FENOMENALNA, ACZ WĄTPLIWA, KARIERA JEDNEGO MAŁEGO
SŁÓWKA NA "f".
Wykorzystuję list czytelniczki, pani Haliny, ażeby
machnąć felieton na, zdałoby się, niecenzuralny temat.
Listów, skarżących się na los, na dzieci,
wnuki, rodzinę, rząd, nierząd i kobity kumpla brata też,
dostaję na kopy. Ten był inny od reszty. Zainteresował mnie. Albowiem
p.Halina skarży się nie tylko na nadużywanie przez jej wnuki języka
brukowego, lecz sama pilnie usiłuje dociec skąd się konkretnie
wzięło to jedno maleńkie słówko na "f". Słówko,
którym wszyscy, nawet film i massmedia z takim ukontentowaniem szafują. I
co się p. Halinie wydaje bardzo dziwne, jest to, że tego słowa,
tak "popularnego" w mowie potocznej, nie może znaleźć w
żadnym słowniku ani leksykonie. Nawet w "Webster's Dictionary". Dlaczego?
- chce wiedzieć moja czytelniczka. Dlaczego amerykańskie słowniki
nabrały wody w usta i nie "pochwalą" się słowem, które pada z tysięcy ust,
milion razy dziennie? Czyżby Ameryka wstydziła się słowa, które
sama spłodziła? Słowa, które zdominowało film, szkołę,
ulicę, środki masowego przekazu i tak sobie z cicha pęk, powoli
ale za to skutecznie, ”weszło pod strzechy” i deprawuje teraz już
drugie pokolenie?
Otóż nie drugie a siódme, jeśli obliczamy
jedno pokolenie na 20 lat. Przyznaję, że w pierwszej chwili nie byłam
pewna, czy powinnam zająć się tym tematem, gdyż, nie da się
ukryć, jest raczej śliski. Ale kiedy nie tak znowu dawno, na
eleganckim przyjęciu, rozgorzała prawie naukowa dyskusja na temat
genezy tego słowa – pomyślałam sobie: hmm, coś w tym jest.
Wszyscy coś tam gadali, wszyscy perorowali, wszyscy ”wiedzieli lepiej”.
A tymczasem...wszyscy się mylili. I chyba tylko ja jedna znałam właściwą
odpowiedź na ten "pasjonujący" temat. To
mnie zdopingowało do napisania mini-rozprawy, a la Ninon - oczywiście,
o pochodzeniu tego jednego, zwięzłego, maleńkiego, wszelako
opartego na historii, słówka.
Wielu naszych
rodaków posługuje się nim potocznie, na codzień, częściowo
dla szpanu (no, bo to takie angielskie) a może, bo jako przerywnik czy
wykrzyknik w obcym języku, nie wydaje się tak obraźliwy czy
wulgarny. Zapewne też nie wiedzą co dokładnie oznacza. A ci, którzy
wiedzą, łeb dam sobie uciąć, nie znają jednakże "rodowodu" tego
obrazowego słówka.
Pani Halina nazywa siebie "zawodową babcią". Babcią,
która naprzód odchodowała dzieci starszej córki w Polsce, a teraz robi
to samo u najmłodszego syna w Kanadzie. I wszystko z tutejszymi wnukami byłoby
ładne i piękne, gdyby nie ten ich wulgarny, uliczny, ordynarny język,
który przynoszą ze szkoły. I oczywiście dominuje w nim to jedno
krótkie słówko na "f", którym okraszają każde, najzwyklejsze nawet
zdanie. Pani Halina wie już jak to się pisze, gdyż napis ten razi
jej oczy wszystkimi kolorami tęczy na parkanach, ścianach, windzie i
nawet chodnikach. Jak to jest, że szkoła taki język toleruje? -
pyta zdesperowana. Nie wie jak to u wnuków wyplenić. Jej syn stale ją
mityguje, mówiąc, że niepotrzebnie się denerwuje, że i tak
niczego nie wskóra, że głową muru nie przebije a dzieci przecież
z tego prędzej czy później wyrosną.
Pani Halina pyta czy to jest możliwe. Nie potrafię
odpowiedzieć. Raczej wątpię. Albowiem za zbyt często, na
ulicy słyszę arcyswoisty przerywnik na "k", z ust ludzi najzupełniej dorosłych. Może
ich mamy też kiedyś się tym przejmowały,
usiłowały wyrugować z wokabularza, a oni jednak oni z tego nie
wyrośli. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość
trąci - mówi mądre porzekadło. Tyle tylko, że teraz, na
kanadyjskiej ulicy, głośną wstawką na "k" nie muszą się już krępować
albowiem, po pierwsze: "tępi Kanadole" jeszcze
się polskiego nie nauczyli, a po drugie, jeśli starym leśnym
dziadkom to się nie podoba, o wa! - niech
nie słuchają obcej rozmowy. Niech sobie uszy zatykają.
Prawdą jest, że oryginalne znaczenie słowa
na "k" dawno się zatarło, wyparowało z pamięci
i dlatego pewna warstwa naszej społeczności tak beztrosko z niego
korzysta. Jeśli przypadkiem syn pani Haliny też do nich należy,
obawiam się, że moja czytelniczka faktycznie niczego nie zwojuje. Jeśli
syn nie ingeruje kiedy wnuki "rzucają mięsem",
kategorycznie im tego nie zabrania, nie karze ich za to, jeśli dotąd
nie usiadł z nimi i nie wytłumaczył jakie są wymogi kultury
i dobrego wychowania, to nie ulega wątpliwości, że szanse na
wyprostowanie ich niebezpiecznie skrzywionego (curva periculosa - to jest
naprawdę łacina!) języka, są minimalne. Ta nieszczęsna
dziatwa nadal będzie, kurde, bezkrytycznie "wzbogacała" swój plugawy, kurde, język. Będzie, kurde,
dzielnie wspomagana przez idoli ekranu, kolesiów szkolnych i, kurde, otoczenie także.
Kurde!
No, ale ja się miałam zająć małym
słówkiem na "f" a nie na "k". Powód dla którego tego na "f" nie można odnaleźć w słowniku wynika
stąd, że nie jest to zwykłe słowo „z pochodzeniem”, lecz
akronim. Czyli, sztuczny wyraz utworzony z pierwszych liter innych słów.
I, o wstydzie! wcale nie jest rodem z Ameryki, tylko z mojej Anglii. Byłoby
bardzo fajnie gdybym mogła ten czyrak językowy zwalić na barki
naszych braci z południa ale, nie byłoby to zgodne z prawdą. I
nie byłoby f...fair.
W
Anglii, małe słówko na "f" do niedawna wcale nie było znowu takie popularne.
Przez wiele dekad (do ostatniej wojny) prawie zupełnie zanikło, a i po
wojnie było raczej rzadko używane. A jeśli już, to tylko
przez t.zw. "doły społeczne". Ale sądząc
po angielskich filmach, teraz ten długi letarg nadrabia z nawiązką,
podniosło swą brzydką główkę wraz ze zniesieniem
cenzury filmowej.
To dzięki filmowi, owo malutkie słówko zrobiło
taką fenomenalną, acz niepotrzebną, karierę życiową.
Nawet w krajach gdzie język angielski nie zdołał jeszcze
kompletnie wyprzeć rodzimego (a propos – Polska jest na najlepszej drodze
ku temu), każdy miglanc popielaty to jedno angielskie słówko zna
przewybornie. Telewizji zaś zawdzięczamy, że, nieproszone,
wpakowało się "pod strzechy", pod dach
każdego domu i mieszkania, w którym stoi telewizor. A gdzie go nie ma?
Dzieci, nieustannie bombardowane z ekranu wszelkimi odmianami tego słowa (brzydkie
słowa rzekomo stymulują wyobraźnię (?!), zatraciły
poczucie przyzwoitości. I rzeczywistości. Brak widocznej reakcji ze
strony niektórych rodziców utwierdza je w przekonaniu, że nic zdrożnego
się nie dzieje.
Ażeby było śmieszniej, małe słówko
na "f" powstało nie po to ażeby obrażać
ludzi, lecz wprost przeciwnie. Powstało ze źle pojętej i zakłamanej
skromności, która dominowała erą wiktoriańską, tylko
140 lat temu. Wszystkiemu winna była miłościwie panująca "praworządna Wikcia". Otóż
za czasów panowania królowej Wiktorii, (która swoje olbrzymie imperium trzymała
za mordę wprawdzie drobną piąstką ale za to z siłą
tytana), zapanowała era potwornej pruderii. Fałszywej świętobliwości.
Na przykład, na życzenie królowej, we wszystkich salonach, na nogi
fortepianów zaczęto zakładać fikuśne wdzianka, czasem nawet
z falbankami, ”ażeby gołe nogi nie powodowały u panów
grzesznych myśli”. (Jak Boga kocham, przysięgam, że jest to
fakt historyczny!) Ze ścian zdejmowano "w obrzydzeniu" obrazy gołych
nimf i amorków, nawet jeśli wyszły z pod pędzla Tycjana czy
Rubensa, i relegowano je do piwnicy gdzie gniły latami. Lepiej
by im już było na strychu, ale w Anglii strychów nie ma.
Czystki te miały miejsce w salonach, "na pokojach"
wytwornych domów. Ale co działo się na zewnątrz? W "gabinetach"
eleganckich restauracji? W buduarach lwic salonowych? W domach schadzek? W
garsonierach żonatych adonisów? Na siedzeniu "hansom cabs"? (Były
to małe dorożki, których woźnica siedział jakby na dachu,
tak aby nie mógł widzieć ani słyszeć co się dzieje w
środku. Do dnia dzisiejszego w
angielskich, specjalnie skonstruowanych taksówkach, pasażera od szoferki
odgradza gruba szyba a kierowcy nie wolno używać wewnętrznego
lusterka. Z tego samego powodu.)
Na zewnątrz wszystko było też niby takie
czyste, takie przyzwoite, takie święte. Ale tylko na pokaz. Bowiem obłuda,
bigoteria i hipokryzja, niczym trzy mityczne Gorgony, rozkładały kraj
od środka. Na przykład, Wielka Brytania, proporcjonalnie do ówczesnej
liczby mieszkańców, już nigdy po tem w swej historii nie miała
tak olbrzymiej ilości nieślubnych dzieci, jak w erze wiktoriańskiej.
Nawet w czasie i po drugiej wojnie
światowej, kiedy to kraj "okupowali" bogaci
Yankesi i kochliwi Polacy, nie pozostał taki spadek.
Wiktoria była dobrą, troskliwą królową.
Dbała o swoich poddanych. Trzymała palec na pulsie; wszystko chciała
wiedzieć z pierwszej ręki. Dlatego na czwartkowych audiencjach z
premierem, bardzo uważnie słuchała, po czym żywo komentowała
referowane ogólnokrajowe relacje z ubiegłego tygodnia. Wyrażała obawy.
Zgłaszała dezyderaty. Pilnie
poszukiwała porad, wpierw od Disraeli’ego a później od
Gladstone’a.
Szkopuł w tym, że w owych czasach najwyższe
stanowiska rządowe piastowali byli wojskowi (ot, bakszysz drobny taki, dla
wysłużonych "zupaków"). Ich
sprawozdania pisane były jędrnym, soczystym językiem wojskowym i
poruszały sprawy codzienne, nie koniecznie zawsze niewinne w swej treści.
Samo życie! Obaj premierzy, najtęższe głowy tamtych czasów,
wiedzieli z doświadczenia, że cnotliwej Wiktorii, królowej Wielkiej
Brytanii i cesarzowej Indii, nie można wykładać kawy na ławę,
ot tak! - na wszystkie tematy jak
leci. Albowiem "świętobliwa" Wikcia dostawała szczególnego szału kiedy na
światło dzienne wywlekano sprawy "bzidkie",
niecenzuralne. I choć głowy już nie leciały, leciały
wszelako lukratywne stanowiska. A z tych, "old boys" nie mieli
najmniejszego zamiaru rezygnować!
Na pomysł używania akronimów w obecności
monarchini, wpadł niezwykle zdolny i pomysłowy Disraeli. Ilekroć
nie wiedział w jaki sposób eufemistycznie zrelacjonować niewygodną
statystykę z resortu policyjno-prawnego, ten genialny polityk, dyplomata,
autor i niezaprzeczalny erudyta, używał akronimów. Po jego śmierci,
czytamy w jego pamiętnikach, że ażeby nie pogubić się w
tych impromptu wygłaszanych neologizmach, aby wspomóc własną
pamięć, formował słowa składające się z
pierwszych liter słów danego zdania. Królowa, która przypuszczalnie
raczej by umarła, zanim by się przyznała, że czegoś nie
rozumie - nigdy tych językowych dziwolągów nie kwestionowała. I
w ten oto prosty sposób, ze sławnego, zielonego salonu w pałacu
Buckingham, fiut! – wyfrunął mały akronim. Poleciał w
świat i szybuje do dnia dzisiejszego.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Czyli do powstania maleńkiego
słówka na "f". Przy powszechnym rozluźnieniu obyczajów, ubogi
plebs, nie mający dostępu, tak jak sfery wyższe, do intymnych
miejsc nadających się do "uprawiania miłości", zmuszony
był korzystać z krzaków miejscowych parków. Aliści, po tych
samych parkach przechadzały się także nobliwe i cnotliwe (czyżby?)
rodziny ze swymi dziatkami. I wszyscy dostawali albo ataku serca albo oczopląsu
(w zależnośi kto patrzył) na widok rytmicznie podrygujących
4-ch zelówek, wystających z pod co drugiego krzaczka. Dzieciom zakrywano
oczy, mamom aplikowano sole trzeźwiące. Nie jeden pater familias, sam
mający wiele za uszami, wzywał policję i święcie
oburzony, oskarżał jakiegoś bidołachę o wyuzdane
ekscesy w miejscu publicznym. A otrzeźwiona solami mater familias,
dziwnie szybko zapominała o tym jak to wczoraj (grubo zawoalowana, oczywiście)
zasuwała dorożką, ową "hansom cab", do
garsoniery kochanka na pełną figli-migli i rozkoszy, rozbieraną
randkę.
Sumienna, praworządna i supermoralna (pożal się
Boże!), wiktoriańska policja,
ochoczo i dla dobra sprawy, w imieniu jaśnie panującej królowej i
korony, ruszała płna wigoru do wściekłego boju z tym "potwornie szkodliwym",
elementem, tym wrogiem wszelkiej angielskiej przyzwoitości. Przez dwa miesiące,
(czerwiec-lipiec, były naonczas w Anglii najsuchsze) trwała szeroko
zakrojona akcja wyciągania ludzi z krzaków (czy aby tylko za kołnierz?)
w rezultacie której, setki ludzi stawały przed groźnym obliczem sędziego.
A, że Wielka Brytania nie miała (i nie ma do
dnia dzisiejszego) kodeksu prawnego,
tym samym nie istniał odpowiedni paragraf, pod który można by było
podciągnąć ten "straszny" czyn
parkowych ”amorusów-zbereźników”. To też, ażeby nie obrażać
delikatnych uszu kobiet obecnych na sali sądowej i gwoli publicznej
higienie językowej, miłośników krzakowej miłości poczęto
oskarżać o "f.u.c.k." (Wymawiane literowo jednym tchem: efjusikey.) Co przeszło
do historii jako akronim angielskiego: For Unauthorized Carnal
Knowledge. Po polsku znaczy to po prostu: za niedozwolone zgłębienie
wiedzy cielesnej. Z czasem kropki zniknęły i zostało tylko małe
słówko na „f”. W tym miejscu powinniśmy być dumni i bladzi
na twarzy, że nasz język jest jednak o tyle bogatszy i soczystszy od języka
angielskiego! Na ową angielską "wiedzę cielesną" ja sama
znam przynajmniej osiem odpowiedników w języku polskim. Prawie wszystkie
zaczynają się na "p". Z "wiedzą" nie mają nic
wspólnego.
Ale akronim "przysechł". Jeszcze dzisiaj można oglądać w starych
annałach sądowych lokalnych "szczekanek"
(magistrate's court) akty oskarżenia skierowane przeciwko całej
armii panów Smith, Jones, Brown czy Johnson oraz ich bogdanek. Gdyby nie to,
że w Wielkiej Brytanii nie istnieją także dowody osobiste i
wszystkie nazwiska były zmyślone (o czym sąd zresztą
doskonale wiedział), tylko dzięki temu wiele karier nie legło w
gruzach i niejeden potencjalny szantażysta nie zbił majątku na
swym niecnym procederze.
Rzekomo Gladstone referując monarchini ilość
ostatnio ujtęych i sądzonych osobników w akcji "f.u.c.k.", turlał się wewnętrznie ze śmiechu,
kiedy zachwycona Wikcia łaskawym tonem chwaliła policję za jej
czujność, wysiłek i poświęcenie w wykonywaniu
niebezpiecznego obowiązku(?!!) Ale heca!
Nie wiem czy ta informacja była komuś do szczęścia
potrzebna. Pewnie i nie. Ale co tam. Nadmiar niepotrzebnych informacji jeszcze
nikomu nie zrobił krzywdy. Przeciwnie. Teraz wygrywa ludziom wielkie pieniądze
na tych wszytkich "milionerskich"
programach.
Nie sądze, ażeby p. Halinie udało się
wyplenić parszywy język u wnuków. To może zmienić
tylko nowy trend młodzieżowy. Jakaś nowomowa oparta na
złagodzonym języku używanym przez środki masowego
przekazu. Lub w następstwie jakiegoś moralnego kataklizmu (dyktatura?)
na skalę krajową. Ale na to na razie się nie zanosi. O! Gdyby
zaistniała jakaś możliwość na zmuszenie producentów
filmowych i telewizyjnych do zmiany wzorca językowego, lub jakiś mądry
rząd przeforsował zakaz używania tych słów na forum
publicum - po raz pierwszy (i zapewne ostatni w moim życiu), zostałabym
gorącą zwolenniczką zamordyzmu! Cel uświęca środki!