KOCHAĆ NIE WARTO, LUBIĆ NIE WARTO...?
Panna Asia P. z Toronto nagrała mi się na
ansafon. Jej problemem dzielę się (w wielkim skrócie) z wszystkimi Aśkami
(i innymi paniami), które moje słowa w tej chwili czytają:
Pani
Nino! Ja się muszę
się przyznać, że ja tutejszej polskiej prasy nie czytam ale moja
koleżanka powiedziała, że Pani ludziom bardzo dobrze radzi i
pomaga, to może Pani mnie także pomoże i właściwie doradzi.
Trzy miesiące temu byłam na imprezie. Zawieżli
mnie tam znajomi, bo ja jeszcze nie mam samochodu. Było przyjemnie, było
bardzo dużo ludzi, ale nic specjalnego. Kiedy
wszedł Krzysztof - formalnie zaświeciło mi słońce. Od
razu wiedziałam, że to jest ten, o którym marzyłam całe
życie. On widocznie poczuł to samo, gdyż mnie nie odstępował
przez cały wieczór i tylko ze mną tańczył. Inne dziewczyny
były wściekłe. Bo, bo jak mi zaraz powiedziano, wszystkie na
niego czekały. On jest wszędzie i zawsze rozrywany. W ciągu
wieczora okazało się, że mamy podobne zainteresowania, podobnie
myślimy, mamy identyczne plany i w ogóle bardzo wiele mamy sobie do
powiedzenia. Czy Pani wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia? Bo
ja się w nim zakochałam bez pamięci. Po imprezie odwiózł
mnie do domu swoim wozem i u mnie został. Ja mieszkam z koleżanką,
ale mam własny pokój.
Ale kiedy rano się obudziłam, jego już nie
było. Do dzisiaj nie rozumiem jak on tak mógł odejść bez słowa.
Telefonowałam kilka razy do jego brata, z którym mieszka, ale brat mówi,
że Krzysztof dostał pracę w Windsor i tam się przeniósł.
Ja w to nie wierzę, bo moja koleżanka mówi, że parę dni
temu widziała go w Credit Union w Mississauga. Od tego czasu upłynęły
3 miesiące. On się ani razu nie odezwał. W końcu w Windsor
też działają telefony. Jeśli to prawda, że tam mieszka.
Bardzo bym chciała nawiązać z nim kontakt, a z drugiej strony nie
chcę ażeby on myślał, że mi na nim aż tak bardzo
zależy (chociaż to jest prawda). Więc może Pani mi coś
doradzi, coś podpowie, bo ja
jestem okropnie rozczarowana jego postępowaniem. Czy jest sens na niego
czekać? Nie wiem co o tym myśleć....
Słonko! Pani musi być jeszcze bardzo, bardzo młoda!
Co tu jest do myślenia? Bo tylko bardzo młodym wiekiem i brakiem doświadczenia
można tłumaczyć tę huśtawkę i brak logiki. I to,
że Pani nie odróżnia podrywy od prawdziwego uczucia, które, nie
dajmy się zwariować, nie jest przecież kwiatem jednej nocy. Toteż
nie zakwitło. Ba, w tym konkretnym przypadku nie miało nawet czasu
zakiełkować. Moje odczucie starej wyjadaczki jest, że mówimy
tutaj o zwykłej podrywie. O błyskawicznym przeleceniu się bez większego
wysiłku, po upojnym zakończeniu
fajnej balangi, na pewno zakropionej większą ilością spożytego
alkoholu.
Ponieważ nie wiem na jakim półmisku wyłożyć
Pani gorżką prawdę, pozwolę sobie skorzystać z
kulinarnej parafrazy. Jak znam życie, chłopak zdaje się być
etatowym podrywaczem w tym towarzystwie; wiele już zakosztował, ma
skalę porównawczą i mimo woli stał się quasi
smakoszem. Kiedy mu tak szybko, nawet bez przystawki, podano zupę -
najwyraźniej w świecie stracił ochotę na drugie danie (dosłownie).
Deserem też nie jest zainteresowany. Z tej mąki chleba nie będzie!
To co Pani czuje, to nie jest żadna miłość. Ani nawet
zauroczenie. Po tej jednorazowej przygodzie, po efemerycznym jednonocnym przeżyciu,
Pani po prostu zakochała się w swoim zakochaniu. Myślę,
że więcej aniżeli chęć podłapania rozrywanego,
przystojnego chłopaka, niepoślednią rolę odgrywa teraz urażona
ambicja. Pragnienie pokazania co jest co zawistnym koleżankom. Także
nieodparte życzenie postawienia na swoim. Czy czekać? Po trzech miesiącach
milczenia? Dziewczyno! Szkoda czasu! Proponuję "odkochać" się w takim samym tempie. Krzysztofa
spisać na straty i poszukać sobie innego, bardziej stabilnego, stołownika.
Takiego, który będzie miał inne wymagania, z góry "wykupi ryczałt" (na
conajmniej kilka miesięcy) i jeszcze chwalić będzie każde
skonsumowane danie. Smacznego życzę! Obojgu.
***
Pan Robert O. z Oakville ma problem zgoła innej
natury: Zaręczyłem się z dziewczyną dwa lata temu i
podarowałem jej brylantowy pierścionek. Tak naprawdę to zrobiłem
to bez entuzjazmu, bo ona to na mnie wymusiła. Mnie się wydawało,
że tak drogi pierścionek to przesada. Ponad sam brylant (tutaj
nazywany nie wiem dlaczego diamentem) płaci się jeszcze za robociznę,
za PST, GST, za narzut. Wszystko niezwrotne. Próbowałem wyperswadować
jej ten pierścionek. Tłumaczyłem, że lepiej za te $2,300
kupić jakiś sprzęt do późniejszego mieszkania, albo jeszcze
lepiej, zacząć zbierać na zaliczkę na kupno domu. Ale ona się
uparła. Pierścionek kupowaliśmy razem. Ona wybrała a ja zapłaciłem.
Kartą kredytową i mam na to rachunek.
Ale później zaczęło się miedzy nami
psuć. Ja się rozmyśliłem i w końcu z nią zerwałem.
Teraz mam inną dziewczynę i chcę się znowu zaręczyć.
Żenić się chwilowo jeszcze nie zamierzam, ale zaręczyć
mogę. Poprosiłem dawną narzeczoną o zwrot pierścionka,
ale ona mnie wyśmiała. Powiedziała, że pierścionek jest
jej własnością i żebym się odczepił (nie w tak
ładnych słowach). Koledzy uważają, że ja mam rację
i, że powinienem dochodzić zwrotu kosztownego pierścionka choćby
sądownie. Ale usługi adwokackie są drogie, więc za nim pójdę
do adwokata, czy mogę Panią poprosić o napisanie kilku słów
na temat jakie ja mam legalne szanse...
Szanse? Żadne! Good-bye Fruziu! I good-bye drogi
brylancie! Niech Pan sobie odpuści wizytę u adwokata. Szkoda
czasu i pieniędzy. Zresztą dochodzenie swoich racji poniżej wartości
$6.000 - nie wymaga usług adwokackich. Byłaby to sprawa wyłącznie
dla "Small Claims Court". Piszę
byłaby, gdyby miała ręce
i nogi. Ale nie ma. Kolegów niech Pan nie słucha. Nie wiedzą co mówią.
Ha, chciałaby dusza do raju...ale jej nie dają. Albowiem w dniu zaręczyn,
w dniu, w którym Pan w obecności rodziny i tychże przyjaciół, z
wielką pompą i wzruszeniem (może nie w tej kolejności), włożył
pierścionek na jej palec - ten palec i pierścionek stały się
w tym momencie jedną, nierozerwalną całością. Nie tylko
w przenośni ale, co najistotniejsze –
prawnie! I z tym faktem musi się Pan pogodzić. Przecież nie weźmie
Pan siekierki i nie amputuje jej palca, prawda? Za to idzie się do kicia.
Pierścionek jest faktycznie jej własnością. Nawet w
przypadku gdyby to ona z Panem zerwała. Sprawa jest nie do wygrania! Ani
prawnie ani moralnie. Bo kto daje i odbiera - ten się w piekle poniewiera!
Także w oczach prawa. I niech się Pan opluje ze szczęścia,
że jej koleżanki (z kolei) nie namówiły JEJ do wizyty u
adwokata. W przeciwieństwie do Pana, jej sprawa byłaby z góry wygrana.
Albowiem istnieje tutaj takie prawo, które nazywa się "Breach of Promise" (złamanie
obietnicy) i najczęściej używane jest właśnie w kontekście
zerwanych zaręczyn. Kiedy to oblubieniec nagle dostaje drgawek na myśl
o ołtarzu i na raka wycofuje się z danej obietnicy. Wszyscy znamy sławne
powiedzenie: "piekło nie zna większej furii, od furii kobiety
wzgardzonej", więc lepiej niech się Pan ma na baczności.
Pana
eks-narzeczona i jej rodzice mogą Pana ciągać po sądach i
skarżyć o zawrotne sumy. Mogą
na przykład twierdzić (każdy sędzia da temu posłuch. Ja
też bym dała), że w przewidywaniu rychłego ślubu,
jako, że data była już prowizorycznie ustalona, ponieśli
poważne straty materialne. Że dali zadatek na kosztowną suknię
ślubną, na ucztę biesiadną, że zamówili salę,
kwiaty, fotografa, etc. Niedoszła panna młoda powie, że porzuciła
lukratywną pracę bo, przy Pana wysokim uposażeniu i za Pana zgodą,
miała być li tylko panią domu. A jak Pan udowoni, że to
nieprawda, kiedy oni zgodnym chórkiem będą śpiewać tą
samą piosenkę? Nec Hercules contra plures! - proszę Pana.
(W luźnym tłumaczeniu: i Herkules d... kiedy ludzi kupa!) Co tu dużo
gadać? Ja sama potrafiłabym nacykać ze $10.000 w rzekomych
stratach. Byłby to poważny atut, który można by z wielką
korzyścią, użyć w sądzie przeciw Panu.
Wie Pan co? Serdecznie Panu, i wszystkim innym
potencjonalnym narzeczonym, doradzam ofiarowywać tylko symboliczne świecidełka.
Ze szkła, kryształu albo zirkonii. Rodem nie od jubilera ale z
Walmart’u. Albo Bay’a. Oni mają całkiem niezły wybór. Trzeba
brać pannę na ambit i tłumaczyć, że dużo ważniejsze
są uczucia aniżeli pierścionek. I tak lawirować aż do
czasu, kiedy tej jednej, tej najsprytniejszej, uda się Pana zaciągnąć
na ślubny kobierzec. Tej Pan kupi znowu prawdziwy brylant (może jako
lokatę kapitału?). Chociaż? Jeśli będzie rozgarniętą
dziewczyną, może zdoła Pan przekonać najdroższą,
że dużo trwalszym i rozsądniejszym zakupem na wspólnej drodze
życia, będzie jednak HD-telewizor i najwyższego lotu ”teatr
domowy”? Albo zadatek na szałowy,
sportowy samochód? Może namiot z wygodami, kajak i wędka? Wszak nie
znam Pana gustu.
Panu, tak samo jak p. Aśce powyżej, życzę
wiele szczęścia w sprawach sercowych. Good
luck! – because you will need it! Niech mi Pan wierzy, że przy Pana
niestałych uczuciach, to życzenie będzie Panu jeszcze bardzo,
bardzo potrzebne.