WIELKANOC, ŁÓŻKO ‑ A SPRAWA POLSKA
Moja córka coraz częściej prosi: ”mamo, pokaż te stare albumy”. Dziwne. Ona się wprawdzie w Anglii urodziła i wychowała, ale tutaj mieszka od bardzo wielu lat i, w przeciwieństwie do mnie, nigdy dotąd specjalnie za Anglią nie tęskniła. Lecz teraz coraz częściej naprowadza rozmowy na temat tamtych przyszywanych cioć i wujkow, z czasów Króla Ćwieczka. Czyżby szukała swoich korzeni, czy też, z przeproszeniem, moja córa się starzeje? I powoli, pomalutku, w myślach wraca do dzieciństwa? Co? Już? A to by dopiero była heca! Niedawno, przegladając te albumy, po raz nie wiem już który, zatrzymała się dłużej na jednej fotografii i wykrzyknęła radośnie: ”mamo, mamo, popatrz! Tu jest Siwek! Czy pamiętasz?”
Czy ja pamiętam? Nie tylko pamiętam. Ja zapomnieć nie mogę! I pewnie do grobowej deski będę pamiętała. Chociaż sprawa, z perspektywy czasu, wydaje mi się teraz błaha i głupia, wtedy przybrala wymiary omalże kataklizmu. Nawet dla mojej córki, która była wtedy maleńką dziewczynką. Ale, ale... muszę przecież zacząć od początku.
Tak się jakoś w naszym życiu złożyło, że w pierwszych latach naszego małżeństwa obracaliśmy się w towarzystwie angielskim. I wszystko było takie stateczne. Takie sztywne, równe, takie solidne, takie poważne i takie.. nudne. A ja byłam smarkulą, ciągle nastolatką i chciałam się bawić. Chciałam się śmiać, chciałam szaleć i jak w tej harcerskiej piosence: ”młodą piersią wchłaniać świat”. Dlatego te wytworne cocktail party od 7‑ mej do 9‑tej (na stojąco), u znajomych w eleganckim Chelsea Cloisters (wówczas super adres), wcale a wcale nie były moim ”cup of tea”.
Później Mietek odnalazł paru swoich dawnych kolegów z wojska, ale dla mnie to furt nie było TO. To też znajomości te pozostawały raczej dość luźne. Także z powodu długich godzin pracy i potwornych odległości. Poza nami, nikt się jeszcze wtedy samochodu nie dorobił.
Aż pewnego dnia (nawet nie pamiętam okoliczności), w naszym szarym dotąd życiu, nagle pojawił się bajecznie kolorowy (w przenośni) Witek. Od razu zrobiło nam się raźniej na duszy. Dzieki niemu ”zafasowaliśmy” mnóstwo nowych przyjaciół; jemu zawdzięczaliśmy, że nastąpił przełomowy okres w naszym życiu. Bo Witek, chociaż sam był kawalerem, osiągnął to, czego myśmy jakoś nie potrafili. Bez najmniejszego trudu skonsolidował wokół siebie około 14 polskich małżeństw, i nie wiem czy to z nudów czy z samotności, w każdy week-end urządzał party na 102 fajerki. Każda pani przynosiła swoje specialite de la maison. Przy sposobności, każda też z szykiem prezentowała ostatnią, najczęściej chałupniczo wykonaną (wszak wszyscy na dorobku), kreację czy fryzurę. Panowie obowiązkowo dostarczali butelkę czegoś ”wyskokowego”.
Obserwując pilnie nowych przyjaciół, ukułam sobie wtedy fraszkę, że: ”szczerą, wierną przyjaźń, niech się nikt nie łudzi ‑ utrzymuje wśród Polaków, większa ilość wódzi!”. Bo bawiono się setnie. Śpiewano, flirtowano i tańczono do białego rana. (Dzisiejsi młodzi już tak nie potrafią!) Zrozumiałe, że po kilku takich balangach, żyć już bez siebie nie mogliśmy. Witek został jednogłośnie obrany naszym duchowym guru i daliśmy mu wolną rękę na organizowanie wszystkich przyszłych, wspólnych imprez.
Z początku, nie wszyscy panowie byli do Witka przekonani. Pomimo, że był najstarszy w tym gronie, (ode mnie tylko 25 lat) bali się go. Witek był szaleńczo przystojny! Miał aparycję zawodowego modela: wysoki, muskularny, szpakowate włosy na skroniach, ogorzała twarz, wielkie niebieskie oczy. Trzymał się prosto, krok miał sprężysty. Zawsze roześmiany, pełen życia zawadiaka. Jak ci ułani z dawnej piosenki: ”ułani, ułani, malowane dzieci ‑ niejedna panienka za wami poleci”. I chociaż leciałyśmy wszystkie, nasi mężowie szybko się przekonali, że nie mają podstaw do obaw. Witek ”nie robił” na swoim podwórku. On się po prostu między nami świetnie czuł i znakomicie bawił. A siły miał niespożyte. Ja młody bóg potrafił z nami tańczyć do samego rana. A kiedy mu się tańce znudziły, przystawał do panów, których spijał pod stół. Był urodzonym kawalarzem. Był też cudownym gawędziarzem. I oddanym przyjacielem. Czy trzeba czegoś więcej?
Witek miał trzy namiętności. Tak jak moja królowa – konie. Jak każdy chłop - piękne kobiety. I, niczym jaki miglanc popielaty - płatanie figli. Kiedyś, dawno, miał siwego konia. Miłość do koni w ogólności, a tego Siwka w szczególności, pozostała mu do końca życia. Witek bez przerwy nam o nim opowiadał. Opowiadał o ich szalonych galopach po polskich wertepach. O zawodach hipicznych, w których Siwek królował. Jaki to był mądry koń, jakie cudne miał pęciny! – rozmarzał się Witek. Mówił o nim z taką tęsknotą, jakby oczekiwał, że Siwek za chwilę tu przycwałuje, zaryje kopytami przed tarasem i pełni szczęścia, razem pokłusują w mglistą Anglię.
Tak nas zaraził tą pasją do koni, że zaczęliśmy jeździć na wyścigi konne. Ciekawe, że Witek, taki znawca koni, najwięcej przegrywał. A najwięcej wygrywałam ja. Pewnie dlatego, że na chabety w ogóle nie zwracałam uwagi; obstawiałam wszystkie możliwe permutacje siódemkowe a prawo serii robiło swoje. Natomiast wszyscy cieszyli się jednakowo, że w Londynie nie ma dorożek. Bo gdyby były ‑ Witek pewnie by przy nich biegł truchcikiem, ażeby sobie z konikiem uciąć pogawędkę.
Co do kobiet (wszystkie byłyśmy mężatkami), czarował nas, emablował, obtańcowywał, szczodrze (według rozdzielnika?) prawił komplementy, ale żadnej specjalnie nie faworyzował. Od panien i rozwódek (wdów jeszcze nie było), uciekał jak od morowej zarazy. Chyba bał się ożenku. A może czekał na tą jedną, jedyną. Jeśli tak ‑ nigdy jej się nie doczekał. Alas!
Za to figlom i kawałom poświęcał każdą swoją wolną chwilę. Z lubością opowiadał o swoich młodzieńczych wyczynach. O różnych psotach i hecach, które sprawiał przyjaciołom. Natomiast nie wiem czy przeczytał w życiu jakąś liczącą się książkę. Literatura – rzecz nieznana. Czyżby uważał ją za stratę czasu? W myśl jego ulubionego powiedzonka, że życie jest jak koszulka niemowlęcia ‑ krótkie i zasrane. Chociaż był szarmantem i gentlemanem, nie uznawał eufemizmów i wyrażał się dosadnie.
Na początku naszej znajomości, nie wiedziałam gdzie pracuje. Jaki ma zawód, z czego żyje. Zapytać nie wypadało. Dzisiaj aż śmiech bierze, że się od razu nie domyśliłam. Na małej wyspie, bez zapotrzebowania na ”truckerów”, co może robić wykształcony inteligent w obcym kraju? (”Welfare” czyli zapomogi, nie dawali). To też Wituś poszedł po linii najmniejszego oporu. Kiedy uprzytomnił sobie, że języka nie zna i szybko nie pozna, żadnego ”chodliwego” fachu też nie, uznał beztrosko: nic to, furda, jakoś to be... i został ”builder'em". Budowa wszędzie ma przyszłość! Z czasem, kiedy na własnych błędach i nadwerężonej kieszeni, ugruntował solidnie znajomość swego nowego fachu, wyrobił sobie wśród klienteli (całkowicie zasłużoną) opinię błyskotliwego i nad wyraz uczciwego rzemieślnika-gentlemana. Rozrywano go wręcz. Szczególnie w arystokratycznych domach Mayfair, Chelsea i Kensington (siedzibach angielskiego high life'u.) Dobry fachowiec‑artysta, do tego z fantazją i nadmiarem osobistego czaru, miał kolosalne (i lukratywne) pole do popisu. Kiedy Witek trzaskał obcasami przed panią domu i z kurtuazją całował jej dłoń, każda lady jeśli nie mdlała z wrażenia, to z miejsca traciła głowę. Pytanie, czy tylko głowę?
Nowym "Siwkiem" Witka została półciążarówka, zakupiona nie z drugiej, ale chyba dwudziestej ręki. Ku pamięci ukochanego Siwka nie tylko tak ją nazwał, ale zaraz także przemalował na szary kolor. Po czym, wśród flegmatycznych mieszkańców wyspy, swoją zawadiacką jazdą jął siać absolutny terror na angielskich drogach.
W Anglii nie ma kanadyjskich ”kotydży”, czy polskich ”dacz”. Upalne niedziele spędzaliśmy in gremio nad uroczym, podmiejskim jeziorem Rickmansworth (pi razy oko – 20 mil od centrum Londynu). Tych, którzy nie mieli jeszcze własnego pojazdu, zabierał Witek swoim Siwkiem. Co prawda, nigdy nie było w 100% wiadomo czy i kiedy ta grupa w ogóle dojedzie, bowiem Siwkowi ustawicznie nawalała chłodnica. (Nowa była od dawna zamówiona, ale wtedy na dostawę czekało się miesiącami.) Dlatego co kilka mil trzeba było stawać i dolewać wodę, której zapasy Witek zawsze trzymał ”na pokładzie”, w dużych, metalowych kanistrach. Aby przeprowadzić tę operację, wszyscy zsiadali. Panowie spychali wóz na pobocze. Panie, czekając cierpliwie na ”napojenie” Siwka, plotkowały. Dzieci płakały i siusiały, psy ujadały. Idylla! Każdy cieszył się na niedzielną sielankę za miastem i wierzył, że kiedyś, jakoś, nad to jezioro dobrną.
To były cudowne, beztroskie i piękne lata. Dzisiaj wiem, że szczęście nie tylko się przeżywa. Szczęście się pamięta! Byliśmy młodzi i zdrowi. Wtedy nikt z nas jeszcze nie cierpiał na nadmiar dóbr doczesnych. Wszyscy byliśmy na dorobku. Wtedy była to jeszcze ta prawdziwa, niczym niezmącona i niczym nie zepsuta przyjaźń przez wielkie ”’P”. Każdy się cieszył z osiągnięć drugich. Zakup każdego samochodu, telewizora, lodówki, większego sprzętu czy mebla, natychmiast należało ”oblać”. I już był pretekst do następnej party. Takie party zaczynało się już w piątek wieczór (po całym dniu pracy czy studiów) a kończyło często‑gęsto, dopiero w poniedziałek nad ranem. Szybka kąpiółka, podparcie powiek zapałkami i hajda do zajęć. Dopiero dużo później, kiedy wszyscy zaczęli, niestety nierównomiernie, obrastać w piórka, nastąpiła nieuchronna rywalizacja. Z jednej strony szpan, a z drugiej mniej lub lepiej umiejętnie skrywana zawiść. Przyjaźń pozostała, ale już jakaś inna. Skażona. I mniej szczera. Bardziej z dystansu; raczej z przyzwyczajenia i siły rozpędu. Mais, c'est la vie! No ni? (Zresztą w naturze nic nie ginie! Ten sam ”syndrom cichej zawiści” obserwuję także na tutejszym, polonijnym podwórku.)
No, ale to przyszło dużo później. Na razie Witek wymyślał rozmaite kawały i z nieprawdopodobną precyzją wprowadzał je w czyn. A, że ”pamachiwał pa wsiem”, toteż za każdym razem kogoś innego dokooptowywał do pomocy w przygotowywaniu następnej hecy. Nikt z nas nigdy nie znał ni dnia ni godziny. Czasami bywało bardzo śmiesznie, czasami skutki bywały opłakane. Tak jak pewnego roku, kiedy dramatycznie przeholował. Ale o tym za chwilę.
W marcu, Witek organizował doroczną wycieczkę na "Ideal Home Exhibition". W nieprawdopodobnym tłumie, już po kilku minutach traciliśmy siebie z oczu. Spędzaliśmy tam cały dzień, schodziwszy sobie nogi po szyję. Odnalezienie się pod wieczór było prawdziwą sztuką. Ta gigantyczna wystawa prezentowała ostatnie cuda techniki, mody i wystroju nowoczesnego, eleganckiego domu. Stamtąd pochodził mój pierwszy robot i inne, ułatwiające życie, sprzęty kuchenne. Tam się narodził pomysł na nowy wystrój naszej kuchni. Cała z sosnowego drzewa. Ściany, podłoga i meble także. Pomysł w praktyce okazał się trzy razy droższy aniżeli kosztorys przewidywał, ale za to była to kuchnia najpiękniejsza na całym świecie! Wychodzić się z niej nie chciało.
W czasie jednej takiej ”pielgrzymki”, obchodząc pawilony meblowe, Mietek napomknął, że nam się właściwie od dawna giberuje przyzwoite nowe łóżko, z bardziej twardym materacem. A możeby się tak rozglądnąć? Świetny pomysł! Od razu zaczęliśmy zaliczać setki stoisk i porównywać oferowane łóżka. A łóżka, jak to łóżka. Różniły się jedynie kształtem zagłówka i wzorem materaca. O wa! Aż… nagle nas zamurowało! Stanęliśmy jak wryci! Naszym zachwyconym oczom ukazał się istny cud! Dekadenckie, kolosalne, komfortowe, satynowe ”king‑size” łoże! Ostatni krzyk mody i wygody. Myśmy czegoś takiego jeszcze nigdy nie widzieli. Toteż była to miłość od pierwszego wejrzenia. Od razu wiedzieliśmy, że nie Coca‑Cola, tylko TO jest TO!
Sprzedawca uprzedził nas, że jest to import z Ameryki i, że będziemy długo czekali na dostawę. Ale serce nie sługa; myśmy już byli w nim zakochani. Bez chwili namysłu złożyliśmy zamówienie, wpłacili depozyt, podpisali na kropkowanej linii i co pół godziny nawracaliśmy truchcikiem na stoisko, aby napawać oczy widokiem naszego szałowego, luksusowego zakupu. Mietek był trochę niespokojny, że nikt poza nami nie wykazywał zainteresowania tym kuszącym meblem. Długo musiałam go przekonywać, że to na pewno nie jest bubel, tylko Anglicy, będąc narodem konserwatywnym, do wszystkiego, super nowoczesnego (a już szczególnie, amerykańskiego), z zasady odczuwają głębokie uprzedzenie.
Zapewne dzięki temu uprzedzeniu i braku zamówień, zawdzięczaliśmy fakt, że już po paru dniach powiadomiono nas telefonicznie, że nasze cudne łoże zostanie nam dostarczone za tydzień. Jeszcze przed Wielkanocą. Oszalałam ze szczęścia. (Boże! Gdzie są te czasy, kiedy takie bzdury potrafiły sprawić mi tyle radości! Aż łza się w oku kręci, że tak mało wtedy potrzebowałam do pełni szczęścia! Do euforii prawie! Młodość to nie tylko wygląd! Młodość to głównie stan duszy.)
Ażeby godziwie przyjąć tak prominentny mebel w naszym domu, daliśmy szybko odmalować naszą sypialnię i odczyścić dywan. Poprzestawialiśmy meble i w galopie, zdążyliśmy zakupić nowe firany; od ściany do ściany. Kiedy łoże dostarczyli, zmontowali i poukładali materace – oniemiałam z wrażenia. Po prostu zgłupiałam. Siedziałam w fotelu i w niemym zachwycie gapiłam się na tą jasnoniebieską satynę jak sroka w kość. I na ten kwiat japońskiej wiśni, który na niej zakwitał różowo‑białymi, delikatnymi kwiatami. Świat był piękny. Życie było cudne. Pachniało farbą, satynową nowizną, moimi perfumami. To był mieszkalny poemat a nie sypialnia.
Spadłam z nieba na ziemię, kiedy okazało się, źe nie dostarczyli bielizny pościelowej (w ten sam wzorek). Telefon do firmy potwierdził moje najgorsze obawy. Bielizna jest jeszcze w Ameryce i dotrze do Anglii może za dwa miesiące. Jeśli nie chcemy tak długo czekać, oni przepraszają i już nam forsę zwracają. Poleciałam po zbawienie do znajomej pani, (w wykształcenia – dr filozofii), która parała się szyciem. Obstalowałam piękny komplet z satyny, w prawie identycznym, jasnoniebieskim odcieniu, chociaż przy braku kwiatów wiśni, efekt nie był ten sam. Pani doktor pojechała ze mną do domu pobrać pomiary i zaraz się okazało, że za niecierpliwość trzeba płacić. Słono. Wycofać się już nie mogłam. W sumie, za bieliznę pościelową przyszło nam zapłacić prawie połowę wartości całego łóżka. Ja przez całe moje młode życie zawsze robiłam takie ”wspaniałe” interesy!
Na razie spaliśmy w jednym z gościnnych pokoi aż do czasu uszycia bielizny i inauguracji naszego łoża, która miała nastąpić w Wielki Czwartek. Do tego czasu łoże stało sobie w nienaruszonym, dziewiczym stanie. Co chwilę, przy każdej okazji (i bez), latałam do sypialni ażeby napawać oczy tym naszym cudem. Każdy, kto miał pecha odwiedzić nas w tym czasie, musiał obowiązkowo zaliczyć wizytę w sypialni. Miał cmokać z zachwytu i podziwiać subtelny deseń materaca. Nawet dobrotliwym gestem zapraszałam do podskoczenia na nim kilka razy. Tylko, kiedy podskoczył, nieproszony, i wytarzał się na nim radośnie, terier Tereski ‑ był to jeden, jedyny raz w moim życiu, kiedy chciałam poważnie skrzywdzić bezbronne zwierzę.
Łóżko nie zawiodło pokładanych w nim nadziei. Było marzeniem wariata po bezsennych nocach w ogólności, a sennych w szczególności. Utartym zwyczajem, poszły wici, że oblewamy nowy zakup. Że urządzamy wielką party w niedzielę wieczór. Po świeconem, które każda rodzina spędzała w swoim rodzinnym gronie. (O prawo zaproszenia Witka na świąteczny obiad - ciągnęło się losy.)
Nasze party rozpoczęło się hucznie o 7‑mej wieczór, a skończyło o 6‑tej rano. Kiedy to z wielkim trudem i długiej perswazji, udało nam się wreszcie wypchnąć ostatniego, opornego gościa. Bowiem zawsze taki się znajduje, który za chińskiego boga nie wyjdzie, zanim nie ujrzy dna we wszystkich butelkach w barze. Spojrzeliśmy po sobie bezradnie. Bałagan nie z tego świata! Niedopite trunki w tuzinach szklanek i kieliszków. Brudne talerze z resztkami jedzenia. Pełne popielniczki, chociaż dzielnie je opróżniałam przez całą noc. Dobrzy gospodarze mają mieć siły Herkulesa i nerwy jak postronki. Widocznie byłam złą gospodynią, gdyż moje po prostu odmówiły posłuszeństwo. Zdołałam przekonać Mietka, że porządki ‑ nie zając. Nie uciekną. Natomiast my, wyspani i wypoczęci, będziemy później lepiej i sprawniej pracowali. Szybciej i łatwiej doprowadzimy dom do porządku. Mój pedantyczny małżonek wyjątkowo dał się przekonać. Wkrótce, z uczuciem ulgi, jak kłoda, zwaliłam się na to nasze bajkowe łoże i ani przez chwilę nie przypuszczałam, że będzie to ostatnie tchnienie jego świetności; jego łabędzi śpiew.
Wyrwana z tego pierwszego, głębokiego snu, siedziałam na łóżku i przez dłuższą chwilę nie mogłam ogarnąć myśli. Nie rozumiałam co się dzieje. Pół kilometra ode mnie, czyli po drugiej stronie łóżka, siedział równie ogłupiały Mietek. A z pokoju chyłkiem uciekali Tereska i Witek. Nasze piękne łoże i my tonęliśmy w śliskiej, brązowej, cuchnącej mazi. Ciągle zaspani, usilnie próbując wydobyć się z tej śmierdzącej ślizgawicy, osiągaliśmy wprost przeciwny skutek. Jako, że z głośnym plaskaniem rozprowadzaliśmy to świństwo w miejsca, do których jeszcze samo nie zdołało dotrzeć. A kiedy wygramoliliśmy się z niego wreszcie, do cna przemoknięci, umorusani i śmierdzący, spojrzałam na ten widok nędzy i rozpaczy i… rozpłakałam się jak małe dziecko, Pierwszy ochłonął Mietek. ”Śmigus‑dyngus” – stwierdził z goryczą. ”Czy to ma być śmieszne, czy co?” – dodał zrezygnowanym głosem. ”Nie wiem” ‑ wykrztusiłam, ciągle szlochając histerycznie.
Całe szczęście, że oblewany poniedziałek owego roku był dniem prawdziwie wiosennym. Ciepłym i słonecznym. Bowiem nam przyszło spędzić go w ogrodzie. Naprzód usiłując zeskrobać tę oślizgłą maziugę, a następnie jakoś domyć materac. Uwijaliśmy się jak w ukropie (czekała na nas z obiadem ciocia, nestorka rodu, która nie trawiła spóźnialskich), nie bacząc na co chwilę podnoszone i opuszczane firanki naszych wytwornych sąsiadów. Do dzisiaj frapuje mnie myśl: co oni sobie wtedy myśleli, że myśmy na tym materacu robili? Do jakich epokowych doszli konkluzji? Takie brzydkie brązowe plamy? I ewidentnie śliskie. A fe! Good God! ‑ aren't those Poles weird?!
Później, bez zastrzeżeń, uwierzyłam Teresce, że było to tylko nieszczęsne niedopatrzenie. Witek, Tereska i Tadek (jej mąż)) ułożyli sobie zawczasu listę, kogo i w jakiej kolejności będą oblewali. Wszystko zależało od tego, kto gdzie mieszka, kiedy od nas wyjdzie i ile czasu zajmie im dojazd do domu. 3 x ”P”. Perfidna precyzja, psiakrew!
Ale nie całkiem. Tadek się spił i legł pokotem, więc musieli naprzód odwieźć go do domu. I już tylko we dwoje zaczęli metodycznie wprowadzać w życie ten cholerny plan. Jurków oblali ich własnym mlekiem z butelek stojących przed domem (Danki nowy zamszowy kostium – na amen szlag trafił). Stefanów oblali wodą z konewki, znalezionej na patio. Zbyszków z gumowego węża, wprowadzonego przez okno z ogrodu. Marków wodą z czajnika z ich własnej kuchni, do której Witek wlazł przez podważone okno. Julków oblali wodą z wiadra, którą najbezczelniej w świecie napełnili cichcem w ich własnej łazience. To samo zrobili Andrzejom. I tak dalej, według listy. Myśmy byli ostatni na tapecie, tylko dlatego, że niewiadomo było kiedy wyjdą ostatni goście i czy będziemy sprzątać na bieżąco czy nie.
Pod nasz dom dojechali na wygaszonym silniku ”na pych”. Dla nas mieli przeznaczone po kanistrze, z tych właśnie, które Witek woził na Siwku dla potrzeb chłodnicy. Mieli fart, że akurat nasza córka wypuszczała kotkę na dwór. Dziecko bardzo się ucieszyło, kiedy zobaczyło ciocię Tereskę i wujka Witka, nie mogło tylko zrozumieć, dlaczego wujek, który zawsze miał dla niej czekoladkę, brał na barana, teraz nagle brutalnie ją odepchnął i jak szalony poleciał za ciocią na górę. Po czym równie szybko wybiegli z domu i zaraz po tem rozległ się mój płacz. Biedne dziecko myślało, że to ono coś przeskrobało i, ze strachu, na wszelki wypadek, też się rozryczało. Pies zaczął wyć. Czyżby właśnie ta kakofonia to sprawiła, że moja córka tak wyraźnie ten epizod do dnia dzisiejszego pamięta?
Tereska wytłumaczyła mi, że Witek wymienił chłodnicę kilka miesięcy temu i z kanistrów przestał korzystać. W niezmienianej od kilku miesięcy wodzie (jeszcze z jeziora), zalągł się jakiś śmierdzący grzyb. Ale oni nie mieli o tym zielonego pojęcia aż do momentu, kiedy na nas chlusnęli. Kiedy zobaczyli, no i oczywiście poczuli, co na nas wylali, przytomnie dali dyla w obawie o własne życie. Bardzo rozsądnie. Mój Mietek to był kawał chłopa!
Myśmy resztę dnia mieli z głowy. Po powrocie z rodzinnego obiadu, zakasaliśmy rękawy i zabrali do superablucji materaca, wietrzenia całego domu, prania bielizny i, na kolanach, ponownego czyszczenie dywanu. I znów przeprowadzka do gościnnego pokoju, bo materac musiał zostaż w ogrodzie, aż do wyschnięcia (dopiero po tygodniu przyszli fachowcy, aby dokonać na nim specjalnego, chemicznego prania). Biedny materac! W moich oczach już nigdy nie odzyskał swej oryginalnej świetności, swego niebieskiego, satynowego splendoru. Został, biedactwo, zdegradowany do roli jeszcze jednego, zwykłego mebla. Wbrew rozumowi, wbrew własnej woli, bez jego winy - odkochałam się. Sic transit gloria mundi i materaca też!
Tereska była zdruzgotana tym co się stało. Toteż, kiedy Witek odwoził ją do domu, czyniła mu gorzkie wyrzuty, że nie zadał sobie trudu sprawdzenia stanu i zawartości kanistrów. Czuła się winna i uważała, bardzo słusznie zresztą, że narazili nas na duże straty materialne, abstrahując już od syzyfowej pracy. I zepsuli nam ostatni dzień Wielkanocy. Ale diabli ją wzięli dopiero wtedy, kiedy Witek nie tylko nie okazał skruchy, ale jeszcze się upierał, że w życiu już tak bywa. Śmigus‑dyngus różnie może się skończyć; wszak nie ma reguły. Pożarli się poważnie. W milczeniu dojechali do jej domu. Nawet się nie pożegnali. Witek odjechał. Ale, nie za daleko.
Był już jasny, wiosenny poranek. W ogrodach kwitły tulipany, żonkile i narcyzy. Drzewa obsypane białym i różowym kwieciem. Ptaszki wesoło świergotały, kiedy Witek zadzwonił do drzwi sąsiadów Tereski (którzy go znali). Serwując nieśmiertelną gadkę o zagotowanej wodzie w chłodnicy, poprosił o pożyczenie wiadra z wodą. No to mu dali.
Ale ”oliwa sprawiedliwa, na wierzch wyliwa” – mówi ludowe przysłowie. Bowiem sprawiedliwość JEST na świecie! Tereska i Tadek mieszkali w starej, wiktoriańskiej kamienicy w Chelsea, siedlisku bohemy, ale tej zamożnej. Mieszkali na pierwszym piętrze i mieli piękny, duży balkon na szerokość całego portalu. Tereska, zmęczona skonsumowanym alkoholem i trudami nieprzespanej nocy, natychmiast zasnęła kamiennym snem. Wituś zaś, z Siwka zaparkowanego tuż przy krawężniku, przystawił drabinę do balkonu i z wiadrem pełnym wody, rozpoczął mozolną i chybotliwą wspinaczkę do góry. Przechodzącemu akurat policjantowi wydał się conajmniej dziwny, jeśli nie podejrzany, widok faceta w ciemnym ubraniu i pod krawatem, który z wiadrem w ręku, wspina się o 7‑mej rano po drabinie do czyjegoś mieszkania, w ekskluzywnej dzielnicy Londynu. ” Czy dzwonek nie działa?” ‑ ryknął gromkim głosem. Kiedy nie dostał odpowiedzi na, logiczne przecież, pytanie, rozkazał Witkowi zejść z drabiny. Witek zlazł, ale tylko do połowy, po czym konspiracyjnym szeptem zaczął tłumaczyć, że jest to mieszkanie jego przyjaciół, że on tu idzie robić taki joke, taki śmigus‑dyngus. Że jest to przyjęty polski zwyczaj i, że wszystko jest OK. Ale policjant okazał się strasznym sceptykiem. Oczywiście nic z tego nie zrozumiał, więc kazał mu natychmiast zejść na chodnik. Na takie dictum Witek zaczął ryczeć na cały głos: Tadek! Teresa! Tadek! Teresa! Jego dzikie wrzaski obudziły wreszcie Tereskę, która zaspana i niepomna swego wyglądu, wyleciała na balkon, jak stała. W przeźroczystej, krótkiej różowej koszulce i bez majtek. Czym niewątpliwie uradowała oczy wielu panów, udających się z pieskami na poranny spacer. Zapytana przez pana władzę czy zna tego pana, bez sekundy wahania, odkrzyknęła, że nie. Nie zna. Pierwszy raz na oczy widzi. Na nic zdały się oburzone krzyki Witka. Pan władza wezwał ”Czarną Mańkę” (Black Maria = rodzona siostra polskiej ”suki”) i Witusia‑kawalarza powieziono do komisariatu.
Ponieważ poniedziałek wielkanocny w Anglii jest świętem, sądy są nieczynne. Witkowi powiedziano, że do czasu rozprawy, za słoną kaucją, może pójść do domu. Ale Witek nie dysponował żądaną kwotą. Podał dyżurnemu policjantowi kilkanaście numerów telefonicznych przyjaciół, pewny, że ktoś go zaraz wykupi.
Zemsta jest rozkoszą bogów! Słodka! Albowiem wszyscy bez wyjątku, uprzedzeni telefonicznie przez Tereskę, twierdziliśmy zgodnym chórkiem, że my nikogo o takim nazwisku nie znamy. A nawet gdyby, to kto w święto trzymałby tyle forsy w domu? (Bankomatów wtedy jeszcze nie było.) Wybawił go w końcu jego pracownik i totumfacki zarazem, taki Michałek. Michałek był półanalfabetą, bardzo pracowitym, prostym chłopem. Nie pretendował do roli mózgu stulecia. Witka ubóstwiał wręcz bałwochwalczo. Jeśli miałam kiedykolwiek o coś do Witka cichą pretensję (przed ową feralną nocą), to właśnie o to, że traktował tego zacnego, oddanego Michałka jak hetkę‑pętelkę. Hej, za to wiele lat później miałam dziką satysfakcję, kiedy okazało się, że ten ”głupi” Michałek został pierwszym polskim milionerem w Wielkiej Brytanii. I to w czasach, kiedy za milion funtów można było kupić całą dzielnicę z wieloma setkami dużych domów. Ze skwerkiem, lub dwoma, dla okrasy. Michałek, aż do śmierci, dzwonił do mnie przed każdymi świętami. Nie tylko po to, aby złożyć mi życzenia, lecz głównie ażeby sobie o panu Witalisie móc powspominać. Głos mu się wtedy łamał i słyszałam w nim łzy. Witek był jego alfą i omegą; Michałek ciągle żył wspomnieniami o nim, chociaż Witek już od kilku dekad na swoim Siwku po mlecznej drodze cwałował.
Michałek wydobył Witka z ciupy, ale na tym historia się nie skończyła. W każdym komisariacie służbowo przesiadują znudzeni reporterzy. Z zasady mają do czynienia z pijakami, rodzinną rozróbą, córami Koryntu, narkomanami, drobnymi złodziejaszkami. Rzadko coś ciekawego w święto się przydarza. Aż tu nagle taka gratka!
Dlatego, we wtorek, z przerażeniem czytaliśmy w prawie wszystkich angielskich dziennikach, dramatyczne nagłówki: ”DZIKIE ZWYCZAJE WIELKANOCNE POLAKÓW” (Daily Mail). ”POGAŃSKIE ZABAWY POLAKÓW” (Daily Express). ”SPRAWA POLSKA A WIELKANOC” (Daily Mirror). ”IMPORT BARBARZYŃSKICH ZWYCZAJÓW ‑ JAK SIĘ PRZED TYM BRONIĆ?” (The Sun). ”LEPIEJ NIE ZADAWAĆ SIĘ Z POLAKAMI W WIELKANOC” (The Evening News). Wszystko wiedzieli. Ze szczegółami. Do kogo on dzwonił, kto go nie chciał znać. Kogo, gdzie i czym oblał. Zgroza! Do nas dzwonili czy mogą przysłać fotoreportera ażeby sfotografował nasze łóżko. Mietek wysłał ich do wszystkich diabłów. Nawet nasz, superkonserwatywny, ”Dziennik Polski”, który dotąd milczał jak zaklęty (a fe! taka kompromitacja polskiej elity!) – był zmuszony, acz niechętnie, też zamieścić suchą wzmiankę. Im się w redakcji telefony urywały.
Staliśmy się nagle wątpliwymi bohaterami krótkotrwałej, polskiej ”soap‑opery”. Gwoździem sezonu. Ulubieńcami plotkarskich saloników i czarną owcą dystyngowanych salonów. W zależności, kto się o nas wypowiadał ‑ doszukiwano się podtekstów politycznych, erotycznych, trójkątowych, anty‑angielskich, pijackich, krwawej zemsty. Wszystkiego, tylko nie zwykłego śmigusa‑ dyngusa.
Mój Boże! Gdzie te czasy? Gdzie ci ludzie? Gdzie ta, mimo wszystko, jakaś ułańska fantazja? Zostalam sama na placu boju. Tereska zginęła tragicznie w wieku 41 lat. Mietek, Witek, Tadek, Michałek, Danka i Zula walczyli dzielnie, aby w końcu ulec strasznej chorobie, na którą wtedy nie było lekarstwa. Jurek zginął w wypadku samochodowym, Andrzej na nartach we Francji. Stefan, Ryszard i Krzysztof zmarli na atak serca (lat 40, 43 i 45). Ich wdowy powychodziły powtórnie za mąż i z czasem wybyły z mojego życia. Ja wyemigrowałam do Kanady.
Po całej ”paczce” pozostały tylko wspomnienia i te fotografie. Fotografie, z których oni wszyscy zawsze będą się do mnie promiennie uśmiechali. Obok nich widzę niewinne buźki naszych dzieci, które teraz mają swoje własne dzieci. Te ostatnie, niestety, rodzinnymi albumami nie są zupełnie zainteresowane. Inny świat. Inne dzieci. Tradycja dla nich to najwyżej barszcz, pierogi i gołąbki.
Ja z wielkim pietyzmem przechowuję te stare albumy. Właśnie po to, ażeby moja córka mogła wykrzyknąć, co jakiś czas: "mamo, widzisz! O, tu jest Siwek". Abyśmy mogły je oglądać, z każdym rokiem z coraz większą nostalgią i rozrzewnieniem. Bowiem tylko te albumy łączą nas dzisiaj z nimi wszystkimi, tam na górze. Ciekawa jestem czy oni się tam poodnajdywali i na której chmurce będzie im Witek w tym roku urządzał niebiański śmigus‑dyngus.
A może ten deszczyk, który nagle spadł na Mississauga z bezchmurnego nieba, jest odpowiedzią na moje pytanie? Może do tej chwili był zawartością jakiegoś niebiańskiego megakanistra, tyle tylko, że z czystą wodą tym razem? Eeeee....jaki tam deszcz jest dzisiaj czysty? To muszą być moje łzy…