Ballada o królu

          Życie jest ciekawe. Lubi dostarczać niespodzianki kiedy się ich najmniej spodziewamy. Ale życia nie należy brać za serio, bo i tak z niego żywi nie wyjdziemy. Toteż – śmiejmy się, kiedy tylko możemy.  Czasami niespodzianki mogą setnie ubawić (acz niekiedy zdenerwować także.) Czasami nawet jedno i drugie naraz. Tak jak ta historia z królem.

          “Balladę” opublikowałam 15 lat temu w nieistniejącym już torontońskim “Echu”, z którym wówczas byłam związana. A potem z niemałym rozbawieniem obserwowałam jak moja ballada, zatacza coraz większe kręgi, jak z mniejszymi lub większymi odchyleniami, ukazuje się w polskiej prasie (abstrahując od moich własnych szpalt) w najmniej spodziewanych miejscach.  Do krajowej  też zawędrowała. Jerzy Wers w swojej książeczce, własną wersję mojej ballady, napisał wierszem. Ba, raz nawet ujrzałam ją po angielsku (nawet nieźle przetłumaczoną). Niedawno napatoczyłam się na nią znowu. Tym razem na internecie. I to w szanującej się krajowej witrynie. Tyle tylko, że tytułowy król, w magiczny sposób zamienił się w psa.  Można i tak. O mnie, oczywiście, ani słowa. Nie egzystuję. Całe szczęście, że ja nie mam pisarskich aspiracji, że bawi mnie to, że bawię innych. I chyba nieźle, skoro mój materiał  od lat tak bez pamięci zrzynają. A oto mój oryginalny tekst:

          “Na czele moich tutaj najbliższych przyjaciół stoi młoda, sympatyczna rodzina - Tomek, Renia i ich dwie córeczki. Oprócz wielkiej przyjaźni łączy nas jeszcze, uzurpowane oczywiście, quasi powinowactwo, bowiem ja, za pozwoleniem obu par rodziców w Polsce, dzielnie im tutaj matkuję.  Ich dzieci, odkąd nauczyły się mówić, nazywają mnie  “babcią Niną”. Poza tą wielką przyjaźnią, która nas łączy, mam w Renacie i Tomku naprawdę oddane i zawsze pomocne “dzieci”, śpieszące mi z pomocą na każde moje wezwanie. Ze wzajemnością zresztą.

          Jeszcze kilka lat temu temu widywaliśmy się prawie codziennie gdyż mieszkali za rogiem, w bloku apartamentowym. Ale wtedy właśnie spadła stopa procentowa i ceny domów zaczęły niebezpiecznie zwyżkować. Wówczas ja sama, jak każda troskliwa kwoka dbająca o swoje stadko,  na własny pohybel,  namówiłam ich ażeby kupili dom. Co też niezwłocznie uczynili. Aliści mając mało pieniędzy ale ciut zawyżone wymagania, swój upragniony objekt znaleźli daleko ode mnie. W innym mieście. Szukali długo i wytrwale, ale za to znaleźli prawdziwe cacko. Tyle, że nawet i tam, na Wygwizdowie. Co znaczy kompletnym, acz uroczym, “Zapupiu”.

          Dom nowiusieńki, prosto z pod igły.  Duży, jasny, śliczny wewnątrz i na zewnątrz. Na kolosalnej działce. Powietrze jest tam tak czyste, że aż dech zapiera. W lecie kwiaty pachną oszołamiająco. Z daleka słychać porykiwanie krów, z bliska bzykanie owadów i kumkanie żabek rezydujących w pobliskim bajorku. Niespotykana sielanka. Idylla u progu XXI-go wieku.

          Po prawej stronie mają bardzo sympatycznych sąsiadów. Po lewej nadal ciągną się pola. Ich, tylko w mikroskopijnej mierze zagospodarowany, ogród-gigant przylega do lasku, w którym w ubiegłym roku zbieraliśmy szlachetne grzyby. (Dzięki Ci Panie Boźe za rdzennie kanadyjskich sąsiadów, którzy gardzą tym “trującym świństwem”!). W myśl kontraktu Tomkowie mają obowiązek w ciągu 3-ch lat postawić parkan. ale narazie im się nie śpieszy. Właściciel gruntu (a zarazem budowniczy objektu) mówi, że jak się tylko odkuje finansowo, to wybuduje jeszcze kilka domów na tych polach po lewej stronie. Do tego czasu, jemu brak parkanu nie przeszkadza. Bardzo dobrze, bo z forsą u Tomków jest chwilowo ciut krucho.

          Kiedy mieszkali w mieście, Tomkom nie wolno było trzymać zwierząt w domu. Wszyscy, łącznie ze mną, bardzo nad tym faktem ubolewali. (Obecnie “Pet Clause” - klauzula zabraniająca trzymanie psów i kotów w budynkach apartamentowych, jest nie tylko zniesiona ale wręcz nielegalna). Ale wtedy była jeszcze w mocy. Własny dom problem zlikwidował. Udaliśmy się zatem komisyjnie do schroniska “Humane Society”, skąd po upływie niecałej godziny wyprowadziliśmy najsympatyczniejszą mordę na świecie. Mamusia mordy musiała być nie tylko bardzo popularna, ale także…..niewierna. W żaden sposób nie dało się ustalić kim (a raczej czym) byli jej liczni tatusiowie, ale całkiem na pewno dominował pośród nich złoty legawiec. Także nie potrafiliśmy zdecydować się jednogłośnie na jakieś fajne, łatwo brzmiące po polsku i po angielsku, imię. Do dnia dzisiejszego nikt z nas nie wymyślił nic “genialnego”; nie znalazł imienia, które aprobowaliby wszyscy. Z tego powodu, wciąż czekając na oficjalne “ochrzczenie”, morda ciągle figuruje prowizorycznie na dokumentach jako: “Pies”. To niby-imię jest nieustającym źródłem radości pana weterynarza, który do znudzenia powtarza ciągle ten sam, przez siebie ukuty frazes: “jakiego rodzaju “pierożkami” jest wasz piesio dzisiaj? “Fruit pies” czy “meat pies”, a może “veggie pies” ha, ha, ha.” Jeśli kiedyś będę miała zły dzień, jeśli się kiedyś dostatecznie wkurzę, to mu wygarnę ażeby się “od…piesił”. I powiem mu, że, jak na człowieka wykształconego, ma cholernie ograniczony wokabularz. I przymierzam się olśnić go synonimami.  Albowiem nie wszystkie “pies” nadają się do konsumpcji.  Tak więc oświecę go, że “pies” to mogą być jeszcze sroki, a “French pies” jest odmianą dzięciołów.  “Pies” są to także monety hinduskie, lub nasz stary, dobry galimatias - w liczbie mnogiej. A “pies in the sky” to odpowiednik naszych gruszek na wierzbie. “Pies” mogą być też druki z pomieszanych czcionek, no i ostatecznie, pasztet. A poza tym, gdzie jest napisane, że pies musi mieć w ogóle jakieś imię? Moja kuzynka w Londynie ma wyjątkowo mądrego, czarnego pudla, który nazywa się “Pooch”. Co po angielsku znaczy po prostu: pies.  I nikt się nie dziwi.  Nikt nie kwestionuje.  Nie muszę dodawać, że ten nasz Pies jest bardzo przez nas wszystkich kochany i nieprzyzwoicie rozpieszczany. Jest tego oczywiście świadomy i odpłaca się jak może. Głównie przysłowiowym psim przywiązaniem, czym przysparza nam wiele radości . No i strzegąc swoich pańciów, niczym ten mityczny cerber.

          Sąsiedzi po prawej stronie, Brenda i David, także parkanu jeszcze nie postawili. Ci sąsiedzi (on nauczyciel, ona urzędniczka bankowa) mają bardzo ciekawe i intratne hobby. Hodują jakąś bardzo rzadką rasę południowo-amerykańskich królików.  I to nie byle jakich  królików. Same czempiony. Każden jeden - złotomedalista.  Ich dumni hodowcy jeden cały pokój przeznaczyli na gabloty i regały z trofeami zdobytymi przez swoich wychowanków. Brenda z dumą pokazuje rozmaite rozetki, statuetki, dyplomy, medale i kopie czeków otrzymanych jako pierwsze nagrody.  Aktualnie ich super czempionem-stachanowcem jest niezmiernie rzadki albinos, biały jak śnieg  “Jason”. Ich króliki nie mieszkają w klatkach, jak inne pospolite kłapouchy. O nie! Ich zwierzaki mieszkają w luksusowym, specjalnie dla nich zbudowanym domku, na końcu ogrodu. Dzieciom Tomków wolno tam zachodzić. Czasem pomagają w ich karmieniu, ale głównie  bawią się z nimi.

          Onegdaj, grubo po północy, zadzwonił telefon. Dobrze, że nie spałam, bo pewnie bym ataku serca ze strachu dostała. Kto dzwoni o tej porze? Tomek, stłumionym głosem, błaga żebym natychmiast przyjechała. “Czy stało się coś złego?” - pytam przerażona. “Tak. I dlatego Ciebie potrzebujemy” - odpowiada Tomek. A, że rozmowa jest long distance, czyli międzymiastowa,  Tomek mówi, że szkoda czasu i pieniędzy, że wnet wszystko i tak będzie jasne. Będę za pół godziny - obiecuję i słowa dotrzymuję.

          Wyskakuję z szlafroka, wskakuję w dres, w biegu łapię torebkę, klucze do samochodu i już po chwili (napluć na radar i ulewę), zasuwam po autostradzie 140 km na godzinę. Z sercem w majtkach, jak burza wpadam do ich domu. “Co się stało?” - krzyczę już od progu. Tomkowie mają jakieś takie głupie, niewyraźne i skrzywione miny.  Jak żyrafa, którą boli gardło.  Bez słowa robią mi herbatę, po czym, ociągając się, referują sprawę.

          Mówią, że, jak zwykle, zaraz po kolacji wypuścili Piesa na jego wieczorne hasanie. Potem oglądali trochę telewizję. Później poszli kąpać dziewczynki przed spaniem. A potem, tak jakoś padli. I, po raz pierwszy im się zdarzyło, że zapomnieli wpuscić Piesa do domu. Dopiero po dłuższym czasie głośne szczekanie uprzytomniło im, że został na dworze. Tomek poleciał wpuścić go ogrodowymi drzwiami. Pies, merdając radośnie ogonem, umorusany po uszy (no, bo ten deszcz) przytargał w pysku coś dużego i równie brudnego.  Z dumą złożył to coś u stóp swego pana, na próżno czekając na pochwałę. W pierwszej chwili Tomek myślał, że to jakaś szmata. Tymczasem Pies, wciąż machając ogonem, patrzył na swego pana ze zdziwieniem, gdyż nie usłyszał sakramentalnego (jak po każdym aportowaniu) “good boy”. Albowiem Tomek skamieniał. Nie potrzeba było dociekliwych oględzin ażeby stwierdzić, że ta bryła błota to...Jason-rekordzista. Bardzo nieżywy! Rozpoznał go nie po brudnym futerku, a po kolczyku w uchu, z jego imieniem i numerem ewidencyjnym. Jezus Maria! Ani chybi to ich dzieci, wybiegając, zostawiły otwarte drzwi do domku króli i...

          Przywołał Renię. Ona też się wystraszyła. Spanikowali. Stąd bez zastanowienia zadzwonili po mnie. Siadamy i kombinujemy. Co robić? Co robić? Tomkowie nie tylko stracą miłych i cenionych sąsiadów ale Brenda na pewno jeszcze zażąda ażeby Piesa uśpić, jako zwierzę niebezpieczne dla otoczenia. A tego ani oni, ani dzieci, ani ja po prostu byśmy nie przeżyli. Chyba przyjdzie się wyprowadzić! Po przeszło godzinie, ciągle jeszcze siedzimy przy kuchennym stole kompletnie załamani ale nic nie potrafimy wymyślić. Pustka w głowach. W końcu ja wychylam się z propozycją,  ażeby rano pójść do Brendy, powiedzieć jej całą prawdę jak na spowiedzi, przeprosić, zaoferować materialną rekompensatę (nawet jeśli to tysiące dolców) i liczyć na jej wspaniałomyślność. Po ich minach widzę, że to rozwiązanie nie trafia im do przekonania. Nie,  to nie.  Po całym dniu pracy i nieprzewidzianej nocnej wycieczce, zaczynam odczuwać zmęczenie. Stwierdzam, że dalsza debata nie ma sensu. Nie przyniesie żadnych rozsądnych rezultatów. Że lepiej będzie kontynuować “konferencję” rano, przespawszy się nad problemem. Po czym zostawiam ich w kuchni i udaję się do gościnnego pokoju na zasłużony spoczynek.

          Ranną ciszę przeszywa potworny krzyk. I szloch. Wyskakuję z łóżka jak z procy i podbiegam do okna. Przed “Maison Croolic” (nasza nazwa) na końcu ich ogrodu, stoi Brenda. Ręce wyciąga przed siebie w histerycznym geście, jakby coś odsuwała. Obok niej stoi David, który trzyma coś w ręku, ale nie widzę co, bo stoi pod kątem. Szybko wskakuję w dres i tak jak stoję, nie umyta ani uczesana, lecę na dół. Przy drzwiach na patio zastaję już Tomka i Renatę podglądających sąsiadów. Dzieci jeszcze nie zeszły. “Pewnie odkryli brak Jasona” - mówię. A Tomek, jakoś tak półgębkiem, mówi, że...”eeee, chyba nie”. “Jak to nie? Nie pojmuję” – mówię.

          I wtedy oni się przyznają, że Renata wczoraj, po moim wyjściu, wpadła na dziki pomysł. Wykąpali Jasona w wannie, wysuszyli suszarką do włosów, pięknie uczesali, po czym Tomek hyc, hyc, myk, myk, przebiegł przez ogrody i cichcem włożył nieboszczyka pomiędzy zaspane króliki. Żebym ja sto lat żyła, nie wpadłabym na taki szatański pomysł!!! Zawodzenie Brendy osiąga crescendo. Choć nie jestem zachwycona tym co się stało, mówię, że na nic się  zda chowanie   głowy w piasek. Trzeba tam iść i jakoś sprawę załatwić. Zamykamy Piesa w suterenie i udajemy się do sąsiadów. Tu okazuje się, że gdyby Tomek nie był inżynierem - byłby wspaniałym aktorem, a jego krajan, Jerzy Stuhr, mógłby nauki u niego pobierać. Patrząc Brendzie bezczelnie w oczy, pyta co się stało. A oni mówią, że Jason nie żyje (to właśnie jego trzyma czule David w swych objęciach). A na to Tomek: “słuchajcie. Wiecie jak jest. Co dla człowieka jest frajdą, rozkoszą, największą życiową przyjemnością, dla królika jest po prostu szarwarkiem. Serce….” “Wiemy, wiemy” – przerywa mu Brenda. Czy ona zwariowała? A Tomek ciągnie dalej: “wiecie, to nie byłby pierwszy przypadek, że królikowi przy tej słodkiej robocie serce wysiadło.” “Tak, tak, oczywiście” – wtóruje i przytakuje skwapliwie Brenda. Jej chyba z żalu szajba odbiła - myślę.  A Tomcio nawija dalej: “pomyślcie tylko ile dał wam szczęścia, ile zaszczytów przysporzył. Przecież on dla was zap....się na śmierć. On wam formalnie swe życie oddał.”

          “Yes. I know, I know” - szlocha Brenda. Jezu! Ja zwariuję! Co ona wygaduje?!  Wtedy odzywa się, milczący dotąd, David: “wiecie, drodzy przyjaciele, my to doskonale sami wiemy. Wszak jesteśmy zawodowymi hodowcami. I dlatego, kiedy wczoraj  Jason zdechł, właśnie w podzięce za te zaszczyty, myśmy go nie obdarli ze skóry jak inne króliki, tylko z wszystkimi honorami pogrzebali o! tam! pod tą brzózką!” - i ręką wskazuje na lasek. “My tylko nie możemy zrozumieć jakim cudem on się znalazł z powrotem w domku. I to na dodatek taki piękny i pachnący. Jak żywy. Jakby miał jechać na kolejną wystawę. My myślimy, że on z jakiegoś  konkretnego powodu zmartwychwstał. Wrócił dlatego, że chce nam coś ważnego przekazać, my tylko nie wiemy co.”

           Że też ja nie mam aparatu fotograficznego pod ręką!  Że na zawsze przepadły miny Tomka i Reni! Tak właśnie musiała wyglądać żona Lota kiedy ją Pan Bóg w słup soli zamienił.  Ale na pewno nie miała takiej bezdennie idiotycznej miny jak oni. Tymczasem Brenda ostrożnie odbiera Jasona z rąk Davida. Z tkliwością bierze go w ramiona, głaszcze, tuli, kołysze i coś cicho szepce w śmiertelnie oklapnięte ucho. Po czym, nagle cała promienna, zwraca się do nas i mówi: “dziękuję wam, przyjaciele, żeście do nas przyszli w tej ciężkiej dla nas chwili. Że, razem z nami, byliście  świadkami tego cudu. Bo nam samym nikt przecież nigdy by w to nie uwierzy!”  No, ja myślę! - kwili moja rozbawiona dusza.

          Brenda i David nie wiedzą, ze ta nasza mała grupka była w tym momencie świadkiem nie jednego ale trzech “cudów” naraz. Ich “cudu”. Cudu, że ja nie zamordowałam Tomków. I cudu, że choć dusiłam się w duszy ze śmiechu, zdołałam się cudem na tyle opanować, ażeby na cały głos nie parsknąć gromkim śmiechem. A nie było to łatwe, oj nie było. A już szczególnie kiedy Tomek, grobowym głosem, wyrażał im głębokie wyrazy ubolewania.

          Ponieważ jestem damą, powstrzymam się od zrelacjonowania epitetów, którymi obdarzyłam Tomków w drodze do ich domu. Przy śniadaniu też nadawałam non-stop. Aż do momentu kiedy Tomek mi przerwał, mówiąc spokojnie: “o co ci właściwie chodzi? Czy myślisz, że oni byliby szczęśliwsi gdyby poznali prawdę? Czy nie lepiej, że oni są teraz cali w skowronkach bo uwierzyli w cud?” Z miejsca się zamknęłam. Miał chłop, w stu procentach, rację.

          W efekcie końcowym nie pozostaje mi właściwie nic innego jak tylko powtórzyć za  bardem, za Szekspirem, że: “wszystko dobrze, co się dobrze kończy.” Nawet Jason dobrze skończył. Teraz, elegancko wypchany przez zawodowego taksidermistę,  jak żywy króluje na przepięknym, puszystym, zielonym dywanie, który to dywan robi za łączkę.  Na ścianie wisi jego wcale nie mały portret (pi razy oko - conajmniej 2 x 1m), gdyż Brenda uznała, że Jason właśnie tego sobie życzył, wracając do nich z zaświatów w całym swym splendorze.

          Po kilku tygodniach Brenda i David zaprosili nas na party. W tym także na inaugurację “jasonowej świątyni”. Goście spędzili w niej pół godziny na wypiciu szampańskiego toastu, na oglądaniu Jasona w całej swej krasie oraz podziwianiu jego portretu. Na pamiątkę tego spotkania, wszyscy otrzymali miniaturkę króliczka z prawdziwego futerka (czyżby po kolegach?)

          A kiedy wychodziliśmy, coś mi nakazało oglądnąć się za siebie. I przysięgnę, że biały kłapouch z figlarnym błyskiem puścił do mnie czerwone perskie oko. Przywidziało mi się? Może tak, a może nie. Na wszelki wypadek pożegnałam go cichym: “cześć Jason - niech ci dywan miękki będzie”! I poleciałam wyprowadzić Piesa na spacer.  Na smyczy!”