DROBNY MACZEK = WIELKI HACZYK
Na wiele listów, uskarżających się na nieuczciwość ogłoszeń, brak etyki w sprzedaży, naciąganie (często przez znajomych nawet), masowe szukanie jelenia - odpowiadam zbiorowo, proponując, aby tytuł tego felietonu każdy wyrył sobie dobrze w pamięci.
Zakładam, że wszyscy wiedzą co znaczy określenie: ”wlany w drobny mak”. I każdy je akceptuje, bo to takie nasze, takie znajome, takie swojskie. Natomiast ”drobny maczek” na jakimś dokumencie, kontrakcie, gwarancji czy rachunku, zdaje się być tylko wymiarem czcionki. Czy tak? Może dlatego nie wydaje się ważny i nikogo nie alarmuje. Błąd w sztuce! Tak, tak, wiemy. Słyszeliśmy już ze sto razy (a choćby ode mnie), że powinniśmy z lupą (i słownikiem, jeśli sytuacja tego wymaga) w ręku przestudiować w tych dokumentach każde zdanie, każde słowo. Ale dzisiaj nie mamy na to czasu. Obiecujemy sobie, że zrobimy to jutro. Lecz jutro historia się powtarza. Często usprawiedliwiamy się przed własnym sumieniem, że to język prawny, że i tak nic z tego nie zrozumiemy. Kolejny błąd! Bo gdybyśmy zadali sobie ten trud, zaoszczędzilibyśmy sobie dużo nerwów i, często-gęsto, sporo pieniędzy też. Edukacja – to przeczytanie ”maczka-nieboraczka”. Doświadczenie – to kiedy tego nie zrobimy.
Kant istnieje od początku świata. Szalbierstwo na oszustwie jedzie i grandą pogania. Ale wymaga co najmniej dwóch osób do kompletu. Cwaniaka, który nabiera i ofiary, która jest nabierana. Jak śpiewa Budka Suflera: ”bo do tanga trzeba dwojga”. Wszystkie kanty są możliwe tylko dzięki ignorancji i naiwności ofiary. Rzadziej chciwości czy też (acz tylko we własnym mniemaniu) poczucia niepospolitej chytrości. Najczęściej jednak przyczyną jest nieznajomość prawa. Gdybyśmy wszyscy dmuchali na zimne, mniej wierzyli gładkim słowom złotoustych sprzedawców, rozumieli, że ”there is no such thing as a free lunch” co znaczy mniej więcej, że nie ma nic za darmo – kant nie miałby racji bytu.
Pierwsze oszustwo miało miejsce w raju. Vide owa drobna sprawa jednego jabłka. Wtedy wężowi udało się wykiwać biedną Ewę. Ale to było dawno. Przed emancypacją kobiet. Dzisiaj, wcale nie jestem taka pewna czy to wąż przypadkiem nie wylądowałby w końcu z korcem jabłek. I to robaczywych na dodatek. Czyli ‑ z zaraniem ludzkości poczęło się także oszustwo. Przy całej naszej inteligencji, znajomości języków obcych, coraz wyższemu wykształceniu, za sprawą komputera, Internetu i całej gamy elektronicznego sprzętu – granda kwitnie. Prosperuje. Eskaluje. Rośnie jak na drożdżach. Nie sądzę ażebyśmy ją kiedykolwiek dogonili. Chyba, że rządy zmądrzeją, zdejmą irchowe rękawiczki i założą bokserskie. Lecz na to się nie zanosi. Albowiem z tego rozboju w biały dzień (cena benzyny, opłaty urzędowe jak: idiotyczna rejestracja broni palnej, koszt obywatelstwa, wysoki podatek dochodowy) rządy czerpią miliardy. Przy dzisiejszym postępie technologii, kanty stały się tak wyrafinowane, że prawie nie sposób jest się przed nimi ustrzec.
A jednak Polacy, nawet jeśli nie władają jeszcze doskonale językiem Szekspira – zdają się doskonale dawać sobie radę w nowym kraju osiedlenia. Po kilku latach wahania i niepewności, postawili na jedną kartę i teraz z pełną świadomością zapuszczają korzenie. Rezolutnie planują przyszłość swoją i rodziny. Masowo kupują domy, przekształcają się, zakładają biznesy. Ale to wszystko trzeba wyposażyć. Czynią więc niezbędne zakupy; wydają ciężko zapracowane pieniądze, które z nieba im przecież nie spadły. Z zakupami łączy się na ogół ograniczona gwarancja. No to często nabywamy ”poszerzoną” (extended warranty). Wtedy właśnie musimy wykazać maksimum roztropności. Przezornie zadawać dziesiątki pytań, żądać pokazania w polisie tego, co nas interesuje. Aby później nie być zrobionym w konia. Bowiem często sprzedawca mówi jedno, a drobny druczek na dokumencie ‑ zupełnie coś innego. W razie ewentualnego konfliktu - rację ZAWSZE będzie miał druk! Dlatego należy założyć, że im drobniejszy ten maczek, tym większy jest haczyk. Albowiem gdyby nie krył coś ważnego, jakichś niekorzystnych (dla nas) ograniczeń, lub odżegnywał się od czegoś - nie byłoby potrzeby pisania go maczkiem. Logiczne?
Dlaczego znowu o tym piszę? Bo szwindel wiele ma twarzy. Donoszą mi czytelnicy, że jeden właśnie powrócił do nas, po dekadzie nieobecności. Znowu urywają się telefony (acz teraz nic na piśmie), że ktoś wygrał los na tysiące dolarów, chociaż w żadnej loterii nie brał udziału! Albo, że wygrał wakacje na Hawajach. Czasem jest to tylko skromny ”mikrus” (piecyk mikrofalowy), robot kuchenny, bilety na mecz hokejowy, czasem nawet markowy samochód. Przez parę dni serce bije jak szalone a kiedy euforia dochodzi do zenitu, po wielu monitach okazuje się, że był to zwykły kant. Legalny, niestety. Zręcznie sformułowany chwyt reklamowy. Nikt losu nie wygrał a tylko ”prawo do brania udziału w losowaniu”. Pod warunkiem oczywiście, że dokona zakupu jakichś niechcianych periodyków, książek, CD, ryczałtu do siłowni lub agencji towarzyskiej. Bajkowa przynęta jest w stanie sprawić, że ludzie podpisują kontrakt, od którego później ucieczki nie ma. (Pisałam o tym tyle razy, że już sama siebie nudzę.)
Sto razy ostrzegałam także przed ”FREE” podarunkami. One nie egzystują. Jeśli dostajemy coś za darmo, cena tego czegoś dawno została wkalkulowana w cenę oryginalnego zakupu. Uparcie powtarzam: nie ma nic za nic! Za darmo można wypić szklankę wody z kranu; za darmo można dostać po gębie.
Niektóre firmy pracujące w ramach ”Multi Level Marketing” (co jest niczym innym tylko formą piramidy), obiecują swoim agentom zarobki rzędu $100.000 rocznie. Pokazują im na filmie, w jakim to luksusie pławią się ich poprzednicy. (A to, że te wille, jachty i Rolls-Royce’y są wypożyczone tylko na jeden dzień do sesji fotograficznej, o tym im już nie mówią.) Jedna z tych firm, ”Lifestyles Canada Ltd.”, która sprzedawała dietetyczne ciasteczka i napoje, kilka lat temu zapłaciła karę $35.000 za świadome wprowadzanie w błąd swoich agentów, których zarobki nigdy nie były w stanie przekroczyć sumy $2.000 w skali rocznej. Ja, osobiście, w ogóle nie wierzę w MLM i konia z rzędem temu, kto mi udowodni, że WYŁĄCZNIE z zarobków w MLM zbił majątek. (Nie licząc ”wierchuszki” oczywiście, która tą całą hecę, bardzo intratną dla nich, wymyśliła).
Ludzie wytrwale wierzą w krasnoludki. Jedni, że nawet przy zapaćkanym ”profilu finansowym” (credit rating) mogą dostać z jakiejś instytucji finansowej pożyczkę bez zastawu (colateral) i w tym celu z góry płacą setki dolarów (często pożyczonych) w formie ”kosztów administracyjnych”. Pieniądze wyrzucone w błoto. Drudzy, ciągle wierzą, że pracując w domu, mogą zarobić setki dolarów tygodniowo. Bo bardzo ładnie sformułowane ogłoszenie w prasie oferuje taką fantastyczną pracę chałupniczą. Pomimo sparzonych palców licznych znajomych, uparcie nie chcą wierzyć, że jest to zwykły kant. Że tej pracy nie ma i nigdy nie było.
Niestety dostaję też sygnały od moich czytelników w kraju, że ten, w zasadzie najprostszy szwindel, dotarł kilka lat temu do Polski i tam (szczególnie na wsi) dopiero zbiera żniwo! Prasa już się połapała i odmawia druku tych ogłoszeń. Wobec tego, z walizką ulotek wysyła się ludzi w teren. Dostałam jedną od czytelniczki z okolic Augustowa. Ulotka brzmi istotnie bardzo zachęcająco: ”Pracując w domu, możesz zarobić od 80zł ‑ 100zł dziennie. Proponujemy szereg technologii produkcji chałupniczej, prostych w realizacji i zapewniających zbyt na gotowe towary. Prace przez nas zlecone nie wymagają nakładów pieniężnych, inwestycji ani nawet maszyn. Każdy może je wykonywać bez względu na wiek, płeć, wykształcenie czy miejsce zamieszkania. Jeśli kupisz nasz poradnik na jedyne 20zł będziesz własnym bossem i sukces będzie zależał wyłącznie od ciebie”.
”Potrzebowskich”, niestety, nigdy nie brakuje. Wysupłują ostatnie grosze a w odpowiedzi otrzymują jedną stronę komputerowego wydruku, z nazwami kilku lokalnych firm (spisanych z książki telefonicznej), które rzekomo poszukują ”chałupników”. I tak jak u nas, ogłoszeniodawca podaje tylko numer skrytki pocztowej, którą natychmiast likwiduje po otrzymaniu większej gotówki. Po czym otwiera nową, w innym mieście. Komputerowa drukarka jest cierpliwa. Za małą cenę pojemnika z tuszem i kilku ryz papieru, można w nieskończoność rozprowadzać tysiące ulotek, z minimalnymi zmianami w tekście. (Dwie minuty roboty na komputerze.)
W Polsce, niestety, nikogo nie zbawię. Ale tutaj? Tutaj twardo będę próbowała. Nie jestem infantylna i ani nawet na chwilę nie przypuszczam, ażeby mnie wszyscy chcieli słuchać. Zresztą nie pretenduję do roli wyroczni ani wszystkich rozumów nie pojadłam. Ale w miarę moich możliwości (i znajomości tematu) starałam sie otwierać oczy. Bo ktoś przecież musi.
Pole do popisu mam duże, bo Polacy to naród rogaty. Same Zosie‑Samosie. Wszystkie nieszczęścia muszą naprzód na własnej skórze doświadczyć. Mam tylko nadzieję, że później zechcą zapamiętać sobie, czego się na błędach swoich (i innych), nauczyli. Wprawdzie wtedy będzie to już musztarda po obiedzie, ale lepiej późno niż wcale, no nie?
Ale ad rem. Zajmijmy się ponownie drobnym ”maczkiem – nieboraczkiem”. CAVEAT EMPTOR ‑ znaczy po łacinie: nabywco! Uważaj. Miej się na baczności! Czyli: pamiętaj o kocie w worku! Każdemu gorąco polecam zapamiętać sobie te dwa słowa. Bowiem frycowe płaci zawsze kupujący. Począwszy od kupna domu, auta (nowego, używanego a już szczególnie ”leasowanego”), ubezpieczeń, zawierania umów, przeprowadzania rozmaitych transakcji, dokonywania zakupów oraz kontraktowania wszelkich usług. W erze oszukańczej i bezkarnej reklamy, komputerów i laserowych drukarek - etyka i uczciwość stały się przeżytkiem, wręcz anachronizmem. Złotą zasadą jest czytać ”drobny maczek” i pamiętać, że jeśli sami sobie nie pomożemy, nikt nam nie pomoże. Nawet prawo. Najlepiej liczyć na pomocną rękę. Gdzie jej szukać? Ta najbardziej pomocna, wypróbowana, bezinteresowna i zawsze gotowa do pomocy ręka, znajduje się na końcu…. naszego własnego rękawa!
Kończę na nieco lżejszej nucie: jeden z moich młodych przyjaciół wkrótce będzie się żenił. Z własnej, nieprzymuszonej woli, bo wcale nie musi. Po dłuższej znajomości, obserwacji i wysłuchiwania wypowiedzi wybranki jego serca, powiem szczerze, że nie tylko mnie, ale wszystkim przyjaciołom nie podoba się ani panna ani jej charakterek. A już najbardziej - to jej mamusia. No to co? Czy mam mu szepnąć: CAVEAT EMPTOR?! A pomoże to co?