WLAZŁ KOTEK NA PŁOTEK…
Treścią tego listu dzielę się z
czytelnikami nie bez kozery. Zawiera bowiem smutny morał. Autorką
jest p. Grażyna G. z Milton:
Wspólnie z przyjaciółmi (razem 8 osób) wynajęliśmy
śliczny domek letniskowy na północ od Perry Sound, na okres
3‑ch tygodni. Cudowna okolica, czyste jezioro, piękna plaża,
wszelkie wygody. I, jak Pani wie, nawet pogoda szaleńczo nam dopisała.
A jednak ja miałam zepsute wakacje i to na dodatek z mojej własnej
winy.
Otóż od razu, już w pierwszy wieczór, na
werandę wdrapał się potwornie zabiedzony, wychudzony do niemożliwości,
malutki kotek. Akurat układałam prowianty w lodówce, więc dałam
mu się napić trochę mleka. Wychłeptał łapczywie
i nie ruszał się z miejsca. No to dałam mu jeszcze kilka
plasterków kiełbasy. Spałaszował w sekundę. Głosy
nadchodzących przyjaciół go spłoszyły. Wtedy uciekł.
Ale po kilku godzinach wrócił. Dałam mu znowu trochę mleka.
Nazajutrz już o godzinie 6‑tej rano siedział na werandzie i
miauczał w niebogłosy. Przestał dopiero, kiedy go nakarmiłam.
Przyjaciele i mąż, zgodnym chórkiem, usilnie starali się mi to dokarmianie kotka wyperswadować, tłumacząc, że nie powinnam tego robić. Jest mały i słodki, ale dziki. Że karmiąc go, “sierściuszka” od siebie uzależnię. A przecież my będziemy tutaj zaledwie tylko kilka tygodni. Słowa słyszałam. Słowa rozumiałam. Na dnie duszy wiedziałam, że oni mają rację. Ale kotek był wciąż głodny. Jak ja miałam na to błagalne spojrzenie nie reagować?
Odtąd, co drugi dzień, zamiast leżeć
nad wodą, opalać się i odpoczywać, jeździłam do
pobliskiego miasteczka po kocie żarło, bo do resztek po rybach, które
złowili nasi panowie (wszyscy zapaleni wędkarze), kotek jakoś
dziwnie się nie kwapił. Trzy razy dziennie mógł mi znakomicie
służyć jako zegarek. Po prostu wdrapywał się na
werandę, siadał na jej brzeżku i cierpliwie czekał na pożywienie.
Pani Nino! Ja nie przesadzam. On naprawdę z dnia na
dzień rósł w oczach. Przestał być szkieletem. Przybrał
na wadze. Wypiękniał. Jego futerko nabrało połysku. Nawet
jakoś inaczej się poruszał.
Naraziłam się reszcie towarzystwa, bo odmawiałam
udziału w wycieczkach po okolicy. Co bym zresztą zaliczyła?
Inne jeziora? Parę innych lasów? A tak, przynajmniej kotek nie chodził
głodny. Już się oswoił i nawet pozwalał się głaskać.
Mruczał przy tym rozkosznie. Nikt z moich przyjaciół nie okazywał
zrozumienia dla biednego zwierzaka. Zaczęli mi dokuczać, ośmieszać,
miauczeć przeraźliwie (szczególnie po paru piwach) i wołać
na mnie nie po imieniu, lecz: hej, kocia mama – zrób to, czy podaj tamto.
Przykro mi przyznać, ale nawet mój mąż dzielnie im w tym
sekundował.
W dniu odjazdu, już od samego rana ryczałam jak
bóbr. Gdyby nie fakt, że mieszkamy w wynajętym mieszkaniu (w bloku)
i oboje pracujemy cały dzień poza domem ‑ wzięłabym
go ze sobą. Patrzyłam przez okno. Kotek siedział na werandzie
skulony, bez ruchu, nawet nie spojrzał w stronę pokarmu, który mu
zostawiłam (w większej zresztą ilości.) I tylko patrzył
na mnie. Z takim potwornym wyrzutem w oczach. Ja tego spojrzenia do końca
życia nie zapomnę.
Mój mąż mówi, że ma tego gadania dosyć. Że to skrajna histeria z mojej strony. Że wszyscy mnie uprzedzali, ażebym się kotem nie zajmowała. I żąda ażebym wreszcie przestała o nim mówić do znudzenia, bo to nie ma najmniejszego sensu. A tymczasem ja bezustannie o nim rozmyślam. Co z nim będzie? Czy ludzie, którzy domek po nas wynajęli, będą chcieli go karmić? A co z nim będzie w zimie? Jak on sobie da radę? Czy przeżyje?
Pani Nino! Teraz, po kilku tygodniach, zrozumiałam,
że faktycznie popełniłam błąd. Nie powinnam była
aż tak bardzo się angażować. Proszę niech Pani
napisze, ażeby ludzie na wakacjach nie karmili obcych zwierząt. Bo
przy odjeździe, za jednym zamachem sobie i zwierzakom będą
serce łamać. Ja ciągle sobie jeszcze miejsca znaleźć
nie mogę. Ja tak bardzo kocham zwierzęta! Chciałam abyśmy
tam podskoczyli na kolejny długi weekend, ale mąż stanowczo odmówił.
Teraz myślę, że może i dobrze zrobił, bo jak bym
kotka nie znalazła, to bym chyba zwariowała.....
Hola, hola! Nie tak łatwo się wariuje.
Wariowanie niech Pani sobie zostawi na prawdziwie dramatyczne sytuacje. Nie
wolno przesadzać! Pani list jest rzewny, smutny i rzeczywiście serce
łamiący. Ale jest także w jakiś sposób pocieszający.
Bo ukazuje, że w tym zmaterializowanym, znieczulonym na biedę (ludzi
i zwierząt) świecie, nastawionym wyłącznie tylko na ja,
mnie i moje ‑ są jeszcze dobrzy ludzie, którzy zamartwiają
się losem bezdomnego zwierzęcia. Aż się prosi powtórzyć
oklepany frazes, że ”odkąd znam ludzi ‑ tym bardziej kocham
zwierzęta”. W tym twierdzeniu jest wielka mądrość. Dużo
większa, aniżeli tylko same słowa. Nie wiem dlaczego. Czyżby
dlatego, że tylko zwierzę potrafi być bezgranicznie oddane? Tak
szalenie wierne? Takie ufne. I takie bezbronne! No, ale skończmy z tą
filozofią. Po co dolewać oliwę do ognia?
W Pani przypadku trudno jest Panią pocieszyć, bo
wszystko, co mogę napisać będzie dla Pani mową-trawą.
Obie nie mamy żadnych złudzeń, że kotek jeszcze długo
na werandę przychodził, warował, wsłuchiwał się
w pustkę i pewnie miauczał żałośnie. Zanim wreszcie
pojął, że to koniec. Że Pani tam już nie ma. Że
Pani nie wróci. Czym się żywi? O to proszę się nie martwić.
Instynkt samozachowawczy i głód, szybko nauczyły go polować.
Wszak ”dziki” kot (tj. nie domowy) jest zwierzęciem łownym.
Widziałam koty wchodzące do wody, której żywiołowo nie
znoszą, ażeby złowić rybkę. Widziałam koty
czyhające na ptaki i mniejsze zwierzątka. Myszki, chomiki, a nawet
małe wiewiórki. A może ten Pani kotek, teraz już z ludźmi
oswojony, trafił do jakiegoś stale zamieszkałego w tej okolicy
domu i jakaś inna, dobra dusza go przygarnęła? Bądźmy
dobrej myśli.
Proszę się pocieszyć tym, że bez względu
na to, co się teraz z nim dzieje, Pani dała mu najpiękniejsze,
najsmaczniejsze trzy tygodnie jego młodego życia. Tego nikt mu już
nie odbierze. Co się nieborak wtedy najadł - to się najadł.
Jako się rzekło, jest to temat smutny, lecz
cieszę się, że dzięki Pani, został w ogóle poruszony.
Choćby, ku przestrodze innym. Nam się wydaje, że karmiąc
dzikie czy bezpańskie zwierzę, jesteśmy tacy dla niego dobrzy. W
danej chwili – tak, bo zwierzak na tym korzysta. Ale, na dłuższą
metę, my je de facto - krzywdzimy. Albowiem osłabiamy jego instynkt
samozachowawczy. Dajemy fałszywe poczucie bezpieczeństwa i wygody. A
choćby tym, że oferujemy smaczne hamu‑papu, którego sam nie
musi już zdobywać. A to jest wbrew naturze dzikiego zwierzęcia.
Przykład? Na moim osiedlu, bezmyślni sąsiedzi
z naprzeciwka, wbrew radom i obiekcjom pozostałych sąsiadów (ze mną
włącznie), karmili czas jakiś, zdałoby się całkiem
sympatyczną rodzinę szopa-pracza (racoon). W sumie, żywili cztery
wiecznie głodne gęby. Kiedy pojechali na wakacje, obrażona (i
pewnie bardzo głodna) rodzinka, przyzwyczajona już do regularnego
karmienia, wdrapała się na ich dach, stamtąd na poddasze, gdzie
skonsumowała sporą część sufitu z płyty gipsowej
(drywall) i dosyć grubą izolację z pianki (czyżby to
wszystko było aż tak lekkostrawne?) A, że żadne
ubezpieczenie na tym kontynencie nie pokrywa strat poniesionych przez czyny
gryzoni, dobre serce moich sąsiadów kosztowało ich blisko 5 tysięcy
dolarów, ażeby dom wyremontować, doprowadzić z powrotem do
poprzedniego wyglądu.
A może by Pani sprawiła sobie chomika? Kanarka?
Też stworzenia boże. I całodziennej opieki niewymagające.
”Humane Society” ma ich setki do oddania w dobre ręce. Moi polscy
znajomi wzięli stamtąd bajecznie kolorową papugę, po
kanadyjskim marynarzu. Są zachwyceni elokwencją swojej ”Polly”, której
dziób się formalnie nie zamyka. Gada jak najęta. Całe szczęście,
że znajomi nie za bardzo dobrze znają język Szekspira, gdyż
zemdleliby z wrażenia, gdyby zapoznali się z jej wielce urozmaiconym
”repertuarem”. Ja wiem, co ona wygaduje, ale nie zamierzam ich uświadamiać.
Po co psuć ich radość? Czy to papugi wina, że jej poprzedni
pańcio, posługiwał się plugawym językiem? Ale za to
hecnym. Dla mnie w każdym razie…
Ja wiem, że obie te dykteryjki w niczym nie umniejszą
Pani strapienia i częstych myśli o ”osieroconym” kotku. Lecz
życie idzie naprzód. Także Pani. I kotka również. Każdy ma
swoje miejsce na tym świecie. Acz niekoniecznie razem. C’est
la vie!