba jeszcze znależć tego mechanika, któremu się ufa. To fakt, że trzeba go ze świecą szukać. Ale jak się znajdzie, trzeba kochać, hołubić, doceniać i na rączkach nosić. Nawet za cenę przepukliny! Jak dotąd, tfu, tfu, tfu – mam fart! W Anglii miałam wypracowany własny "system naprawczy". Polegał właśnie na znalezieniu tego "ostatniego Mohikanina", jakim jest uczciwy mechanik, i traktować go należycie. Nie było to łatwe, ponieważ samochody zmieniałam często. Zmieniały się marki, a co z tym idzie - firmowe warsztaty. To też zaraz po zakupie auta, rozpoczynałam poszukiwania. Po najdalej dwóch przeglądach, eureka! zawsze znajdowałam. Wszyscy znają przysłowie: "kto smaruje - ten jedzie", prawda? Więc smarowałam. Podpatrzyłam to w czasie częstych wizyt w Polsce, bowiem w Anglii jest to rzecz nieznana. Białą, hojną rączką smarowałam brudną, spracowaną rękę i pewnie dlatego jeździłam bezproblemowo. Każdy z tych mechaników wiedział, że po przeglądzie, kolorowy papierek o solidnym nominale i wizerunkiem mojej królowej, zmieni właściciela. W zamian za ten drobny gest, tenże mechanik prowadził mój wóz troskliwie, jak oddany doktór prowadzi pacjenta. I mnie też traktował przyjaźnie. Miałam tego liczne dowody. Na przykład: raz naparłam się na importowane, platynowe świece "Bosch'a". Derek spojrzał na mnie rozbawiony i powiedział: "my dear lady, po cholerę pani ten wydatek? Zrobi się następnym razem. Teraz przeczyści się to co jest i będzie pani dobra na następne dziesięć tysięcy mil." I byłam. Nawet na dużo więcej. A tutaj? Tutaj w firmowym zakładzie, jestem anonimowa. Nie mam twarzy. Dalej niż recepcja nie przebrnę. Klienci do hali wstępu nie mają. Nie mam pojęcia kto robi przy moim wozie. Tutaj nie ma mojego Dereka. Tutaj już ze trzy razy wrobiono by mnie w wymianę świec na "nowe". To jest, nic by nie wymieniono, a tylko za to policzono. A za rzekomą robociznę, jeszcze ze dwa albo trzy razy tyle. W ciągu kilku pierwszych lat w Kanadzie, kupiłam w tym samym salonie trzy nowe samochody. Dwa kolejne dla siebie a jeden gwarantowałam (to tak jak bym kupiła. Jako, że bez mojej gwarancji nie byłoby sprzedaży.) Zawsze odprowadzałam wóz do "salonowego" warsztatu na przeglądy. Na te pod gwarancją i późniejsze też. W moim przypadku było to o tyle kłopotliwe, że musiałam wnosić o dzień urlopu. Mieszkam bowiem w innym mieście a nie chciałam "urywać się" z pracy. Myślałam, że firmowy warsztat doceni wiernego klienta. Nie spodziewałam się specjalnych przywilejów, ale sądziłam, że będę tam ceniona, że się będę ze mną liczyć. O naiwności ludzka! Im chodzi wyłącznie o sprzedaż. Po czym: good bye, Fruziu! Spadaj – droga klientko! I nie marudź! Ale i zaskroniec ma swój koniec. Z czasem, ja też się wycwaniłam. Zanim znalazłam mojego obecnego Alexa (tego mechanika w aureoli, o którym pisałam), po wymianę oleju i filtrów zaczęłam jeździć do taniej masówki za rogiem. Tylko raz na jakiś czas odprowadzałam wóz do firmowego warsztatu, po komputerową diagnostykę. Ale ciągle miałam jakieś zastrzeżenia. Czarę goryczy przelał dzień, w którym stwierdziłam, że licznik zaczyna nieubłaganie zbliżać się do 65.000 km a mnie czekało lato, goście i mnóstwo wycieczek. Choć gwarancja wygasła, odprowadziłam wóz na przegląd właśnie do firmowego warsztatu. Zdziwiłam się, że przywitano mnie wylewnie, z nieukrywaną radością. A powinnam była wiedzieć. Kto by się nie ucieszył jak się baba sama podkłada?! Poprosiłam o mini-serwis i zapytałam co obejmuje. Obdarzyli mnie listą, z której wynikało, że sprawdzą każdą z wymienionych na niej 25 pozycji, i, że jeszcze przeprowadzą rotację kół. Fajno. O to mi właśnie chodziło. Odnotowali numer mojej komórki; podjechała córka i udałyśmy się na obiad. Trochę się zmartwiłam, kiedy już po niecałych dwóch godzinach, zadzwonili. Pomyślałam, że pewnie w samochodzie "znaleźli" jakąś usterkę, wymagającą natychmiastowej naprawy. I, że pewnie mają nieodparte życzenie usłyszeć moją zgodę na jej usunięcie. Lecz, o dziwo! - nic z tych rzeczy. Wóz był po prostu, gotowy do odebrania. Hmm… Córka podwiozła mnie pod recepcję, ale zanim weszłam do środka, podeszłam na chwilę do mojego wozu na parkingu. Ot, tak sobie. Pooglądać. Nasycić oczy jego widokiem. Bo ja mam naprawdę bardzo piękny samochodzik! W recepcji uśmiechnięty, usłużny pan podał mi klucz wraz z rachunkiem. Rzuciłam okiem przelotnie, tylko po to aby się upewnić o czym już od 5-ciu minut dobrze wiedziałam. Po czym głośno, tak aby wszyscy dookoła usłyszeli, oświadczyłam, że za rotację kół nie płacę, gdyż nie została dokonana. Usłużny pan zesztywniał. Błyskawicznie starł uśmiech z twarzy i zaperzony zaczął się drzeć, że to nieprawda, że on sam widział jak mechanik zdejmował koła, bo jakże by inaczej mógłby dostać się do hamulców. Na co ja odparłam grzecznie, że skoro miał je już zdjęte, to dlaczego ich nie wymienił, hę? Pan jest czerwony z wściekłości. Jak ja mogę takie kalumnie rzucać - ryczy. A ja spokojniutko: "żadne kalumnie, tylko fakty proszę pana. Bo ja mam wszystkie cztery koła dokładnie zamarkowane. Teraz już mogę panu pokazać gdzie, albowiem ja tu do was nigdy więcej już nie wrócę. Come on. Idziemy!" Jeszcze buńczuczny, jeszcze pyszczący, biegł za mną na parking. A za nami, gęsiego, truchcikiem, wszyscy przygodni klienci z poczekalni. Kiedy zaznacza się opony, należy użyć jakiegoś rzadkiego, czteroliterowego słowa, w którym litery się nie powtarzają. Moja córka nazywa się TONI (skrót od Antoinette), to też na każdej oponie, w tym samym miejscu (na przykład pod “G” na Goodyear’ach, czy “M” na Michelinach), wypisuję zwykłym czarnym długopisem (aby nie było widać) we właściwej kolejności, po jednej z tych 4-ch liter. Ponieważ w Kanadzie rotacja kół polega na wymianie tylnych na przednie, po dokonanej rotacji nie było by TONI tylko NITO. (W Angli wymieniają je na krzyż, zawsze z użyciem zapasowego koła. Ale tam zapasowe koło ma normalne rozmiary; nie jest idiotycznym, dużym "donutem" tak jak tutaj.) Teraz głośno, ku uciesze zgromadzonych, z satysfakcją sylabizowałam poszczególne litery w ich oryginalnej kolejności. A nerwowemu panu powiedziałam jeszcze, że teraz mam nawet duże wątpliwości czy hamulce były w ogóle przeglądane. Pan już nie był czerwony na twarzy. Pan był biały, żółty, zielony a nawet fioletowy na przemian. Pan zaczął się jąkać, coś bełkotać. Wił się jak piskorz. Pan począł snuć jakąś nieprawdopodobną historyjkę, ale nie pozwoliłam mu nawet dokończyć. W powrotnej drodze do recepcji, pozycja "rotacja kół", opiewająca na "bajeczną" sumę $29.95, magicznie wyparowała z rachunku. Wykreślona flamastrem! Ja ten rachunek przechowuję do dnia dzisiejszego i chyba dam go sobie kiedyś oprawić w ramki, na dowód, że przy odrobinie rozeznania i niedużego pomyślunku, każdy Dawidek może wygrać z Goliatem. A oni tam pewnie zmodyfikowali dotychczasową modlitwę na: "Boże! Daj nam ciągle chociaż jedną starą babę dziennie! Ale nie taką, która ma jakieś, choćby blade, pojęcie o samochodzie. Taką poślij do konkurencji. Amen".
|