Listy - nie sercem dyktowane.
Zadzwoniła Kaśka ażeby powiedzieć, że w drodze do Polski, chcieliby na trzy dni zahaczyć o Toronto. Chcą tutaj zakupić prezenty, albowiem u nas jest wybór. Czy znajdę dla nich czas, czy się z nimi zobaczę? Co za głupie pytanie! Przecież muszą u mnie zamieszkać – zarządziłam. Inaczej być nie może. A po tym była wielka radocha, śmiechy, wspominki i gadanie do białego ranka. Muszę o tym napisać, bo z tą Kaśką to była przecież zupełnie dzika historia.
Poznałyśmy się w czasie jednej z moich wizyt w Polsce. Kaśka była wtedy szałową dziewczyną. Młodą, czarującą, ładną, wykształconą i roześmianą panią magister, o nogach po szyję. Jedna z tych, na której ciuch z bazaru Różyckiego wyglądał jak model Diora, podczas kiedy autentyczny model Diora, (lecący akurat do Warszawy w worku dyplomatycznym), wyglądał później na pani ministrowej jak szmata z komisu w Pipidówce Niżnej.
Kaśka miała eleganckie, gustownie wyposażone M2 na Stegnach, tudzież oliwkowego "malucha". Była popularna, znała setki ludzi ale nigdy nie poznałam u niej jakiegoś etatowego "narzeczonego". Dopiero dużo później wyszło szydło z worka. "Narzeczony" i owszem, był, aliści nieco żonaty. Facet prowadził podwójne życie. Dla Kaśki był dochodzącym narzeczonym, dla żony dojeżdżającym mężem. Tyż piknie. Pan docent obiecywał co miesiąc, że już, już się rozwodzi i tylko ja, ta paskudna cyniczka, dziwnie w to nie wierzyłam. I miałam, niestety, rację.
Pomimo różnicy wieku, nasza krótka ale prawdziwa przyjażń trwała do tragicznego roku 1981. Kaśkę internowano, po czym przepadła jak kamień w wodę. Ja Polski już więcej nie odwiedziłam, ale Kaśki nie przestałam poszukiwać przez kilka lat. Poprzez znajomych, przez prasę i przez PCK. Bez skutku. Wnet ja wyemigrowałam do Kanady; mój londyński adres przestał być aktualny.
W roku 1993, czyli równo 10 lat temu, stojąc grzecznie w kolejce po wędliny w jednym z licznych sklepów “Polaczkowa”, zostałam gwałtownie potrącona. A, że paru bożych pijaczków od pewnego czasu rozrabiało obok, odwróciłam się raptownie z gotową wiązanką na ustach. Lecz słowa nie wykrztusiłam. Zamurowało mnie! Bowiem, niczym kolejna kostka domina, także potrącona, leciała na mnie ...Kaśka!
Kaśka! Moja Kaśka! Ale jakże inna! Nawet biorąc poprawkę na to, że jesteśmy obie o kilkanaście lat starsze, biedna Kaśka wyglądała wręcz strasznie. Obraz nędzy i rozpaczy! Niezadbana, poszarzała, skulona, mysie ogonki zamiast jej pięknych, bujnych, miodowo-blond włosów. Nietwarzowy kostiumik, niedbały makijaż. Tylko uśmiech pozostał ten sam. Z dzikim wrzaskiem padłyśmy sobie w objęcia. Równocześnie wykrzykiwałyśmy coś nieskładnie. A, że ludzie patrzyli na nas z rozbawieniem, uciekłyśmy do pobliskiego “donuta”. Aby gadać. I gadać. W stylu telegraficznym uzupełnić nasze życiorysy. Okazało się, że ona mnie też szukała. Jej listy również wracały z dopiskiem: "adresat już tu nie mieszka".
Od tego dnia, po pracy, spotykałyśmy się prawie codziennie. Byłyśmy jak te papużki-nierozłączki. Usilnie pracowałam nad nią, gdyż wkrótce nie miałam wątpliwości, że Kaśka jest o krok od załamania nerwowego. Samotność zatruwała jej życie. Zdziczała. Kanada straszyła pustką, innością, nieustannie wpędzała w szereg kompleksów.
Kaśka, jak wiele innych Polaków, nie miała talentu do języków obcych. Przez to teatr czy kino a nawet TV, były dla niej czarną magią. Dla potrzeb ducha - żyła polskimi książkami, polskimi filmami video i od jednego polskiego spektaklu do drugiego. Jedyny pozytyw w jej życiu, to świetnie płatna posada. W polskiej firmie oczywiście. I znowu słodkie mieszkanko i samochód. Nie mogła się tylko pozbyć syndromu ryby wyjętej z wody. Sfrustrowana i nieszczęśliwa, ustawicznie kwestionowała swoją decyzję pozostania w Kanadzie. Ale wracać nie miała do czego. Ani do kogo. Uważała (i słusznie), że tak jak tutaj, tak i tam jakikolwiek mężczyzna warty zachodu, od dawna nie jest sam. Dawno go poderwano. Nawet kiedyś, gdy jej chandra jakoś szczególnie dała popalić i chyba szajba odbiła, była już skłonna sprowadzić tą swoją "docencinę". Ale facet był przynajmniej na tyle uczciwy, że sprawę postawił otwarcie: owszem, Kanadę chętnie by zaliczył, ale tylko jako turysta. Stały pobyt tutaj nie wchodzi w rachubę. Nie tylko jest w Polsce doskonale urządzony ale jego żona, i nawet już nieźle podrośnięte dziatki, okrutnie by tego nie lubiły.
I wtedy ja wpadlam na iście szatański pomysł. To też za wszystko co się po tym rozegrało, tylko ja jedna ponoszę całą odpowiedzialność. Albowiem to ja wymyśliłam ten dziki pomysł z ogłoszeniem w rubryce: "matrymonialne". Kaśka nawet słyszeć o tym nie chciała. Ale po tygodniach usilnej pracy nad nią i po wielu wylanych litrach mojej śliny (a wiadomo, że kropla kruszy skałę) wreszcie przestała się bronić. Z zapałem zabrałam się do redagowania zgrabnego (tak mnie się wydawało) anonsu, w którym aż roiło się od długich słów jak: kultura, inteligencja, erudycja, wyższe wykształcenie - poprzedzające jej bardzo skromne dezyderaty. Błąd, błąd, wielki błąd! Albowiem chłopy, wbrew pozorom, wcale nie lubią mądrych bab. I do dzisiaj nie wiem jak to się stało, że w tym ferworze "tworzenia", zamiast numeru telefonu, podałam jej pełny adres domowy
Wnet zaczęły nadchodzić pierwsze listy. Ciekawe, że naprzód z prowincji i głównie od starszych panów . Pan z Montrealu na 4-ch stronach opisywał swoje większe choroby i mniejsze dolegliwości. Chyba niepłatnej pielęgniarki poszukiwał. Przyszedł list od farmera z pod Winnipegu, któremu umarła żona i nie miał kto "oporządzić chudoby" - napisał. A ten, to chyba dojarki. Był list od starszego pana z Hamilton, który aby tu pozostać, był skłonny zapłacić $5.000 za ożenek.(Tanio wtedy było, co? Dzisiaj ta “uprzejmość” kosztuje cztery razy tyle. Były czasy, paniedzieju, co! Także dzisiaj Kaśka natychmiast dostałaby propozycje od tuzina pokątnych, polskich maklerów, szukających fikcyjnych żon dla swoich bajecznie kolorowych, tak na twarzy jak i w ubiorze, egzotycznych "przyjaciół".) Pan z Calgary proponował jej (i gwarantował) namiętny urlop w Meksyku, pod warunkiem, że to ona sfinansuje imprezę. Pieczeniarz! Zaś pan ze Sudbury chciał koniecznie znać wymiar Kaśki biustonosza. Czyżby jedyny, normalny w tym interesie?
Do kilku panów w Toronto zadzwoniłam ja, podając się za Kaśkę. Dno, absolutne dno. Między innymi, pan, który napisał, że jest lekarzem, nie wiedział co to jest amnezja, a na anginę pectoris (poważna choroba serca) wyimaginowanej cioci, zalecił 2 aspiryny co cztery godziny i trzy dni w łóżku. Inny pan okazał się Ukraińcem, który po polsku nie mówi (ktoś za niego list napisał) lecz bardzo Laszki (Polki) lubi. Inny pan nie potrafił sklecić prostego zdania, nie klnąc koncertowo. K….y latały jak jaskółki. A jednak łączył ich wspólny mianownik: wszyscy panowie, jak jeden mąż, chcieli wiedzieć czy Kaśka ma własny dom oraz jakim modelem (i rocznikiem) samochodu dysponuje. Radośnie informowałam, że tegorocznym białym BMW 525. A co mi tam. Jak szpanować...
Ostatni napisał Jarek. Tak się jakoś złożyło, że Kaśka sama ten list odebrała. A później chyba z dziesięć razy mi go czytała. Sama do niego zadzwoniła. I nie przestawała dzwonić. Gadali co wieczór. Godzinami. We wszystkim się zgadzali. Mieli te same upodobania, te same odczucia. Bratnie dusze. Pełna symbioza. Szał! Euforia! To jest TEN!
Lecz osobiście ciągle jeszcze się nie znali. Jarek, jak niejeden naukowiec. pracował na budowie daleko za miastem. Wracał późno, mieszkał w sąsiednim mieście, auta nie miał. Wreszcie ustalili, że poznają się w najbliższy week-end. Kaśka zaprosiła go na całą sobotę (niedziela była uzależniona od przebiegu i rozwoju znajomości). Ja miałam "niechący" wpaść wieczorem, aby sobie tego cudotwórcę z bliska pooglądać.
Nie bez kozery używam słowa: cudotwórca. Albowiem metamorfoza Kaśki w ciągu jednego tygodnia, nawet mnie zaskoczyła. Poszły w ruch kosmetyczka, fryzjerka i manikurzystka. Sklepy z ciuchami w tym jednym tylko tygodniu murowanie odnotowały dużo wyższe obroty. Kwiaciarnia i sklep ze świecami także. Kaśka się wyprostowała. Nabrała kolorów i pewności siebie. Znowu była tą energiczną, szałową, roześmianą dziewczyną z naszych starych fotografii.
Stawiłam się dokładnie o ukartowanej godzinie. Kaśkę zastałam w łzach, w stanie skrajnej histerii. W mieszkaniu śmierdziało przypalonym mięsem i konającymi świecami. Jarek nie przyszedł. Ani wtedy ani nigdy. U Bell'a powiedzieli, że ten numer wczoraj został wycofany z serwisu, bo abonent opuszcza Kanadę. Na mnie znowu nadeszły ciężkie dni wyciągania Kaśki z powtórnej, dużo głębszej, potwornej depresji. A kiedy po upływie kilku tygodni, zaczęła stawać trochę na nogi a ja już myślałam, że wyszłyśmy nareszcie z dołka - zaczęło się.
Listy z Polski zaczęły nadchodzić tuzinami. Listonosz nie mogąc włożyć takiej ilości do skrzynki, powiązane sznurkiem, zostawiał je u superki (superka - to zwykła cieciowa, tyle, że zagraniczna). Ta zaś, po jakimś czasie, wezwała roztrzęsioną Kaskę przed swe marsowe oblicze i oświadczyła, że w myśl którejś tam klauzuli w kontrakcie, prowadzenie biznesu z tego adresu jest surowo wzbronione. A to musi być jakiś niezły biznes. skoro tyle zamówień naraz przychodzi. Bo ona, ho,ho, zna się na tych numerach. Powiedziała, że dla Kaśki swego stanowiska ryzykować nie będzie. No, chyba żeby Kaśka znalazła sposób na osłodzenie jej strachu i.... (Moja interwencja i dwa maleńkie słówka: szantaż i policja - szybko i skutecznie wyleczyły ją z tego strachu.)
Nie było innej rady. Wzięłam urlop z pracy, wprowadziłam się do Kaśki. Codziennie rano czyhałam w hallu na listonosza. Otwierałam i sortowałam te sterty. Po przekroczeniu czterech setek - przestałam liczyć. Analiza stempli pocztowych wskazywała na to, że listy nadchodzą tylko z Warszawy i okolicy. Czy to Jarek w najlepszych intencjach chciał się jej przysłużyć (przysługa iście niedźwiedzia), czy też jakaś krajowa gazeta, ażeby uatrakcyjnić swoje szpalty, przedrukowywała zagraniczne ogłoszenia, na których figurował "egzotyczny" adres - tego nigdy nie rozszyfrowałyśmy.
Połowa listów pochodziła od kobiet. Źony alkoholików z tuzinem dzieci, błagały o wsparcie. Stare kobiety przysyłały święte obrazki, błogosławiły i też prosiły o pomoc. O lekarstwa, okulary, używaną odzież. Płakać mi się chciało. Aż mamusia Robercika poprosiła o wózek składany. Granatowy, z baldachimem. Odechciało mi się płakać kiedy po paru tygodniach nadszedł drugi list, który zaczynał się od słów: "Co ty sobie stara k...myślisz? Ile można czekać? Robercik jest coraz cięższy, my na czwartym piętrze, a windy nie ma."
Pozostałe listy były od panów w wieku od 17 do 71 lat. Za wyjątkiem chłopaka, lat 15, który za pozwoleniem mamy (pewnie młodszej od Kaśki) zgadza się na ożenek, pod warunkiem, że zaraz dostanie komputer. Były fotografie własne, rodziny, kopie dyplomów, suszone kwiaty, akty zejść małżonek. Jeden pan napisał, że jeśli Kaśka nie lubi pozycji 16 Kamasutry, to on przeprasza, ale nie jest zainteresowany. Poleciałam do biblioteki. Kamasutra była, pozycji 16 nie było. (Czyżby polskie wydanie było bardziej figlarne?) Inny pan chętnie by się tutaj przeniósł ale tylko ze swoją byłą żoną. Matematyk może? Amator geometrii w ogólności, a trójkątów w szczególności?
Z tych setek listów wyłowiłam tylko cztery, napisane względnie gramatycznie i ortograficznie. Sama na nie odpisałam, bo Kaśka umyła ręce i nie chciała dłużej o tych listach słyszeć. Wszyscy czterej panowie odpisali wprawdzie, ale bez większego entuzjazmu. Widocznie brak własnego domu i conajmniej Cadillaca, poważnie ostudził ich zapały. Powoli, powoli - matrymonialna chała dobiegła jednak końca i, z uczuciem wielkiej ulgi, mogłam wreszcie powrócić do własnych, domowych pieleszy.
Ale swoje osiągnęłam! Kaśka jakoś poweselała. Rozjaśniła sobie włosy i dała obciąć modnie. Wróciła do minispódniczek. Jęła chodzić na aerobik. Rozpoczęła jogging. Zaczęła chodzić ze mną do klubu na sportowego brydża. Zapisała się na kurs "autocadu", porobiła nowe znajomości.
Aż w pewną niedzielę, jak grom z jasnego nieba, na nasz cotygodniowy brunch u Chińczyka przyprowadziła... Jacka. Kolega jeszcze ze studiów. Przedwczoraj wrócił z Polski i przywiózł jej paczkę ze starymi fotografiami od kuzynki. Przyszedł na 15 minut a został na 15 godzin. Patrzyli na siebie jak dwa wygłodniałe psy (rasowe oczywiście), Dyszący, błyszczące oczy, prawie wilgotne nosy. Tyle, że nikt przy stole ogonem nie merdał. Szybko się zmyłam. Poczułam się zbyteczna, ale jakże radosna! Oby to tylko potrwało! Wychodząc, spojrzałam na nich pożegnalnie. Good bye Lady, good bye Tramp! Kochajcie się i bądźcie szczęśliwi!
No i są. Byłam "Matron of Honour" na ich ślubie. Niestety nie widuję ich za często. Mieszkają daleko. Jacek jest inżynierem-leśnikiem i prowadzi jakieś badania na północy. Stale mnie do siebie zapraszają, w sezonie kuszą zatrzęsieniem jagód i grzybów. Pewnie kiedyś zaliczę wyprawę w ich dzicz, ale nie w tym roku. Za to często wisimy na telefonie, szczególnie odkąd dzięki kartom telefonicznym, rozmowy międzymiastowe stały się tanie jak barszcz. Kaśka jest ciągle nieprzytomnie zakochana i szczęśliwa. Mówi, że piecze chleb i uprawia jarzyny w ogródku. Bez pestycydów. Eksperymentuje w kuchni. Nauczyła się suszyć kwiaty. Maluje obrazy. Odkryła w sobie wiele nowych talentów, o których istnieniu nie miała pojęcia.
Patrzę na nich z prawdziwą przyjemnością. I czułością. Są żywym dowodem, że rację miał Owidiusz kiedy napisał: "Być zakochanym - to być szalonym przy zdrowych zmysłach". Ona trochę przytyła, on trochę posiwiał. Ale patrzą na siebie ciągle jak ta Lady i Tramp. Ciągle siebie żądni, ciągle zakochani....
(Którego to uczucia z całego serca życzę wszystkim Czytelnikom. W dzień i w nocy. Dzisiaj, jutro, zawsze!)