Komputer, że proszę siadać...

          

        Pan Waldemar K. z Brampton pisze: Myśmy nie tak dawno przybyli tu z Polski. Pochodzimy z małego miasteczka. Mieliśmy tam wprawdzie sporo elektroniki, ale nie komputer. Tutaj widzę, że bez komputera nie ma życia, że potrzebny jest na każdym kroku. Toteż ażeby synowi  ułatwić choćby naukę języka, zdecydowaliśmy się szybko ten komputer kupić. Ale taki jaki on chce, kosztuje majątek. W sklepach, nie wiem czy wciskają nam kit czy co, nie wiem czy największy, płaski ekran jest aż taki zbawienny dla oczu, czy musimy mieć te wszystkie programy, które nam zachwalają, czy też oni po prostu widzą, że dziecko podniecone, że chce wszystko co tylko pokażą, że my ani me ani be, więc wykorzystują sytuację. Ja się nic a nic na tym nie znam; z zawodu jestem kafelkarzem. Nie wiem do kogo się z tym zwrócić, bo każdy znajomek mówi coś innego. Nie wiem kto z nich szpanuje a kto się zna. Nie wiem czy się wymądrza, czy faktycznie dobrze radzi. Jak Pani sądzi? Co powinniśmy zrobić? Czym się mamy się kierować?

          Portfelem i rozsądkiem. Także wiekiem syna. Narażając się śmiertelnie miglancowi (ano właśnie: w jakim wieku?) myślę, że nie popełnię wielkiego błędu jeśli doradzę strapionemu tacie: byle tylko nic markowego! Na dziecka pierwsze, chwiejne komputerowe kroki, żadny tam HP, IBM, Compaq, Dell czy inne renomowane marki są potrzebne. Także bez ekstra-bajerów! Na tym etapie dziecka umiejętności (a raczej nieumiejętności), potrzebny jest najmniej skomplikowany komputer i takaż drukarka. Na skaner, burner czy na DVD ma chłopię jeszcze mnóstwo czasu. Niech się naprzód nauczy podstawowych czynności. Odradzam też bezprzewodową myszkę. Jest droga i zżera więcej baterii, aniżeli żywa mysz sera. Aliści zakup programu antywirusowego jest conditio sine qua non.

          No i wiadomo, że gdzie komputer, tam i internet. Tutaj też, na początek, odradzam kablowy. Na przykład w mojej firmie płaci się dziecinne pieniądze za 60 godzin miesięcznie i dwa adresy e-mailowe. To aż nadto dla dziecka na ściąganie programów czy szukanie czegoś na internecie. Wszak Pan mu ten komputer kupuje jako pomoc w nauce, prawda? Ale prawda jest taka, że dzieci są pazerne, chcą mieć wszystko; chcą imponować kolegom jego parametrami i ilością programów. W rzeczywistości dzieci w 90% korzystają z komputera do gier komputerowych. Czasami do oglądania gołych panienek (ale te strony można, za bardzo drobną sumkę, zablokować u dostawcy. Nazywa się to: “Child Guard Parental Filters”). Dzieci wiele czasu spędzają w “chat rooms”, wymieniając światłe uwagi z kumplami (czy aby tylko?), co w sumie, może być dość niebezpieczne. Sądząc po dzieciach moich przyjaciół, odnoszę wrażenie, że komputera najmniej używają właśnie do nauki. Dla Pana informacji, dzieci (nawet nastolaty) nie wykorzystują nawet 20% możliwości swojego komputera, choć rodzice za pozostałe (niewykorzystane) 80% wybulili jak za zboże. Dlatego powtarzam: naprzód należy skonsultować własną kieszeń. Po tym długo nic.  Przetrawić. Przekalkulować. I dopiero wtedy zakupić najtańszą maszynę na rynku.

          Optuję za najtańszą, z dwóch powodów. Po pierwsze, dzieci nieobeznane z komputerem, nie będące jeszcze wirtuozami klawiatury, często powodują jego zawieszenie.  Ba, nawet “zabicie na śmierć" twardego dysku. Po drugie, dzieci do gier nie potrzebują ani mega-pamięci ani tysiąca programów, tylko dlatego, że są dostępne. Dzisiejsze komputery, na ogół już przy zakupie, zawierają oprogramowanie, takie jak np. Microsoft Windows którejś tam generacji. Ale trzeba bacznie zważać gdzie się ten cały majdan kupuje. Dlaczego? Dlatego, że można się cholernie naciąć. Jako przestroga niech posłuży moje własne doświadczenie. Na mojej własnej skórze wygarbowane. Którego wspomnienie do dzisiaj jeszcze irytuje!

          Kiedy kupowałam mój pierwszy komputer, kupowałam go więcej z ciekawości aniżeli z potrzeby. A że to były dopiero jego początki, wtedy doprawdy kosztował fortunę! Po czym rychło zaczęło się dalsze wydawanie forsy. Na początek - kurs komputerowy. Później zakup wielu programów. A do nich kupa podręczników i rozmaitych szpeji, z których później właściwie nigdy nie korzystałam.

          Pomiędzy posiadaniem komputera a samochodu jest pewna analogia. Kiedy nie mamy auta - nogi niosą nas doskonale. Biegamy za tramwajem, bez trudu dochodzimy na przystanek autobusowy, czy do metra. Nawet pójść na zakupy per pedes apostolorum potrafimy! A jakże! Ale w momencie zdobycia pierwszych 4-ch kółek następuje coś bardzo dziwnego. Ewidentna atrofia dolnych kończyn! I bez wozu już ani rusz! Jeden dzień auta w konserwacji wprawia nas w panikę. W konsternację. Zwalniamy się na ten dzień z pracy, no bo jak się do niej dostaniemy?! Że co proszę? Transportem publicznym? Miejską komunikacją? Co za denna sugestia! A fe!

          Z komputerem jest podobnie. Jak długo używałam elektroniczną maszynę do pisania (z pamięcią nawet) czy to do obrony pracy dyplomowej, czy pisywania bzdurek do uniwersyteckiej gazetki, czy do służbowej korespondencji i prywatnych listów do przyjaciół (nigdy do osób starszych!) - wszystko było fajnie. Aliści później, już w Kanadzie, jakiś diabeł mnie podkusił z tym komputerem. I od tej chwili moje życie uległo nieodwracalnej zmianie. Bo teraz bez komputera to też już ani rusz! Odręczny wtórny analfabetyzm. Piśmienna korupcja w całej swej krasie.

          A, że co pięć minut ukazuje się na rynku (zupełnie jak samochody) nowa generacja komputerów, ja też z początku ulegałam tej psychozie. Że koniecznie muszę mieć ten najnowszy. Taki RAM i siaki CD-ROM, taki modem, siakie głośniki. I coraz większy ekran. Oddawałam więc stary (jaki stary? Dwa lata to góra!) komputer za bezdurno, a sama wydawałam tysiące na nowy. Ale i zaskroniec ma swój koniec. Zmądrzałam.

          Mój obecny komputer, aczkolwiek kilkakrotnie unowocześniony (“upgraded”)  jeszcze długo mi posłuży. Kto wie, czy nie do samego końca.  Wszak dla mnie jest niczym innym tylko wygodną i przemyślną maszyną do pisania. Nie wysilam się na wystrzałową grafikę; podstawowa mi wystarczy. Może dlatego mój staruszek działa nienagannie. A że zdobywałam go z niemałym wysiłkiem, tym bardziej jest mi drogi.

          Kiedy znalazłam to moje ostatnie, plastikowe szczęście, sprawdziłam tylko parametry, pobawiłam się przez chwilę na sklepowym demo a, że cena była przystępna, uznałam, że nie ma się co szczypać i kupiłam. Sama sobie jestem winna, że idąc za facetem, który miał mi go załadować do bagażnika, nie zakwestionowałam otwartego kartonu. (A przecież od lat pouczam moich czytelników ażeby nie akceptowali towarów w nie fabrycznych lub otwartych opakowaniach!)  W domu szybko okazało się dlaczego karton był otwarty. Liczne zadrapania i ślad kubka czy puszki po coli, sugerowały, że wtryniono mi albo sklepowy model, takie demo właśnie, albo zwrócony bubel.     Okrutnie się wnerwiłam. Odwiozłam komputer do sklepu i gromko zażądałam wymiany na NOWY. Przywołany, ten sam miły pan sprzedawca, który jeszcze parę godzin temu tak przymilnie zaglądał w moje niebieska oczka, teraz potraktował mnie jak tą przyslowiową “słodką-idiotkę”. A ja nawet nie jestem blondynką! Wmawiał mi, że się mylę, że widzę rzeczy, których nie ma, a o wymianach decyduje kierownik sklepu. Niestety, jego akurat nie ma. “Przyjdź jutro" - powiedział.  Na drugi dzień kierownika też nie było. Ani na trzeci. I na czwarty. Zrozumiałam, że grzecznością i uległością ja tu nic nie wskóram. Tu potrzeba akcji i to silnego uderzenia!

          Janda! Byłaś wtedy szczenię wobec mnie! Albowiem w sobotę, kiedy w sklepie jest największy ruch, zagrałam nie tylko rolę mojego życia, ale jeszcze sama do niej napisałam przebojowy scenariusz!

          Na mój widok, pan sprzedawca, z ironicznym uśmieszkiem, znowu wygłosił sakramentalne słowa: “kierownika nie ma”. Ale w sposób taki, jaki po polsku zaczynałby się na "od" a po angielsku kończyłby na ”off”. Tylko, że ja już nie odwróciłam się, jak dotąd, na pięcie i nie odeszłam rozczarowana. Przeciwnie. Przygotowana na takie właśnie przywitanie, ubrałam twarz w równie sardoniczny uśmieszek i odpowiedziałam słodko, że nic nie szkodzi. Że ja poczekam.

          I buch! Bez uprzedzenia, tam gdzie stałam, z całym impetem rymnęłam na podłogę. Ukokosiłam się wygodnie, założyłam nogi po turecku (przezornie miałam na sobie dżinsy), w lusterku poprawiłam włosy, wargi, i tak sobie siedziałam. W najbardziej strategicznym miejscu, bo nie opodal wejścia. I kto tylko wchodził, widząc facetkę siedzącą na podłodze, odruchowo, choćby na ułamek sekundy, przystawał zaskoczony. Co mnie wystarczyło ażeby na cały głos nadać moją gadkę: “a co? Komputer chcesz tutaj kupić? Zmykaj bracie/siostro. Wszędzie, tylko nie tutaj! Bo tutaj bezczelnie oszukują!” Parę osób mnie zignorowało. Ale przygniatająca większość zatrzymywała się i pytała o co chodzi. Więc ich radośnie uświadamiałam.

          Personel, który dotychczas udawał, że mnie nie widzi, począł się wyraźnie denerwować, kiedy z każdą minutą coraz więcej osób robiło w tył zwrot. (W tym także pani-Polka, w białym berecie z 12-letnim, na oko, synem. Może do dzisiaj pamiętają ten incydent?) No i wtedy nagle pojawił się pan kierownik. Z zaplecza wyszedł, sk…ubany. Minę miał głupią ale wcale nie pełną skruchy. Pomógł mi wstać, zaprosił do biura. Przynieśli komputer z mojego samochodu. Pokazałam co i jak i zapytałam obcesowo co woli: zawiadomienie Better Business Bureau i, oczywiście, Consumer Affairs (Ministerstwo Ochrony Konsumenta), co w konsekwencji równać się będzie sprawie sądowej, czy też bez dalszego gadania i chowania przede mną, wymianę bubla na NOWY komputer.

          Pan kierownik wyraźnie nie był zachwycony moją propozycją. Ani moją postawą. Widocznie nie pasowałam mu do stereotypu: baba, samotna (bez obstawy informatyka-doradcy?), niemłoda, nazwisko jak śrubokręt. Hej, przecież oni, jak warsztaty samochodowe, właśnie o takie modlą się codziennie do Pana Boga. A tymczasem tutaj ta jakaś Baba-Jaga z Mississauga psuje im wszystkie szyki. Nie mniej jednak chyba doszło wreszcie do pana kierownika, że handluje z twardą zawodniczką (nie tylko znającą prawo, ale, co gorsza, zdolną do zwariowanych ekscesów), gdyż nagle zmienił politykę. Począł się sumitować. Pamachiwał pa wsiech! A, że to wina sprzedawcy, a magazyniera, a obsługi technicznej, a personelu naprawczego; tylko o posługaczce jakoś zapomniał.

          Wymienił mi komputer. W formie przeprosin (a jednak!) dorzucił całkiem kosztowny program. No i na pożegnanie podarował mi jeszcze kupon na $25. Wykorzystałam przy zakupie kolejnej drukarki.  Ja w ogóle zaopatruję się wyłącznie w tym sklepie we wszystko, co mi jest do pracy potrzebne.  Zwariowałam? Ależ nie! Gdzie ja będę miała lepszą i uczciwszą obsługę aniżeli tam? Oni wprawdzie zielenieją lekko na twarzy, kiedy mnie widzą, ale traktują jak należy: jak zgniłe jajo. Ja zaś mam tą błogą świadomość, że gdzie jak gdzie, ale w TYM sklepie nikomu nawet przez głowę nie przejdzie usiłować mnie jeszcze raz oszwabić.

          Nie jest to forma demonstracji, którą zalecałabym innym. Jest wybrykiem, jest cyrkiem i trudno by ją nazwać “ladylike” zachowaniem. Tyle tylko, że jest metodą niezwykle skuteczną. Aliści, uprzedzam, że jeśli ktoś, mimo moich ostrzeżeń, zechce pojść w moje ślady, musi mieć 100% pewności, że ma rację! Że w razie czego, prawo stanie po jego stronie. Na przykład, gdyby mnie wtedy posądzono o "nuisance" czyli zakłócenie porządku, to ja ich w rewanżu, natychmiast o "misrepresentation" czyli fałszywe przedstawienie faktów transakcji. Albo jeszcze lepiej: o "intention to defraud" tj. świadomą chęć oszukania. A ja miałam pewność… że proszę siadać.  I to w dosłownym tego słowa znaczeniu.