MASKARADA DLA SĄSIADA
Pani Monika P. ze Scarborough pyta: Pani Nino! Pani kiedyś pisała o kłopotach związanych ze strojem na ślub, jakie miała jedna z Pani czytelniczek. Jeśli Pani pamięta, chodziło o to, że matka panny młodej, ale za pieniądze drużek, wybrała takie niemożliwe w kroju i kolorze stroje, że tylko jednorazowo nadawały się do użycia. My mamy trochę inny problem, ale też ze ślubem związany.
Mamy bliskiego sąsiada (w następnym domu), przyjaciela mojego męża. Ten sąsiad, w czasie kryzysu 10 lat temu, załatwił mężowi doskonałą pracę, za co jesteśmy mu dozgonnie wdzięczni. Mąż nie tylko z nim pracuje, ale do pracy wożą się na zmianę. Ten sąsiad będzie się z końcem sierpnia żenił. Nieważne, że po raz trzeci, ani, że jego narzeczona będzie 6 tygodni później rodzić. To nie są nasze sprawy. Ale co jest naszą sprawą - to ich wymagania z tym ślubem związane.
Na zaproszeniu napisali, że będzie to ślub ”na temat”, a dokładnie to na okres stylu rokoko. I, że proszą ażeby goście przyszli w stosownych kostiumach. No to, Pani przecież wie, że to są krynoliny dla pań, atłasowe fraczki i jedwabne pończochy dla panów. Także peruki oraz inne akcesoria dla obojga. Nawet załączyli adres (z mapką) wypożyczalni teatralnej, gdzie te stroje można wypożyczyć. Zadzwoniłam tam, ażeby się coś więcej dowiedzieć. Owszem, stroje mają, we wszystkich wymiarach. Wypożyczenie na jedną dobę kosztuje w granicach $300-500, od osoby. Do tego trzeba dać zastaw, w postaci podpisanego (in blanco) kwitu z karty kredytowej. Tak, jak przy wypożyczaniu samochodu. Ale, że w niedzielę wypożyczalnia jest zamknięta (ślub jest, oczywiście, w sobotę), trzeba chcąc-nie chcąc, pożyczać na dwa dni. Wraz z prezentem, nas ten ślub będzie kosztował blisko dwa tysiące dolarów. Ja oponuję. Mąż twierdzi, że my jemu dużo więcej zawdzięczamy, że nie wypada nam odmawiać. Panna młoda będzie za Marię-Antoninę (z brzuchem), pan młody za Ludwika XVI-go. Mnie się wierzyć nie chce ażeby inni ludzie na takie coś poszli. Pewnie przyjdą ”w cywilu” i my, przy takim koszcie, będziemy się tylko głupio czuli. Dlaczego my mamy być przebierańcami, bo ktoś inny tak chce? Kto to o takich rzeczach słyszał? Czy Pani sądzi, że można ich poprosić, ażeby nam odpuścili? Nigdy nie byłam w podobnej sytuacji, nie wiem jak postąpić, jak się zachować….
Nie odpuszczą! Jeśli wysyłając zaproszenia, dzisiaj nie rozumieją, w jakiej kłopotliwej i kosztownej sytuacji stawiają swoich gości, to dlaczego jutro mieliby rezygnować ze swojego egoistycznego ”widzimisię”? Mnie jest trudno Pani doradzić jak w tym przypadku postąpić. Rozumiem, że dług wdzięczności to wielka sprawa, ale rozumiem też, że taki szantaż moralny wkurza; do szału doprowadza. Myślę, że Pani albo zignoruje zachciankę nowożeńców i pójdzie we własnej kreacji, (ale jak się Pani będzie czuła, jeśli pozostali goście będą jednak ubrani ”stylowo”?) lub zachoruje w strategicznym momencie i w ogóle na ślub nie pojedzie. Albowiem innych wariantów nie widzę. Oni prezent dostaną, płakać nie będą. Państwo zaoszczędzą sobie wiele setek dolarów. Ale co dalej? A może jednak warto by to zaliczyć? Choćby po to, ażeby później było o czym wnukom opowiadać i fotografie pokazywać? Jak to babcia bawiła się w Ottawie, prawie jak w Wersalu. Z tą tylko drobną różnicą, że później, wraz z królową, pod gilotyną nie wylądowała.
Jest to jedna z tych sytuacji, w której osoba postronna nie jest w stanie właściwie doradzić. To tylko Państwo, po wnikliwym rozważeniu wszystkich pro i kontra (oraz podliczeniu wyrwy w budżecie), muszą sami zadecydować, jak postąpić. Niepoślednią rolę odegra fakt, że obaj panowie nadal będą razem pracowali, nadal do pracy razem jechali, a obie panie będą sąsiadkami po obu stronach parkanu. Ja na Pani miejscu zastanowiłabym się poważnie czy zignorowanie ich kaprysu, nie spowoduje permanentnego tarcia i animozji. Bo niech mi Pani wierzy, że z dwojga złego, lepsza jest biegunka, (aby nie użyć innego, bardziej dosadnego słowa), aniżeli ”sąsiad z piekła”. (Biegunka kiedyś się skończy).
A tak dla Pani informacji, ten kostiumowy świr nie jest znowu aż taką nowizną. Ta fanaberia panoszy się w pewnych sferach od wielu lat. Obecnie tylko, jak zakaźna choroba, coraz szersze koła zatacza. Szpan + szmal = kaprys znudzonych tradycją.
Moja córka z zięciem byli też na takim ślubie dwa lata temu. ”Tematycznie” gospodarze wybrali sobie XVI-ty wiek. Okres elżbietański. Moja córka nawet pięknie wyglądała w długiej aksamitnej, suto przybranej, bordowej sukni z trenem. Szerokie rękawy (typowe na tamten okres), dużo biżuterii, piękny stroik z ”perłami” na głowie i czole. Mój zięcio nie wyglądał już tak stylowo. Dla niego zabrakło odpowiedniego kostiumu; musiał się zadowolić mundurem francuskiego kawalera (tylko półtora wieku historycznej różnicy), ale kto by tam się takim szczególikiem przejmował? Wyjątkowo tragicznie wyglądały jego nóżki w czarnych, plastykowych rulonach (nad normalnymi, czarnymi pół-bucikami od Sears’a), które to rulony ”robiły” za cholewy. Jedynie wielki kapelusz z piórami, suta bluza i plastykowa szpada sprawiały jakieś wrażenie. Wyglądał niczym piąty muszkieter. Dla ubogich.
Ich ta impreza rzeczywiście kosztowała majątek. Ślub odbywał się 300km od Toronto. Na miejscu trzeba było jeszcze hotel wynająć. Tam odpocząć, tam się przebrać. Sama ceremonia ślubna odbywała się w romantycznym plenerze, w tamtejszym ”Conservation Park’u”. Ale kiedy spadł deszcz, w momencie, kiedy państwo młodzi właśnie przysięgali sobie dozgonną miłość i posłuszeństwo (?!), nie było nawet gdzie się przed nim skryć. Dobrze, że przynajmniej aksamit okazał się być nie prawdziwym aksamitem, tylko jakimś eleganckim, sztucznym tworzywem. Dzięki czemu, szczęśliwie, wysechł nie pozostawiając plam.
Moja córka uważa, że to musiała być jakaś szczególna miejscowość dla wariatuńciów z mokrą głową (w ich akurat przypadku – dosłownie). Albowiem kilka ślubów odbywało się tam równocześnie. Pod względem strojów, reprezentowane były prawie wszystkie epoki ubiegłych stuleci. Fotografowie uwijali się jak w ukropie i zbierali niewąskie żniwo. Tak samo jak okoliczne ”wsiowe” gospody (”inns”), gdzie później odbywały się uczty weselne a do stołu podawały hoże dziewoje, także w strojach stylowych.
Miejscowe hotele także reklamowały apartamenty ”na temat”. Córka z zięciem wylądowali w apartamencie pod nazwą ”Safari”. Spała pod namiotem, (ale w luksusowym łóżku i jedwabnej pościeli), na ścianie wisiały strzelby, łuki, kusze, strzały, siatki i nawet bumerang. W każdym kącie straszyły łby dzikich zwierząt. W BBQ mieściła się lodówka z baterią drinków. Parawan z liści jakiegoś egzotycznego drzewa otaczał wannę (jaccuzi, oczywiście). Liany i węże (z najlepszego plastyku) oplatały lampy, udające łuczywa. Na podłodze, jak nie plastykowy ”trawnik”, to skóry z głową plastykowego tygrysa (made in China) radowały oko. Ze ściany płynęły na przemian, odgłosy cykad lub świst, gwizd i klekot jakichś ptaków. Ryk lwa i szum rzeki (wodospadu?) Kicz, kicz i jeszcze raz kicz. Cena apartamentu w miejscowości ledwo notowanej na mapie, zrozumiale, była dwukrotnie droższa od przeciętnego Hiltona czy Marriotta, nawet w największych miastach Kanady.
Choć się skarżyli, mnie ich wcale nie było żal! Przeciwnie. Cieszyłam się, że moje dzieci stać na taką ekstrawagancję. Mniej się cieszyłam z ich głupoty. Albowiem za pieniądze, jakie na ten ślub wydali, mogli polecieć na prawdziwe safari. W Afryce. I mieć jeszcze wystarczającą ilość gotówki na zaopatrzenie się w odpowiednie stroje.
(A propos tego ślubu: właśnie dowiedziałam się od córki, że ich gospodarze, owa pomysłowa, szczęśliwa para, jest właśnie w trakcie przeprowadzania rozwodu.)
Wracając do Pani problemu, jak nadmieniłam, niestety, nie potrafię nic rozsądnego wymyślić. Ponieważ jest to kwestia wdzięczności versus budżet, przyjaźni versus przymusowe sąsiedztwo, pokój versus wojna - Państwo sami muszą zadecydować co, w świetle powyższego, przeważa szalę.
Jeśli Państwo pojadą, czy mogę z czystej babskiej ciekawości, prosić później o skomentowanie imprezy? Z góry dziękuję….