ŚIÓDME PRZYKAZANIE: NIE KRADNIJ

 

 

          Mam problem. Nie po raz pierwszy zresztą.  Kiedy dostaję listy czy telefony   z prośbą o pomoc czy poradę, jestem dumna z faktu, że Czytelnicy darzą mnie  takim zaufaniem. I niezmiernie uradowana, jeśli mogę być pomocna. Szczególnie, gdy później okazuje się, że mój wysiłek nie poszedł na marne. Szkoda tylko, że  coraz bardziej rozpowszechniający się trend, psuje mi radochę. Bowiem coraz częściej pojawia się prośba ażeby, wprawdzie jak najrychlej odpowiedzieć ale, broń Boże, nie publikować na  łamach Expressu. ”Bo a nuż ktoś rozpozna”.

          Po angielsku  aż ciśnie się na usta nieco złośliwa uwaga: ”you can’t have your cake and eat it” czyli ”albo – albo”.  No bo niby skąd ja mam czerpać tematy?! Jeśli miałyby pozostać tajemnicą pomiędzy mną a piszącymi, nikt się o nich nie dowie, i tym samym - nikt więcej nie skorzysta z moich porad. Prośba o indywidualną  odpowiedź, nawet załączenie ofrankowanej koperty, wcale mnie nie urządza. Ja nie mam czasu na prywatną korespondencję. (Jakby na urągowisko, pewien pan zarzucił mi niedawno, że przywłaszczyłam sobie jego znaczek, za aż...całe 49 centów (sic!). Odpowiedziałam bowiem na jego list telefonicznie. Ów pan albo nie miał akurat ”myślowego” dnia, lub może nie jest rzeczywiście świadomy, że znalezienie jego numeru telefonu poprzez ”listing” czyli informację, kosztowało mnie prawie dwa razy więcej. Nie redakcję, podkreślam. Mnie osobiście.)

          Ja rozumiem, że czytelnicy pisząc do mnie w sprawach kompromitujących, obawiają się, że ktoś ich może rozszyfrować. Nie ma sprawy. Wystarczy tylko  to nadmienić. Wtedy po prostu nie podaję ani inicjałów ani miejsca zamieszkania korespondenta. Przecież nie dane osobiste piszącego są istotne, tylko problem, który może dotyczyć wielu. Tak jak w dzisiejszym przypadku:

          Pani Nino! Spotkało mnie coś strasznego! Nie potrafię się z tym uporać! Niech mi pani pomoże. Postaram się dokładnie opisać przebieg wypadków. Robiłam tygodniowe zakupy w supermarkecie (w tym miejscu podana jest nazwa i adres giganta spożywczego, z filią w każdej dzielnicy. Przyp.mój)  Popychałam przed sobą firmowy wózek, a na jego podwyższonej, metalowej półeczce leżała moja otwarta torba. Otwarta, bo miałam katar i co chwilę sięgałam po papierową chusteczkę.  

Mam zwyczaj tylko szklane słoiki umieszczać w wózku pojedyńczo i bardzo ostrożnie. Puszki i pudełka z mniejszą pieczołowitością. Inne, miękkie opakowania i torebki, sery, wędliny, jarzyny i owoce po prostu wrzucam  przed siebie. Ot, jak popadnie. W tym dniu kupiłam także tabliczkę czekolady dla córki. Wózek był prawie pełny, kiedy dotarłam do kasy. Zapłaciłam czekiem (chociaż, o ironio losu! – mam ich kartę ”cenionego klienta”),  wyprowadziłam wózek ze sklepu i skierowałam się na  parking. Ale do auta już nie dotarłam. W połowie drogi zatrzymała mnie młoda kobieta. Pokazała legitymację i powiedziała, że jest sklepowym detektywem. I, że oskarża mnie o to, że ukradłam, wynoszę nieprawnie ze sklepu czekoladę wartości...99c i, że za nią nie zapłaciłam.  Mnie, która przed chwilą uiściła rachunek na 138 dolarów! Powiedziałam jej, że faktycznie czekoladę dzisiaj kupiłam i na pewno znajdzie się w którejś z torb. Pani detektyw zażądała, ażebym z nią natychmiast wróciła do sklepu. Po czym przeparadowała mnie na oczach obsługi i kupujących (w tym kilku sąsiadów z naszego budynku) do jej biura. Tam wysypała na biurko zawartość moich torb (a było ich wiele), porównała każdy artykuł z rachunkiem. Byłam zła ale spokojna. Wtedy ona wyrwała mi z ręki torebkę i z okrzykiem triumfu, wyciągnęła z niej tabliczkę czekolady. Zamarłam z przerażenia. Na nic się zdało moje tłumaczenie, że wrzucając czekoladę na stos innych zakupów, po prostu – chybiłam. Że czekolada zamiast wylądować w wózku, wpadła do mojej torebki. Usiłowałam wytłumaczyć jej na logikę, że jak się płaci rachunek na ponad sto dolarów, kto by ”robił  oszczędności” rzędu 99c? Nawet mnie nie słuchała. Telefonicznie wezwała policję. Po pół godzinie czekania (która mnie wydała się wiecznością) przyjechał wóz policyjny. Policjant też sprawdził zawartość mojej torebki. Sprawdził mój portfel. Moje dokumenty. Począł zadawać dziesiątki pytań. Między innymi: ”czy ja już gdzieś indziej kradłam? Czy byłam uprzednio karana?”, etc. Usiłowałam go przekonać, że zaszło straszne nieporozumienie, ale on mnie wcale nie słuchał. Słuchał i spisywał wyłącznie wypowiedzi tej detektywki. Po tem gdzieś dzwonił i z widoczną niechęcią przyznał, że nie jestem nigdzie notowana. Spisali ze mną protokół (czekoladę zatrzymali jako dowód rzeczowy), kazali podpisać papier, że przyznaję się do winy (jakiej znowu winy?!), uprzedzili, że będę wezwana do sądu i dopiero wtedy pozwolili opuścić sklep.

Do wczoraj żyliśmy w potwornych nerwach. Każdy dzwonek do drzwi mógł oznaczać aresztowanie. Ale wczoraj dostałam pismo z jakiegoś biura, które określa siebie mianem: ”debt collectors”. Informują mnie, że są legalnie upoważnieni do reprezentowania tego koncernu spożywczego. Że w związku z kradzieżą tabliczki czekolady w dniu takim a takim, dają mi prawo wyboru. Mogę optować za pójściem do sądu i bronić się na własną rękę lub mogę im zwrócić poniesione koszty w wysokości $499.50 (plus podatek), co zniesie konieczność postępowania sądowego. Przy sposobności, zawiadamiają mnie ”uprzejmie”, że bez względu na obraną opcję, odtąd nie mam prawa korzystania z ich sklepów, jako, że w ich rejestrze będę zawsze figurowała jako ”persona non grata”.

Uważam, że jest to bezczelność, straszenie i szantażowanie ludzi. Ja niczego nie ukradłam. A jednak, bez udowodnienia winy, jestem napiętnowana. Nie wiem czy iść do sądu czy nie. Jesteśmy w trakcie kupowania domu. Nie wiemy czy ta historia zaważy na naszym ”credit rating”. Naszego adwokata nie chcę o to pytać, ażeby nie sprawić na nim złego wrażenia. Jeśli pójdę do sądu, jakie ja mam szanse przeciw policjantowi i detektywowi? Sumę ponad $500 uważamy za rozbój w biały dzień. Za co? Za napisanie jednego listu? A nam tej chwili każdy grosz jest tak bardzo  potrzebny!

Czy Pani mi wierzy? Czy Pani wie i może mnie poinformować jak dalej wygląda ta procedura? Co mnie jeszcze może od nich spotkać? Jak mi Pani radzii postąpić? Uprzejmie proszę o natychmiastową odpowiedź, gdyż ja mam tylko 28 dni  na podjęcie konkretnej decyzji. Z góry dziękuję......

Hmm...I co Pani z tego przyjdzie, jeśli napiszę, że ja Pani wierzę? Wszak to tylko moje słowa. Z tym siódmym przykazaniem ludzie mają problemy od zarania świata. Od prababci Ewy, która podsmytrała jabłko. I znowu potwierdza się stare porzekadło, że każdy medal ma TRZY strony. Niemożliwe? Możliwe, możliwe. Chodzi o Pani wersję, ich wersję i...fakty. A fakty przemawiają przeciwko Pani. Ludzie ciągle jeszcze zwracają za mało uwagi na ukryte kamery. Zapewniam Panią, że oni mają każdy Pani krok, każdy ruch i gest, utrwalony na kasecie video (bez tego bezsprzecznego dowodu nie ryzykowaliby zatrzymania Pani. Z obawy o kontr-pozew). I dzięki tej taśmie, w sądzie z łatwością dowiodą, że Pani czekoladę włożyła a nie wrzuciła do torby. To, że Pani w tym dniu wydała u nich znaczną kwotę – nie jest okolicznością łagodzącą. Nawet milionerom czasem szajba odbija i robią ”chińskie oszczędności” (a może właśnie dlatego są milionerami?!) Na przykład, w czasie zakupów wypijają colę, pustą puszkę odstawiają na półkę, po czym są niemile zdziwieni, kiedy ich nagle zatrzymują. Panią oczywiście najbardziej pogrąża fakt, że Pani podpisała ”cyrograf”. Ja wiem, że Pani w tym momencie, w nerwach,  pewnie i wyrok śmierci na siebie by podpisała, byle tylko móc się stamtąd wyrwać. Ale papier jest papierem. W sądzie będzie nieodpartym dowodem przeciwko Pani. I tylko on się będzie liczył!

Suma, którą żądają, nie wydaje mi się astronomiczna. Zaporowa raczej. Podejrzewam, że chodzi głównie o danie nauczki, której nikt do końca życia już nie zapomni. Pani też będzie teraz w innych sklepach bardziej ostrożna, prawda? Trzeba zrozumieć, że jeśli każda osoba, przewijająca się przez sieć ich licznych sklepów, uszczupli ich stan posiadania o jedyne 99 centów – łatwo wyliczyć, że ich straty zamykają się w granicach kilku tysięcy dolarów dziennie.

Szantażu też się w tym nie dopatruję. Przypuszczalnie jest to ich stardardowa stawka, bez wględu na to czy chodzi o 99 centów, czy 99 dolarów. W jakiś sposób muszą sobie odbić straty. Zatrudnienie detektywa, ewentualne koszty adwokackie i sądowe, honorarium firmy ściągającej długi – to wszystko kosztuje. Aby poniesione straty choć częściowo sobie powetować, zostaną one natychmiast wkomponowane w ceny pozostałych artykułów. W rezultacie, my wszyscy jesteśmy zmuszeni płacić za zapomnienie, za pomyłki czy brak celu, innych kupujących. 

Niedawno dostałam pilny telefon od pana, który miał takie dziwne hobby, że podmieniał nalepki z cenami. Z droższego artykułu, na tańszy, oczywiście. Przyłapali go na tym. Ale jego z miejsca aresztowali. W efekcie, wylądował w kiciu w pełnej krasie aresztanta. Fotografia z numerem, kajdanki, pobrane odciski palców, pomarańczowe ”ubabranko”. Dlaczego? Dlatego, że jego oskarżyła policja za chęć oszustwa (”intention to defraud”), a nie sklep, który policję wezwał. Nie dość, że zapłacił $1350 kary, ale teraz ma także trwały ślad na policji, czyli ”criminal record”.  Dobrze, że od dawna ma już w kieszeni paszport kanadyjski, gdyż teraz nigdy by go już nie dostał. Ani wizy do USA. Nie mniej, z otrzymaniem kredytu, czy ze znalezieniem odpowiedzialnej pracy, będzie miał poważne problemy. Temu panu porady nie udzieliłam, bo mnie wkurzył. Formalnie się tym wyczynem chełpił. Śmiał się. A niech się dalej chwali. Byle nie mnie. Następny numer będzie go kosztować kilka lat więzienia (recydywa +  wartość przedmiotu). Ja więzieniu jestem bardzo przeciwna. Z jakiej racji moje podatki mają utrzymywać w tutejszych, ”hiltonowskich” prawie, kryminałach, takie gagatki jak on?! Dlaczego tutaj nie ma przymusowej pracy dla aresztantów?!

Ja nie mogę, nie mam prawa Pani doradzać jak Pani ma postąpić. Jest to za wielka odpowiedzialność. Sami z mężem musicie to rozpatrzyć i zadecydować. Ja mogę Pani tylko podpowiedzieć, co ja bym zrobiła na Pani miejscu (aczkolwiek nie widzę siebie w tej sytuacji).  Pani jest w o niebo lepszym położeniu (od tego pana), przez to, że dali Pani alternatywę. Mimo, że Pani  uważa się za niewinną, na Pani miejscu, skorzystałabym z tej niespodziewanie otwartej furtki. (Pewnie zatłoczone sądy okazały się Pani zbawieniem.) Im chodzi wyłącznie o pieniądze. Więc jeśli Pani zapłaci żądaną sumę szybko i bez szemrania, nigdzie (poza tym sklepem), nie będzie Pani notowana.

W myśl przepisów ”Kodeksu Karnego Kanady” (Canadian Criminal Code)  wykryte przypadki kradzieży, na ogół znajdują swój epilog na sali sądowej.  Pani miała fart. W Pani przypadku: nie było rozprawy. Pani nie została skazana. Ergo - nie ma ”criminal record”. Jeśli nawet gdzieś jakiś ślad pozostanie, nie może być oficjalnie przeciwko Pani użyty.  TO jest warte wszystkie pieniądze tego świata, a co dopiero $500!

Ja swoje napisałam. Pani zrobi jak uważa. Spokój ducha, proszę Pani, to jest coś, o czym nie myślimy ani zauważamy – gdy jest. Zupełnie jak ze zdrowiem. Ale, o dolo, jak ciężko, z jakim trudem i wciąż pod górkę się żyje – kiedy go zabraknie.  O tym proszę pamiętać przy podejmowaniu decyzji. Good luck!