JAK
ZNAM ŻYCIE… ZAPOMNICIE
Masową
histerią spowodowany, od kilku lat tematem dyżurnym Kanady jest
”zamach” prywatnego sektora medycznego, na naszą świętość
narodową. Na naszą dumę. Na przedmiot zawiści USA i co
najmniej połowy świata. Obiektem ataku jest nasza państwowa, bezpłatna
służba zdrowia.
Prasa
ciągle hasa. Dramatyzuje i histeryzuje! Zaś nasz prowincjonalny rząd
chętnym okiem spoziera na liczne listy do redakcji i nie ukrywa zadowolenia
z polemik w radio i TV. Bowiem rząd zyskuje na tym podwójnie. Po pierwsze
- znowu ludziom wpędza się szczura do brzucha i straszy ”prywatnym
leczeniem” (wartka woda na młyn premiera Ontario), a po drugie - im
bardziej obywatele będą tą sprawą zaabsorbowani, tym mniej
uwagi będą poświęcać naszej śmiertelnie chorej
sytuacji gospodarczej. Lub śledzić polityczne skandale na szczycie.
Najtęższe
pióra polonijne, wszystkie nasze ”grube ryby”, na łamach swoich pism
dawno wypowiedziały się na ten temat. Zrobiło mi się smutno,
że nikt dotąd nie poznał mojego zdania. Bo je mam. A jakże!
Jest to zdanie płotki wprawdzie, ale za to z babską główką.
Znaczy się, na karku. Toteż do tej rzeki słów, pozwalam sobie
dolać także i moje trzy grosze.
A
o co w ogóle chodzi? Chodzi o to, że jeden facet w Quebeku (nazwisko nie
jest istotne) decyzją Sądu Najwyższego wygrał prawo do
wykupienia sobie zdrowotnej polisy ubezpieczeniowej. Polisy uprawniającej
go do korzystania z prywatnej, czyli odpłatnej, opieki lekarskiej. Rzecz,
zdałoby się w Kanadzie niesłychana. Czyżby? Ale o tym za
chwilę. Na razie zrobił się szum. Rejwach. Panika. Co to będzie,
co to będzie?!
Ano,
mam nadzieję, że dobrze będzie. Najwyższy czas, ażeby
wprowadzić zmiany do archaicznej procedury, na mocy której, rządowa
biurokracja trzyma za mordę przepracowaną służbę
zdrowia, której darmowe usługi należą się każdemu.
Najwyższy czas, ażeby pojęto, że tak dalej być nie może.
Ludzie umierają, czekając miesiącami na podstawowe badania. I
najwyższy czas, ażeby obok państwowej, darmowej, mogła
egzystować, i to nawet w idealnej symbiozie, prywatna służba
zdrowia.
I
niech mi nikt nie powie, że to nie jest możliwe. Ja akurat mam skalę
porównawczą. Pochodzę z kraju, który zaraz po wojnie, jako pierwszy
na Zachodzie, wprowadził bezpłatną opiekę lekarską dla
wszystkich obywateli. W Wielkiej Brytanii, National
Health Scheme (NHS) do dnia dzisiejszego sprawnie sobie poczyna, oferując
o niebo szerszy zakres usług, aniżeli OHIP’owi się kiedykolwiek
śniło. Co nie przeszkadza, że równolegle, oferują też
swe usługi (tym, których na to finansowo stać) PRYWATNE firmy
medyczne. Ja też byłam członkiem jednej z nich, zanim wyemigrowałam
do Kanady. Te instytucje dysponują własnym pogotowiem, karetkami, własnymi
szpitalami, świetnym personelem. Mają własne laboratoria;
najnowszą diagnostyczną aparaturę. Oferują luksusowe warunki
leczenia i pobytu w szpitalu. I, co najważniejsze – na nic się nie
czeka!
W
innych prowincjach Kanady, jak grzyby po deszczu wyrastają prywatne
lecznice, lecz w Ontario (oprócz plastycznych) ciągle istnieje zakaz.
Dlaczego? Proste. Polityka. Ciągle nam się wmawia, jak zdrowemu chorobę
(bardzo to a propos, prawda?), że dwupoziomowy system zdrowotny będzie
faworyzował bogaczy a biednych będzie ignorował. I ludzie w to
wierzą.
Czyżby
doprawdy nie wiedzieli, że odkąd świat światem – zawsze
istniał podział na biednych i bogatych? I tak jak syty głodnego
nigdy nie zrozumie, bogatemu ani się śni cierpieć dla
politycznych haseł. Gdyby pan premier lub któryś z jego kolesiów,
miał biodro do wymiany, czy zapisałby się na ”waiting list” i
czekałby, w bólu, na operację ponad rok? Tak jak ja czekałam? A
gu..zik prawda! Jeśli on, lub ktoś z jego rodziny, nie dotarłby
na czas do elitarnego, rządowego szpitala w Ottawie (tak, tak, politycy mają
tam ekskluzywny, wyśmienicie wyposażony własny szpital), to już
jechałby, pewnie służbową limuzyną, do USA. Lub leciałby
do Londynu, na sławną Harley Street.
W
ogóle, w całym tym zdrowotnym interesie jest jakieś potworne matactwo
i hipokryzja. Albowiem ”prywatne leczenie” jest od dawna u nas dostępne
i świetnie prosperuje. Tyle tylko, że nie dla wszystkich. I trochę
inaczej się nazywa. No, bo czym innym są ”benefity” (o które
wszyscy tak zabiegają), jeśli nie prywatą?
Dlaczego
pan Jarek Psipsiński, który pracuje w banku i ma ”benefity”,
może leczyć siebie i rodzinę prywatnie? Poza podstawowym
leczeniem, może leczyć zęby, oczy, sprawiać okulary, wkładki
do butów, korzystać z usług terapeutycznych, poddawać się
masażom leczniczym i otrzymywać zwrot za leki. Ale jego brat, Darek
Psipsiński, który pracuje w budownictwie, nie może. Czy to nie jest
aby owo dwupoziomowe leczenie, przed którym, rzekomo w naszej obronie, tak
bohatersko chroni nas rząd?
Dlatego
ja najchętniej widziałabym w każdej dzielnicy, chociaż jedną
prywatną lecznicę. Gdzie leczyliby się ”benefitowcy” i ludzie
skłonni zapłacić za leczenie z własnej kieszeni. Powstałyby
nowe miejsca pracy. Tysiące ludzi znalazłoby zatrudnienie. Nie trzeba
by było jechać do USA i tam zostawiać nasze pieniądze. Pieniądze
u nas wydane, wróciłyby do NASZEJ ekonomii. Nie wspominając już
o rzeszy mniej cierpiących i szybciej wyleczonych pacjentów.
Mój
przyjaciel, kiedy usłyszał, że ja mam takie niezdrowe przekonania,
zaraz powiedział: ”żadne takie! Jeśli prywata zbuduje te
kliniki, to podbierze nam także najlepszych lekarzy i najlepsze pielęgniarki.”
A ja na to: ”no i co w tym nowego? Jaka różnica czy podbierze kanadyjska
prywata czy szpitale w USA? Wszak jest tajemnicą poliszynela, że
absolwenci naszych uniwersytetów, natychmiast po otrzymaniu dyplomu pryskają
na Południe, do ”wielkiego brata”. My ich kształcimy, USA z nich
korzysta. Dlaczego nie? Skoro pieczone gołąbki same im wpadają do
gębki? C’est la vie!” Może teraz to się zmieni, bo kryzys
gospodarczy i recesja w obu krajach chwilowo nas zrównały, ale na jak długo?
Kto
by leczył się prywatnie, zwolniłby miejsce w poczekalni lekarza,
który leczy szaraków. Tych, którzy ”benefitów” nie posiadają. Czyli
70% ludności. Może wtedy twardogłowi byliby wreszcie zmuszeni
dopuścić lekarzy z innych krajów, do wykonywania pracy w ich zawodzie.
Jeśli nie od razu (z pełnymi honorami) w przychodni za rogiem – to
niechby im pozwolili praktykować na terenach wiejskich. Tam w ogóle nie ma
lekarzy! Ludzie umierają z powodu bzdurnej polityki. Zgoda, że ci
lekarze, na początek byliby czymś w rodzaju felczera, ale lepszy rydz
niż nic!
Każdy
chory, który właśnie otrzymał niekorzystną (mówiąc
oględnie) diagnozę, wie instynktownie, że czas jest panem jego
życia i śmierci. Od CZASU wszystko zależy! Na tamtym świecie,
pieniędzy nie potrzeba. Ale jeśli na tym świecie, pieniądze
mogą opłacić natychmiastowe badania diagnostyczne w formie CTscan,
Jako
ciekawostkę podaję, że z PET korzysta już pół
cywilizowanego świata. Także inne prowincje Kanady. Ale u nas coś
szwankuje. Ontario posiada 7 takich urządzeń (rzekomo ciągle na
etapie badawczym) i, jak dotąd, skorzystało z nich aż… 150 osób
(sic!) Pieczę nad nimi sprawuje oczywiście OHIP. Test kosztuje około
C$2.000, więc aparaturę w zasadzie pokrywa kurz. Chorzy zmuszeni są
do wyjazdu zagranicę, gdzie płacą US$4.000, ale za to, za kilka
godzin mają wyniki w ręku. Mała cena za życie!
Dlatego
bardzo się cieszę, że dzięki temu panu z Quebeku, może
wkrótce Darek Psipsiński i tysiące innych ludzi, będzie miało
prawo do prywatnego leczenia. Najwyższy czas!
Bezpłatne
leczenie jest dumą i chlubą Kanady. Bardzo ładnie. Tylko, co z
tego, kiedy ta duma sama teraz choruje. Obłożnie. Jeszcze kilkanaście
lat temu, wiele krajów zazdrościło nam nie tylko wysokiej stopy
życiowej i systemu opieki społecznej (welfare), lecz głównie –
darmowej służby zdrowia. Może właśnie to było
przyczyną, że aż tyle mieszkańców owych krajów zażyczyło
sobie przybyć do Kanady. Aliści napływ milionów nowych obywateli,
służbę zdrowia rozłożył na obie łopatki. I
zaskroniec ma swój koniec.
Świetny satyryk
amerykański, Ogden Nash, napisał:
”I never think about the past. I had one. But it did not last”. Wiadomo.
Nic nie trwa wiecznie. Tylko upór naszego rządu zdaje się być na
wieki. Dzisiaj wszyscy psioczą (i słusznie) na polityków. Ja też
we wszystkim dopatruję się ich winy. Dziwne tylko, że teraz nie
mogę znaleźć nikogo, kto by się przyznał, że na
nich głosował. No to, kto ich wybrał? Bo ja i moi najbliżsi
na pewno nie! Moi przyjaciele nie po to z Polski brykali, ażeby głosować
na liberałów, czyli krypto-socjalistów, teraz już jawnie zezujących
w stronę komunistów. Nasz premier sprawia wrażenie sympatycznego człowieka,
ale, zrozumiale, musi postępować zgodnie z polityką swojej partii.
Politycy
są przyczyną wszystkich naszych nieszczęść. Politycy
rozumują nie tą głową, którą mają na karku, ale tą,
na której siedzą. Swoim idiotycznym postępowaniem doprowadzili do
tego, że stan naszego szpitalnictwa jest tragiczny. Agonalny wręcz.
Kiedyś na wymianę biodra czy kolana, czekało się trzy, góra
cztery miesiące. Teraz czeka się rok i więcej. Na karetkę
– pół godziny. Horrendum!
Jaka
jest prognoza dla nas? Nie wiem. Władze twierdzą, że Kanada
rocznie otwiera swe podwoje tylko dla 250.000 osób. W rzeczywistości,
liczba nowych imigrantów jest dużo wyższa. Nikt nie kontroluje (nie
ma prawa zresztą) ich miejsca osiedlenia. Jest zatem zrozumiałe,
że ci ludzie grawitują do wielkich aglomeracji, gdzie mają
nadzieję znaleźć pracę, mieszkanie, spotkać swoich
pobratymców. To oni są przyczyną naszych gwałtownych zmian
demograficznych.
Napływ
nowych imigrantów spowodował koniunkturę w wielu przemysłach (głównie
budownictwo). Ale spowodował także szalony spadek jakości służby
zdrowa. W innych cywilizowanych krajach, magistraty poszczególnych miast,
wymagają od budowniczych, ubiegających się o licencje na ich
terenie, ażeby na ilość X nowo wybudowanych domów, wybudowali
szkołę. Zaś na XX ilość domów, budynek szpitalny.
Wyposażenia szpitala dokonuje Ministerstwo Zdrowia. U nas o takie
”drobnostki” nikt nie zabiega. Politykom to lata! Oni mają swój
szpital.
Ja
mieszkam w Mississauga. Pod względem populacji, szóstym, największym
mieście Kanady. Kiedy się tu sprowadziłam 20 lat temu, miasto
liczyło 400.000 mieszkańców i miało dwa szpitale. Od tego czasu
wybudowano setki tysięcy nowych domów. Jest nas już blisko milion i
mamy…te same dwa szpitale. Czyżby nikt nie pomyślał o tym,
że w tych nowych domach ktoś zachoruje, zajdzie w ciążę,
ktoś się oparzy, upadnie, będzie miał wypadek? Na pogotowiu
czeka się przeciętnie 6 – 8 godzin. I więcej. Na operacje,
miesiącami. Nie radzę chorować w Mississauga.
Rząd
Federalny zawyżył poprzeczkę dla imigrantów do niesłychanej
wysokości. Wymaga tylu punktów, że się w pale nie mieści.
Żąda wyższego wykształcenia. Znajomości języka
angielskiego (chętnie francuskiego także.) Idealnego wieku.
Optymalnego zdrowia. Nieskazitelnej przeszłości. Cudów – niewidów.
I, o dziwo! – ciągle znajdują się ludzie, którzy potrafią
sprostać tym wymogom. Ale co z tego? Tylko 5% znajduje zatrudnienie w swej
profesji.
Pośród
nowych przybyszy są doświadczeni lekarze, aptekarze, chemicy, fizycy,
położne, pielęgniarki, laboranci. Fachowcy, których kanadyjska służba
zdrowia łaknie jak kania dżdżu. Ale praktykować im nie
pozwala. Nawet po zdaniu egzaminu dopełniającego. Gdzie sens, gdzie
logika?
Moi
polscy przyjaciele (z długim stażem w swych profesjach) też po
kilka lat czekali. Ale się nie doczekali. Więc się przekształcili.
Lekarz dermatolog - otworzyła zakład kosmetyczny. Lekarz –
anestezjolog, jest właścicielką sklepu z witaminami. Lekarz –
neurolog jest technikiem rentgenowskim. Dwaj inżynierowie jeżdżą
po Ameryce jako ”truckerzy”. Chwalą sobie. Nawet gdyby im dzisiaj pracę
w zawodzie umożliwiono, praktykować nie będą. Po co? Są
ustawieni. Teraz IM się nie chce!
Dlaczego
tak jest? Czy ja wiem? Ot, fanaberia prawodawców i inercja wyborców. To
ostatnie jest arcyważne. W ostatnich wyborach prowincjonalnych, mogliśmy
wiele przeforsować. Głosując nogami – mogliśmy wybrać
inną ekipę. Która wprawdzie mniej przed wyborami obiecywała, ale
pewnie więcej by dla nas zrobiła. Komu życie (i leczenie) miłe,
musi to pojąć przed następną elekcją!
Jednego
tylko się obawiam. Ciągle słyszę od czytelników, że
”nie ma na kogo głosować”, więc w wyborach udziału nie
biorą. Jest to wielki błąd taktyczny! Nie głosując –
walkowerem oddajemy władzę tym, którzy nas w to bagno wpakowali.
Wydaje
mi się, że dostatecznie naświetliłam naszą sytuację
zdrowotną. Czy coś zwojowałam? Nie wiem. Możliwe, że
nic. Bo, jak znam życie, do następnych wyborów –zapomnicie. A
szkoda!