WIELKI KOPEREK
Długo deliberowałam, o czym by w tym roku napisać na Święta? Ażeby było i inaczej, i świątecznie, i nie nazbyt poważnie. Kiedy już prawie zwątpiłam czy podołam zadaniu, doznałam natchnienia. W najmniej spodziewanym miejscu. Bo w kolejce po wędliny. A, że kolejka była długa jak tasiemiec, miałam mnóstwo czasu na rozmyślanie. Na nieplanowane wspomnienia. Na porównywania.
Lata mijają, temat wyraźnie trąci myszką, a jednak Czytelnicy ciągle jeszcze zdają się lubić te moje wspomnienia z Anglii. Dlaczego? Nie wiem. Może dlatego, że był to inny, po prostu nieznany w Polsce świat? A może dlatego, że jestem już chodzącą historią, acz kronikarzem spraw błahych? Tak! Napiszę o tamtym Londynie. Napiszę o starych dziejach. Napiszę o tamtych ludziach, o tamtym życiu. Udam się w nostalgiczną podróż w przeszłość. Ha! Inspiracja dodała mi skrzydeł.
Ledwie pomyślałam – już leciałam. Duchem. Bo ciałem nadal tkwiłam w kolejce, która zdawała się w ogóle nie posuwać. Zrezygnowana, z pod łba obserwowałam kotłujący się przede mną tłum. Na te coraz wyżej urastające sterty zakupów, niemieszczące się w jednym koszyku. Poczułam się straszliwie zażenowana moimi sprawunkami. Omalże kompleksu się nie nabawiłam. Torebką przykryłam mój koszyk z jego mizerną zawartością. Dwa słoiki barszczu, kilka opakowań mrożonych uszek z grzybami, parę worków z pierogami, jeden makowiec i kawałek mazurka. To wszystko. A jednak zawartość tego koszyka jest ważna. Jest bowiem jedynym polskim akcentem w rodzinnej wigilii.
A wigilia będzie, jak co roku, co najmniej przedziwna. Nie zdołałam uratować rodziny od kulinarnego wynarodowienia. Z każdym rokiem coraz bardziej się kanadoli, wprowadzając jakieś zwariowane innowacje do kolacji, którą moja córka szumnie nazywa ”wigilią”. Dzielimy się wprawdzie opłatkiem, ale świątecznego stołu nie poznaję. Jemy jakieś krewetki, jakieś homary, wędzonego łososia, sałatki niewiadomego pochodzenia, jarzynowe maczanki, czyli ”dipy”. Co to jest? Gdzie śledzik? Gdzie karp w galarecie? Gdzie ryba smażona? Ani śladu gołąbków, krokietów z grzybami, klusek z makiem, ani suszu. O kutii też mogę sobie tylko pomarzyć. To i tak zwycięstwo, że własną piersią obroniłam i przeforsowałam barszcz z uszkami. I dwa rodzaje pierogów.
Święta teraz to już nie to! Święta przytłamsił komercjalizm. Usiłuję sobie przypomnieć jak pachnie prawdziwa choinka. Zapach zapalonych świeczek na choince? Gdzie się podział aromat wanilii i pieczonego ciasta? Prawie wszyscy kupują teraz gotowe, bo to mniej kłopotu i gwarancja, że zakalca nie będzie. Ja zresztą też to praktykuję. Tradycję naginamy do potrzeb. Inny świat. Inne czasy. O tempora, o mores! A swoją drogą, żal serce ściska. Gdzie te czasy, kiedy z córką złociłyśmy orzechy i kleiły kolorowe łańcuchy? Bo kupne ozdoby były ”be”. Gdzie te czasy, kiedy mały prezencik pod choinką sprawiał dużą radość?
Hurra! Kolejka drgnęła. Porusza się powoli, jak mucha w połogu, ale zawsze… Mnie to tam nie przeszkadza. Mam czas. Moje myśli szybują do Londynu. I do zamierzchłej przeszłości. Widzę siebie robiącą przedświąteczne zakupy u Tadka. Jestem znowu młoda. Mam męża, mam córkę, mam rodzinę i mam kopę przyjaciół. Na Święta będą goście. Będziemy śpiewać kolędy. Razem pojedziemy na pasterkę (o prawdziwej północy!) Później jeszcze długo będzie wesoło. Świat znowu będzie piękny i pełen radosnych niespodzianek.
Czy sklep to jest miejsce na reminiscencje? Trudno jest bujać w obłokach, gdy z przyklejonym uśmiechem na twarzy, trzeba co chwilę powtarzać: ”nic nie szkodzi” – gdy mnie popychają, poszturchują i następują na nogi. Na chwilę otrzepuję pamięć ze wspomnień i wracam na ziemię. Liczę ile jeszcze osób mam przed sobą. Ciągle bardzo dużo. Przypatruję się tym ludziom z zaciekawieniem. Czy bardzo różnią się od tamtych?
Z początku nie znajduję klarownej odpowiedzi. Pewne jest tylko, że dzielą ich dekady. Także inny powód, dla którego znaleźli się zagranicą. Twarze są inne i nazwiska są inne. Chociaż podobne. Nagle - eureka! Patrząc na te góry zakupów, odkrywam wspólny mianownik! Tak! Już wiem co ich łączy. Mogli zdradzić polityczne przekonania. Mogli zdradzić Europę. Mogli zdradzić męża/żonę. Ale nigdy nie zdradzą polskiej kuchni. Predylekcji do schaboszczaka, do kiełbasy, do gołąbków i do bigosu. Spodlą się na chwilę, idąc na kolację do chińskiej czy włoskiej restauracji, ale tradycja zwycięży. Pędem wrócą do grochówki, do pierogów. Do boczku i kiełbasy! Do klusek i placków ziemniaczanych. Stąd ta profuzja polskich sklepów spożywczych.
W moim mieście Mississauga, jestem w stanie wyliczyć z nazwy, co najmniej 25 polskich sklepów żywnościowych (w Toronto jest ich znacznie więcej). I na pewno kilka opuszczę, bo nie znam ”Dzikiego Zachodu”, czyli dzielnic poza Erin Mills. Wszędzie widać polskie szyldy; wszędzie słychać polską mowę. Na każdym kroku kusi zapach wędlin, śledzi, kapusty, suszonych grzybów. Widok ciast i wybornego pieczywa raduje oczy. ”Promocjami” i konkurencyjnymi cenami zapraszają polskie sklepy spożywcze (na niektórych plazach mamy już dwa i nawet trzy). Wszystkie doskonale zaopatrzone, wszystkie świetnie prosperują, wszędzie panuje nieustający ruch. Pół-fabrykaty i garmażeria ułatwiają życie; dzięki nim zapracowany człowiek jest w stanie zaoszczędzić mnóstwo czasu i wysiłku. Kolejka posunęła się leniwie, zaledwie o pół metra. No to mogę jeszcze spokojnie oddać się wspomnieniom.
Dla kontrastu, liczę na palcach polskie sklepy w ówczesnym Londynie (18 lat temu, kiedy emigrowałam). W 10-ciomilionowej metropolii. Nie muszę zdejmować butów. Ręce wystarczą. Było ich aż...9! (Przypuszczam, że dzisiaj to się musiało zmienić. Od maja tego roku, pod napływem tylu tysięcy Polaków - polskie sklepy zapewne wyrastają jak grzyby po deszczu.) Ale wtedy?...Wtedy to był inny świat.
Wszystkie polskie sklepy miały zaplecza. Tam kwitło życie towarzyskie. Tam, klient nie był anonimowy tak jak tutaj (wchodzi, kupuje, płaci, wychodzi). Tam, stałych, co bardziej cenionych klientów podejmowano kawą czy herbatą. Zaplecze spełniało rolę ”ośrodka społecznego”. Na tym zapleczu, przy herbacie powstawały i umierały plotki z rodzimego podwórka. Tam się wszyscy znali. Wszystko o sobie wiedzieli. Kto się ożenił a kto się rozwiódł. Komu się co urodziło, kto umarł. Kto kogo zdradza i z kim. Kto zmienił pracę, kto pracę stracił. Kto jedzie na urlop i dokąd. Kto się przeprowadza, kto oczekuje gościa z kraju. Tam nie trzeba było wywieszek w witrynie. Wystarczyło tylko wspomnieć, że jest pianino do sprzedania, sprzątaczka poszukiwana, pokój do wynajęcia, kotek do oddania – zaraz zgłaszał się ktoś zainteresowany.
Kolejka znowu drgnęła, ale nie na długo. Obiecuję sobie, że jeśli nie padnę ze zmęczenia, jeśli wyjdę stąd o przyzwoitej godzinie (jak by nie było - różnica 5-ciu godzin), to po powrocie do domu złapię za słuchawkę i wystukam numer Tadków.
Oni o tej porze już pewnie będą chowali szynki i kiełbasy do lodowni. Będą przykrywali beczki ze śledziami (matjasy osobno) i kapustą, będą owijali sery w folię. Może sparzyli mak i mielą na jutro? Może już są po myciu podłóg, może przeliczają kasę. Pewnie zaklną szpetnie, kiedy telefon zadzwoni i opóźni zasłużoną chwilę wytchnienia. Ale mnie to nie obchodzi. Muszę usłyszeć ich głos. Muszę chwilę pogadać. Muszę się trochę pośmiać. Podbudować oklapnięte morale.
Ewa wykrzyknie: ”cześć Nucha! Jak fajno, że dzwonisz.” Przełączy telefon na głośnik i podkręci regulator. Tadek pewnie zaparzy herbatę. Może będą dalej robić swoje, a może usiądą na chwilę. I przez pół godziny będziemy mleć językami! Mam trochę nieczyste sumienie, bo wiem jak bardzo są umęczeni. Ale ”przerwa dobrze im zrobi” – zaraz sama siebie rozgrzeszam.
Tam polskie sklepy są zawsze oblegane niczym zamki warowne. A już szczególnie przed wszystkimi świętami. Tadkowie przy zakupach na Ł100 robią dostawy nawet na peryferie, gdzie sklepów nie ma. Polacy z prowincji przeznaczają cały dzień na świąteczne zakupy. Lokalni Polacy zapisują się na listę na daną godzinę. Może w tym miejscu powinnam wytłumaczyć skąd się popularność tych sklepów spożywczych wzięła. Abstrahując od polskiego gustu i podniebienia.
Kiedy po wojnie, stoły w Polsce uginały się pod nadmiarem jedzenia, Anglia głodowała. Wojnę wprawdzie wygrała, ale batalię o pełne brzusio sromotnie przegrała. Kartki żywnościowe zniesiono dopiero w 1954r. Zniesiono na papierze, ale co z tego, kiedy sklepowe półki nadal świeciły pustkami (30 lat później - role się odwróciły). Po Londynie snuło się zdemobilizowane polskie wojsko. Było go więcej, aniżeli obecna ilość Polaków w całym Ontario. Po latach wojaczki na angielskim wikcie, za polską kuchnią tęsknili rzewnie. W Londynie egzystowały wtedy trzy polskie restauracje. Choć drogie, były tak oblegane, że podłapanie stolika równało się wygranej w totolotka. A ile było wtedy polskich ”delikatesów” w angielskiej metropolii? Ano, zero. Ani jednego! Kiszona kapustę można było wprawdzie dostać u Niemców a salami u Włochów, ale mało kto o tym wiedział.
Polacy uważali, że skoro Napoleon nazwał Anglików ”nacją małych sklepikarzy” - to niech Anglicy kupczą, niech oni handlują. W końcu to ich kraj. Handel nie leży w polskiej naturze; Polacy są stworzeni do czegoś wyższego. A Anglików furt nie interesowały dezyderaty Polaków i ani im się śniło rozpoczynać produkcję czegoś, czego sami by do ust nie wzięli. Masło niesolone? Kto by takie świństwo jadł? Kiełbasa z czosnkiem? Fuj! Chleb żytni? A to jest jadalne? Eee… I dalej na tony produkowali ”sosidże” (sausages), pełne trocin – jak twierdzili złośliwi rodacy. Ale głód swoje robi. Wnet uznali, że na bezrybiu i rak.. ryba. Bez entuzjazmu jedli wprawdzie, ale to nie było to…(Ja się na nich wychowałam. Do dzisiaj jak mnie chandra trzepie, lecę do byle supermarketu i kupuję ”English bangers”. Chociaż są li tylko podłą imitacją angielskiego oryginału, zażeram się nimi jak głupia. Później się dziwię, że tyję. No cóż. Logika nigdy nie była moim forte.)
Upływały lata. Upływały dekady. Tysiące Polaków dawno opuściło wyspę i wyemigrowało za wielkie wody. Pokaźna grupa pozostałych poszła po rozum do głowy. Pojęła, że żadna praca nie hańbi, a już szczególnie na własny rachunek. Z pracy SĄ kołacze! Zrozumiała, że w tych szynkach, kiełbasach, boczkach i baleronach leży wielki szmal. A, że pracować i tak trzeba, spokojniutko, bez fanfar, bez reklamy, otworzyło się naraz kilka polskich sklepów. Rodzynki w koszyku! Nieważne, że dojazd do polskiego sklepu był wielką wyprawą (czasem kilkanaście mil!) Nareszcie można było kupić dobre, polskie wiktuały. Pojawiły się małosolne ogórki. Z Polski co tydzień przypływały wędliny wszelkiego rodzaju. Polskie dżemy. Polskie sery. Śliwki w czekoladzie. Nawet Blikle przysyłał do nas makowce i babki. Nareszcie można było zamówić karpia na Święta. (Lokalnie – nieosiągalny. Anglicy, poza pstrągiem, nie jedzą słodkowodnych ryb; nie ma ich zatem w sprzedaży.)
”Nasz” sklep odkryłam przez przypadek. Kiedy z powodu pękniętego ścieku, policja skierowała ruch kołowy w inną dzielnicę. Stojąc na światłach, zobaczyłam na szyldzie polskie nazwisko. Zaparkowałam. W sklepie znalazłam wszystko, o czym spragniona dusza, oczy, nos i podniebienie mogły sobie wymarzyć. Na koniec, bardzo sympatyczny, kulturalny pan, polecił się jeszcze łaskawej pamięci. Kiedy wychodziłam ze sklepu, przez głowę mi nie przeszło, że ja tego pana poznam wnet dużo bliżej. Że w tym momencie zaczął się jakiś nowy etap w moim życiu.
Imieniny w naszym domu obchodziliśmy zawsze bardzo hucznie. Dom był otwarty dla każdego, kto o nas pamiętał. Cały ”catering”, czyli dostawę jadła i napojów, powierzaliśmy przyjacielowi Mietka, właścicielowi ekskluzywnej cordon-bleu restauracji. (Ten facet też pojął wreszcie, że dyplom polskiego prawnika poza krajem, ma wartość wyłącznie sentymentalną.) Moja kontrybucja do menu, polegała na jednym daniu. Na wyśmienitej zakąsce, z której, przyznam nieskromnie, zdołałam już zasłynąć. Lecz receptura na to specialite de la maison wymagała niesolonego masła. A mnie akurat zabrakło. Angielskie sklepy nie prowadziły. Więc poprosiłam Mietka, ażeby pojechał do tego nowego, polskiego sklepu i przywiózł dwie kostki. Wytłumaczyłam gdzie się sklep znajduje. Mietek nie lubił robienia zakupów. Długo oponował, ale w końcu uległ i …tyle go widziałam.
Kiedy po dwóch godzinach nie wrócił, byłam przerażona nie na żarty. Ani chybi, uległ wypadkowi. W dżinsach i fartuchu, tak jak stałam, wskoczyłam w mój samochód i pojechałam tą samą drogą, którą mu narysowałam. Jechałam spięta, z sercem pod gardłem. Uff! Odetchnęłam z ulgą. Mietka wóz stał przed sklepem cały i nienaruszony. Natomiast na zapleczu, Mietka i pana Tadeusza zastałam w stanie mocno naruszonym.
Przywitali mnie głośno i wylewnie. Ich wewnętrzna ”narkoza” sprawiła, że nie widzieli morderstwa w moich oczach. Okazało się, że pan Tadeusz, oprócz prowadzenia sklepu, miał jeszcze wyłączność na Wielką Brytanię sprzedaży wódek Baczewskiego (przed wojną wielki browar we Lwowie. Po wojnie, do dzisiaj - we Wiedniu). Musiałam wysłuchać bździbździolenia mojego, zalanego w pestkę, małżonka, że on właśnie spełnia swój patriotyczny obowiązek. Albowiem żaden rasowy Lwowiak nie może, ba, nie ma prawa przejść obojętnie wobec takiej świętości, jaką jest logo firmy Baczewskiego. Sądząc po opróżnionej częściowo baterii butelek na stole, degustowali bezkrytycznie. Jak leciało. Byli oczywiście już po brudziu. Bełkotali rozkosznie, że ja także muszę się z nimi napić. Bo im do pełnego szczęścia brakowało właśnie tylko towarzystwa pięknej kobiety. I aby ukoronować tę ad hoc powstałą bibę – no to lu… A za dozgonną przyjaźń do grobowej deski – no to siup… A za zdrowie pięknych pań…
Zapytałam, co będzie ze sklepem. Facet spojrzał na mnie tępo i odrzekł nonszalancko, że sklep nie zając – nie ucieknie. Obróciłam się na pięcie. W sklepie, w biegu, porwałam masło z lodówki. Napis na drzwiach przekręciłam z ”open” na ”closed” i wyleciałam jak z procy. Podniosłam jeszcze maskę w Mietka wozie i, na wszelki wypadek, wyjęłam palec rozdzielacza. Niech wróci taksówką. Nie wrócił.
To były moje jedyne imieniny, na których było mnóstwo gości, ale męża nie było. Bez żenady, wytłumaczyłam zebranym powód jego nieobecności. Dwaj bliscy przyjaciele natychmiast udali się wyłuskać Mietka ze szponów tego strasznego faceta. Nie wrócili. Kolejna dwójka śmiałków także wsiąkła. Następnych ”chętnych” zatrzymały żony. Mnie się to wszystko w sumie bardzo opłaciło. Nieźle się bawiłam. Przez tydzień gotować nie musiałam, bo mnóstwo wyśmienitego żarcia pozostało. A Mietka nieczyste sumienie sprezentowało mi futro z norek. No co? Źle?
Później, niewiadomo jak i kiedy, wszystko się odmieniło. Coraz częściej wpadałam na zakupy do Tadka. Coraz dłużej przesiadywałam na zapleczu. Wnet zrozumiałam, że to zaplecze dla niego spełniało jeszcze inną rolę. Ten wykształcony człowiek był po prostu straszliwie samotny. Zapraszając do swego ”sanktuarium”, stworzył sobie coś w rodzaju salonu towarzyskiego, gdzie mógł do kogoś gębę otworzyć na tematy inne, aniżeli sklepowe. Dla panów alkoholu nigdy nie zabrakło. A na zagrychę mieli cały sklep do dyspozycji. Na panie czekały kawa, herbata, ciasta, słodycze. Na co kto miał ochotę. To dopiero było życie!
Ponieważ sklep Tadeusza był jedynym polskim sklepem w obrębie najmniej pięciu wielkich dzielnic, drzwi się tam nigdy nie zamykały. Z braku konkurencji, słowo promocja czy skonto były słowem nieznanym. Wnet zatrudnił ekspedientkę. Później dwie. Co jego zwalniało od stania za ladą i umożliwiało natychmiastową libację, kiedy tylko na firmamencie pojawił się ktoś z jego nowych przyjaciół. Coraz częściej musiałam jechać po Mietka. Z czasem zaczęło mnie to bawić. Kiedy oni łzawie wspominali ich raj utracony, ich lwowskie dzieciństwo, ja stawałam za ladą i bawiłam się w sklep. Nie tyle usługując, ile obserwując ludzi. Taki sklep to świetna szkoła życia. Czasami nawet ubaw po pachy.
Z Polski przyleciała moja przyjaciółka Ewa. Znałyśmy się już od dłuższego czasu. Poznałam ją w Warszawie. (Jakoś z miejsca tak przypadłyśmy sobie do gustu, że nawet razem w Polskę ruszyłyśmy. Na cudowny, pełen wrażeń, urlop!) Już po pierwszej wizycie w sklepie Tadka, odniosłam wrażenie, za chwilę zajdą tutaj jakieś epokowe zmiany. I rzeczywiście! Pomimo różnicy wieku (Tadek, był sporo od niej starszy) zakochali się w sobie nieprzytomnie. Za którąś tam wizytą, odbył się ich ślub. Oczywiście byłam ”matron of honour”. Kiedy urodziła się córka, zostałam jej chrzestną matką. Zaczęłam bywać u nich nieprzerwanie, głównie dlatego, że u nich zawsze się coś ciekawego działo. Ten ich sklep był lepszy od kina czy TV (wtedy tylko 4 kanały). A czasami była taka pacałycha, że boki można było zrywać.
Ekspedientki dochodziły teraz tylko na piątek i sobotę. W pozostałych dniach we dwójkę sami dawali sobie doskonale radę. Ale Ewa nie znała angielskiego. Więc umówili się z Tadkiem, że kiedy wejdzie polski klient – ona obsłuży. Ale jeśli Anglik, to Tadka rola. Kiedyś siedzieliśmy na zapleczu i piliśmy herbatę. Zaterkotał dzwonek w sklepie. Ewa poszła, ale zaraz wezwała Tadka, bo… wszedł Murzyn. A na to Tadek ryczy na cały głos: ”powiedz czarnuchowi niech poczeka, bo panu herbata stygnie.” Dopił herbatę i nie śpiesząc się, idzie do sklepu. A ja za nim. Tadek wygłasza standardową formułkę: ”yes, sir. What can I do for you?” Na co Murzyn (ani chybi jakaś większa szczepowa ”fisza”, bo ma trzy nacięcia na każdym policzku) uśmiecha się szeroko, pokazując rząd nieskazitelnie białych zębów, i cudowną, nadwiślańską polszczyzną zasuwa: ”czarnuch ma ochotę na funt krakowskiej, funt szynki i pół funta boczku. Tego chudego. I daj pan jeszcze parę serdelków, kilka kiszonych ogórków, kostkę niesolonego masła. Bochenek żytniego chleba z kminkiem. Pokrajać proszę. Nie za cienko. Aha, i jeszcze dżem z wiśni. No co? Co się pan tak gapi? Murzyna pan nie widział?” Tadek, ogromnie speszony, coś tam duka, że jest sorry, że z tym czarnuchem, to przecież nie o szanownego pana chodziło, że….Na co Murzyn mu przerywa i mówi: ”panie! Zejdź pan z dachu, gonty trzeszczą. I przestań pan pieprzyć. Coś pan? Ślepy? Ja tutaj, poza mną, żadnego innego czarnucha nie widzę. Przestań pan nawijać te głodne kawałki, bo hadko słuchać. Mnie takie gadanie lata. Ja jestem przyzwyczajony. Mam doskonałą szkołę za sobą. Polską. Kapujesz pan?”
Słysząc tę wymianę i obawiając się reperkusji (polityczna poprawność zbierała już niewąskie żniwo), bohatersko wkroczyłam do akcji. Zaczęłam ćwierkać jak najęta. I dawaj się zachwycać, jak on płynnie polską mowę opanował. Z takim doskonałym, warszawskim akcentem. I och… I ach… A Murzyn patrzy na mnie z rozbawieniem i mówi: ”pani szanowna! Spoko, spoko. Nic się pani nie bój. Ja draki nie szukam. Żadnej chały robić nie mam zamiaru. Nie dam Angolom tej satysfakcji. Przecież my tu sami swoi”. Zdębiałam. Języka w gębie zapomniałam. Ale Tadek oprzytomniał. I pyta go, już bardziej opanowany, gdzie on się tak świetnie po polsku nauczył. A Murzyn mówi: ”jak to gdzie? W Warszawie. No co? Nie wiesz pan jak jest? Tam się studiuje, tu się pracuje”. (Później miało się okazać, że jest inżynierem cybernetyki i pracuje w IBM, za rogiem). Wiem od Ewy, że do dzisiaj ich sklep odwiedza. Nie wiem tylko czy kiedykolwiek ”zaawansował” na zaplecze. Jeśli nie zapomnę, zapytam ją dzisiaj o to.
Innym razem, też piliśmy herbatę na zapleczu. Mietek, Tadek i ja. Ewa coś robiła w sklepie. W pewnej chwili wchodzi, trzymając w ręku słoiczek suszonego koperku Schwartz’a (jest to firma amerykańska. Gigant spożywczy, specjalizujący się w przyprawach i suszonych ziołach; Anglicy kopru nie znają). Ewa jest ewidentnie czymś mocno zaintrygowana. Obraca ten słoik na wszystkie strony i w końcu pyta: ”słuchajcie, co wy właściwie chcecie od tego kopru? Zajrzałam do środka. Nie jest cudowny w smaku, ale wcale nie jest aż taki wielki.” Spojrzeliśmy po sobie. Nikt się nie połapał. Ewa trochę się speszyła i tłumaczy: no, bo wy przecież co dwie minuty mówicie albo ”o wa, big dill” albo ”też mi big dill”. Wtedy do nas doszło. Ryknęliśmy gromkim śmiechem. Speszona Ewa odeszła do sklepu, pełnego zresztą klientów. Poleciałam za nią. Wytłumaczyłam, na czym polega ten niekompletny homonim, ta po polsku, niechcąca gra słów. Że nam chodzi o ”deal” a nie ”dill”. Co nie tylko inaczej się pisze ale także inaczej wymawia. Frazes jest amerykańskim importem, określającym głupstwo, błahostkę, bagatelę. Aczkolwiek ”deal” w istocie oznacza interes, transakcję – to w tym kontekście jest właśnie odwrotnie. ”Big deal”, którym my rzeczywiście hojnie szafujemy, jest wyrażeniem kpiącym, ironicznym i oznacza mniej-więcej: ”wielkie mecyje!”. Podczas kiedy ”no big deal” tłumaczy się dokładnie. Na: nic nie szkodzi, nie ma sprawy.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy kilka dni później, w polskim klubie brydżowym, usłyszałam nagle od kolegi, który właśnie się ”położył”: ”o wa! Wielki koperek. Tylko bez jednej!” Kiedy, zdziwiona, zapytałam skąd zna ten zwrot, odparł, że żona ostatnio często używa. Uśmiechnęłam się. Widocznie ktoś w sklepie podsłuchał i puścił dalej. Ewa i koperek weszli do historii polskiego Londynu.
Kiedyś przechodząc przez sklep, usłyszałam jak pani Irena uskarża się na coraz to wyższą cenę wrzosowego miodu z Polski. Stojący obok pan Stefan, (bo jak wspomniałam, tam się wszyscy znali) robi jej wykład. ”Droga Pani – mówi z bardzo poważną miną – czy pani wie, ile taka pszczółka się namęczy, zanim w tych kruchych, maciupkich łapkach taką dużą kulkę wrzosu do ula przytaszczy? W tym samym czasie jej koleżanki z sąsiedniego ula, już czwarty raz nawracają z byle jakim kwiatem. O! Widzi pani, akacjowy miód jest tańszy. No to zanim jej jeden plaster się zapełni, to z innych uli pszczelarz już kilkanaście wyjął. A, że wrzosowy miód jest o niebo lepszy i zdrowszy, musi więcej kosztować, no nie?” Wybiegłam na ulicę, ażeby głośno nie parsknąć śmiechem. Później Ewa mi powiedziała, że starsza pani, widocznie przekonana tym wywodem, kupiła dwa słoiki.
Pan Wacław był schludnym panem w średnim wieku. Samotny. Pewnego razu powiedział, że na drugi tydzień nie przyjdzie na zakupy, gdyż wyjeżdża na kilka dni do Francji. A na to Tadek: ”no to bon voyage i proszę nie zapomnieć o oddanym sklepikarzu.” Po dwóch tygodniach pan Wacław wręcza mu z uśmiechem butelkę i mówi: ”widzi pan, nie zapomniałem”. Tadek dziękuje i dziękuje. W lansadach zaprasza na zaplecze. Szybko myje szklaneczki i już zabiera się do rozlewania, kiedy pan Wacław pyta zdziwiony: ”co pan robi?” Tadek mówi, że przecież trzeba napić się za powrót, za pamięć, no i na zdrowie. ”Ależ drogi panie Tadeuszu, to nie jest armaniak, tylko flaszka po nim. Przywiozłem panu wodę święconą z Lourdes. Czyżbym zapomniał wspomnieć, że jadę z pielgrzymką?” Ewa, która przy tym była, patrząc na Tadka minę, z hamowanego śmiechu omal się nie udusiła.
W każdy piątek, dokładnie o godz.18-tej przychodziła na zakupy pani Renia. W chwilę potem robił się straszny rejwach. To po wypłacie i fajrancie u Walls’a (fabryka lodów i kiełbasek, gdzie fizycznie pracował kwiat polskiej inteligencji) samotni mężczyźni wpadali po tygodniowe sprawunki. Puszki ze śledziami, rybami, pasztetami, znikały z półek w rekordowym czasie. Wędliny i wszystko to, co samotny chłop potrafił ugotować bez przypalenia garnka, lub w mikrofalówce, też miały wielkie powodzenie. Pani Renia, cała w pąsach, od dwóch tygodni zabawiała rozmową przystojnego bruneta. Mijały miesiące. Pani Renia przychodziła coraz lepiej ubrana, ładniej uczesana i coraz dłużej z tym brunetem słodziutko gaworzyła. Wnet ona zaczęła kupować coraz więcej a brunet coraz mniej. No i pani Renia postawiła na swoim! Na huczny ślub zaprosiła w pierwszym rzędzie Ewę z Tadkiem. Uwierzyła, że to im zawdzięcza małżeństwo. Dorobili się dwójki dzieci i są bardzo szczęśliwi. Tyle tylko, że ich zakupy są teraz dużo mniejsze, albowiem pan domu odmawia konsumpcji golonki, boczku, serdelków i innych wiktuałów, którymi się przejadł w kawalerskim stanie. Chapeau bas - facet nie frajer!
Z głębokiej zadumy wyrywa mnie głosik: ”a dla pani co?” Pogrążona w tęsknych wspomnieniach, przegapiłam, że to już moja kolej. Proszę o 100gr. szynki i dwa kabanosy. Czy warto było po te mizerne wędliny stać prawie godzinę? Warto! Przecież nie stałam bezczynnie. Wróciłam właśnie z dalekiej podróży….