RÓŻOWA PRZYSZŁOŚĆ W CZARNYM KOLORZE
Napisała do mnie rozpaczliwy list. Z prośbą o radę,
na którą ani ja ani nikt inny nie znajdzie odpowiedzi. Nazwijmy ją
umownie Jolą, a jego, na przykład Markiem,
gdyż prosi o podanie jakichś innych, fikcyjnych imion. List ma 6 stron, a każda
z nich zroszona jest jej łzami. Opowiedziała swoją historię
jak najprościej a i tak napisała dramat. Po przeczytaniu pierwszej
strony, od razu wiedziałam co będzie zawierać ostatnia.
Poznali się w Grimsby na polskim pikniku. Zabrali ją tam sąsiedzi.
Było lato. Choć byli młodzi, roześmiani, opaleni na brąz,
pełni niespożytej energii, żądni zycia, byli, mimo wszystko...samotni.
Ona, bo dopiero od niedawna przebywała w Kanadzie i nie zdołała
jeszcze nawiązać wielu znajomości. On, jak twierdził, był
wybredny i szukał tej jednej, jedynej, która będzie mu odpowiadała
pod każdym względem. A pod wieczór, kiedy słońce zachodziło
złotą kulą nad jeziorem, rozmarzony, patrząc w jej oczy,
stwierdził, że Jola to jest właśnie ta, której szukał!
Niczym w starym romansie, była to miłość od pierwszego
wejrzenia i tak jak w tym romansie, miała trwać na wieki i chronić
oboje przed przeciwnościami emigracyjnego losu.
Z miejsca ogromnie jej zaimponował. Mówił wspaniale po
angielsku. Miał przepiękne, sportowe, czerwone Camaro. Tańczył
jak młody bóg. Był bardzo przystojny, wesoły, miał czarujący
uśmiech. Był też szarmancki. Na kolacji, na którą ją
wnet zaprosił do eleganckiego lokalu, niczego jej nie żałował.
Była w siódmym niebie. Mężczyzna jeden na milion!
A po tem wszystko poleciało szybko, jak z bicza trzasł. Po
kilku spotkaniach postanowili zamieszkać razem. Po pierwsze, bo żyć
bez siebie już nie mogli, a po drugie bo było to rozwiązanie
znacznie korzystniejsze pod względem ekonomicznym.
Zaraz też znaleźli urocze mieszkanko w eleganckim budynku
z basenem etc., w dość atrakcyjnej dzielnicy.
Pochodzili z krańcowych dzielnic Polski. Z czasem zaczęły
uwidaczniać się poważne różnice charakterów. I inne,
pomniejsze. Na przykład nie
zawsze te same potrawy im smakowały, czy też te same filmy pociągały.
Jego interesował sport, ona wolała czytać. Ale
odmienne gusty to przecież nie koniec świata.
Chociaż? Marek nagle się uparł
ażeby mieszkanie odmalować. Na
różowy kolor. Jola organicznie nie trawiła tej barwy. Oponowała,
prosiła, ale w końcu dała za wygraną. Czego nie robi się
dla ukochanego człowieka i świętego spokoju? Sprawy
finansowe mieli uregulowane. Obsprawiali się wedle planu i budżetu.
Wszystkie większe zakupy, jak meble, dywany, lampy, sprzęty
elektroniczne - kupowali do spółki. Ona z każdego nabytku cieszyła
się jak dziecko. On, jak to chłop, kupował wszystko beznamiętnie,
jakby od niechcenia.
Po jakimś czasie zaczęła cichutko przebąkiwać o
małżeństwie. Dość łatwo ją przekonał,
że im się to finansowo nie opłaca. Przy ich wysokich zarobkach,
byłoby zbrodnią dzielić je z urzędem podatkowym. Lepiej za
zaoszczedzone pieniądze polecieć na urlop do Meksyku. Polecieli. Nie długo
po powrocie, Marek zrobił się dziwnie markotny, zamyślony i
najwyraźniej ochłódł w stosunku do niej. Zastanawiała się
czy on ma jakieś poważne problemy, ale zaraz sama siebie uspokojała,
że przecież by jej o tym powiedział. A może chodzi o to,
że jego tak strasznie plecy bolą. Do tego stopnia, że urządził
sobie legowisko na kanapie w salonie i śpi tam teraz sam.
Jackowie zaprosili ich na urodziny w sobotę. Tam jest zawsze taka
Francja-elegancja. Tam panowie idą pod krawatem a panie w najmodniejszych
ciuchach. Istna rewia mody. W porę
przypomniała sobie, że Marek splamił garnitur na poprzedniej
imprezie. Zaniosła jego ubranie, razem ze swoim kaszmirowym swetrem, do
chemicznego czyszczenia. Kiedy poszła
odebrać, usłużna panienka podała jej uprane rzeczy i wręczyła
małą kopertkę. Zdziwionej Joli powiedziała, że znajdzie
w niej zawartość kieszeń marynarki. Jak to się stało,
że zapomniała sprawdzić? Acha, spieszyła się bardzo do
pracy – przypomniała sobie.
Bardziej machinalnie aniżeli z ciekawości, zajrzała do
środka. Kilka centów, kilka banknotów, wizytówka
warsztatu naprawczego, mały
kluczyk, opakowanie po gumie do żucia i jakiś list. List adresowany
wprawdzie do Marka, ale dlaczego na adres Adama, ich wspólnego przyjaciela?
Przecież Marek nigdy tam nie mieszkał! Spojrzała na nadawcę.
Agata X (nazwisko Marka). Pewnie jakaś kuzynka albo ciotka - pomyślała.
Bo sióstr nie ma, a matka nazywa się Dorota. W przerwie na obiad, wyjęła
list z torebki. Był otwarty. Data stempla pocztowego z przed dwóch miesięcy.
Zawsze wiedziała, że ciekawość to pierwszy stopień do
piekła. Jeszcze się wahała. Nigdy dotąd nie czytała nie
swojej
korespondencji. Czuła się nieswojo. Niecnie i podstępnie. Ale ciekawość
jednak przeważyła.
Nie była z siebie dumna, że czyta list nie do niej adresowany, lecz w
miarę czytania, w szoku i do głębi wstrząśnięta,
pogratulowała sobie decyzji. Mimo, że z każdym słowem jej
świat pozpadał się na coraz mniejsze kawałki. Aby w
końcu kompletnie lec w ruinie.
Marek był żonaty!! Żona pisze, że przeszły z córką
wszystkie badania, że już prawie wszystko spakowała. Prosi aby
jej jeszcze szybko napisał czy ma przywieżć jego narty, czy
lepiej je sprzedać w Polsce.
"Head’y” z tym wiązaniem
ciągle są jeszcze w cenie. Dlaczego odegdaj tak szybko przerwał
rozmowę? (Karta pewnie się skończyła – pomyślała
z przekąsem.) Pisze, że
odlicza każdy dzień, który dzieli ich
od spotkania na lotnisku. I żeby przysłał więcej fotografii
ich ślicznego gniazdka. Że też on
pamiętał o tym, że różowy jest jej ulubionym kolorem!
W liście do mnie Jola pisze, że teraz już wie jak się
czuje zranione zwierzę w potrzasku. Pisze, że targały nią
mieszane uczucia, kiedy w drodze do domu obmyślała co mu powie.
Podsumowywała swoje odczucia. Szok i przerażenie. Złość
i wścieklość. Niepewność jutra. Bezbrzeżne
zdziwienie i podziw dla jego sztuki aktorskiej. Oburzenie. Poczucie nagłej
pustki. Ucisk w dołku i strach. Lecz nad wszystkim, górował żal!
Żal za to, że igrał z jej uczuciem, że okazał się
taki podły i nikczemny. Bez serca!
Co ona teraz ze sobą pocznie? Dokąd pójdzie? W domu, zamiast przygotowanej
przemowy, bez słowa położyła list na stole. Zrobił się
szary na twarzy i przez chwilę milczał. Po czym powiedział, nawet
nader spokojnie, że cóż, że takie jest życie. Nie mógł
jej sie przecież przyznać, że jest żonaty, gdyż
nie chciał jej tracić. Że naprawdę się w niej zakochał.
Że zanim się poznali, jego żona odwiedziła go tutaj. Nie
podobało jej się. Wróciła do Polski, nie precyzując jakie
ma zamiary. Skoro jego żona nie miała ochoty przenieść się
na stałe do Kanady, myślał o rozwodzie. Po czym Agata nagle
zmieniła zdanie, a on nie wiedział jak jej
powiedzieć, że jego sytuacja uległa zmianie. Więc ciągnął
sprawę dalej, licząc naiwnie na to, że jakoś to....be.
Teraz już nie wierzyła ani jednemu słowu. W tej niby
łzawej historii, nic się kupy nie trzymało. Czy dlatego, od razu,
malował ściany na różowo? – rzuciła drwiąco.
Aaa, to? To przypadek – stwierdził bez zmrużenia oka. A po co
na spółkę z nią meble kupował? Aby mu taniej wypadło?
To nieważne - wycedził przez zęby. Spłaci jej połowę.
Kiedy? Wzruszenie ramion. To znaczy, że kiedy z nią spał, równocześnie
załatwiał dokumenty dla rodziny? Czy była tylko wygodną i
darmową d..? Znowu wzruszenie
ramion. A co będzie jeśli ona się nie wyprowadzi? W oku Marka
pojawia się nagle stalowy błysk. Wyprowadzisz, wyprowadzisz - mówi
podejrzanie dobrotliwym tonem. Ja
mam na to moje sposoby. Bo ty nie
wiesz kim ja byłem, moja droga.
I właściwie to ostatnie zdanie jest kluczem do niejednego
emigracyjnego dramatu. Bo co tak naprawdę mogą wiedzieć o
swoim poprzednim życiu, ludzie,
których los przypadkiem rzucił sobie w ramiona w Kanadzie? W Polsce, w małej
mieścinie, wszyscy o sobie wszystko wiedzą. W
większych miastach prędzej czy później też znalazł by
się jakiś ktoś, kto znał by kogoś, kto znał by
kogoś innego, kto by znał, słyszał, czy widział w
specyficznych okolicznościach człowieka o którym mowa. A tutaj?
Tutaj anomimowi ludzie, z różnych stron Polski, mogą sobie z
łatwością spreparować zupełnie nowy, idealny wprost,
życiorys. Na zawołanie mogą zmienić oblicze: ukryć lub
właśnie eksponować swoją prawdziwą lub wyimaginowaną
przeszłość. W zależności od potrzeby. Chcą być
kawalerami? Proszę bardzo. Rozwodnikami? Nic prostszego. Wdowcami? Już
się robi. "Uśmiercają" rodzinę na papierze i cześć.
Już są wolni. Kanada jest ogromna. Tu się można znaleźć,
tu się można zgubić. Jak serce dyktuje. A tym bardziej interes.
I cóż ja tej biednej Joli mogę odpisać? Że, jak mówi
pewien mój młody znajomy: "życie is brutal i full of zasadzkies"?!
Że jeden krzywdzi a drugi jest krzywdzony? Że jeden zdradza a drugi
jest zdradzany? Ani to nowe ani pomocne. A czy ja potrafię skleić złamane
serce? Nie potrafię. Tylko czas to zrobi. Jola pyta co ma powiedzieć
przyjaciołom. I pyta jak się zatrzymuje łzy, które nieprzerwanie
toczą się po policzkach i nie chcą schnąć? Ja
nie wiem.
Mogę jej najwyżej doradzić aby zmobilizowała
wszystkie swoje siły, skonsolidowała cały swój kapitał,
odwiedziła dobrego adwokata i nie wyprowadzała się z mieszkania.
Niech Marek się wyprowadzi.
Niech on szuka innego mieszkania i na gwałt przemalowuje je na różowo.
To Marek ma ponieść konsekwencje swojego postępowania, nie ona. W
końcu ona też potrafi zaproponować, powiedzieć
(mowa jest tania) Markowi, że spłaci jego połowę za
meble, elektronikę, etc. Kiedy?
Powtórzyć jego słowa: w swoim czasie. Nic na łapu-capu. I oświadczyć
kategorycznie ażeby jej nie groził. Bo go do kryminału wpakuje. Tutaj jest
Kanada. Tutaj grozić nie wolno i ona się go nie boi. Wprost przeciwnie.
Może z łatwością go nadać. Może otworzą teczkę
i zaczną dokładniej sprawdzać kogo tutaj wpuścili. Co do
przyjaciół - dlaczego nie powiedzieć prawdy? Przecież ona nie ma
nic do ukrywania. A oni, jeśli są prawdziwymi przyjaciółmi,
powinni jak jeden mąż, stanąć po jej stronie. Może za
wyjątkiem Adama, tej chodzącej skrzynki na listy.
Jestem bezradna. Jest to jedna z tych sytuacji życiowych, z którą
każdy człowiek musi się, niestety, sam uporać. Najlepsze chęci
ani potok kojących słów nie zniwelują krzywdy doznanej z ręki
ukochanego człowieka. Przecież nie mogę jej doradzić ażeby
od następnego ewentualnego ”etatowego narzeczonego" już przy
pierwszym spotkaniu zażądała dowodu na to, że jest rzeczywiście
stanu wolnego.
Jola jest młoda. Ładna (przysłała ich wspólną
fotografię). Rany się zagoją i będzie jeszcze przebierała
w chłopakach, jak w ulęgałkach. Może następnym razem będzie
bardziej ostrożna, a to nie zawadzi. Może nie tak od razu poleci na
blichtr pięknych słów i zapach dobrej wody kolońskiej. Może
nauczy się, że nowy, solidny samochód przeciętnej marki, jest
sto razy lepszy od starego, rdzą przeżartego "sportowszczaka"
dla szpanu. Który na 100 km. spożywa więcej pięniedzy
na naprawy, aniżeli benzyny.
Jola teraz ma dużo lepsze rozeznanie. Na przykład, wie już,
że Marek gramatycznie język angielski - wręcz morduje. Tyle, że szybko.
Dzisiaj ona mówi dużo lepiej od niego i nawet dwa kursy komputerowe pokończyła.
Ma własne oszczędności. Bozia ją strzegła, że odmówiła,
kiedy zaproponował założenie wspólnego konta bankowego. Pewna jestem, że nie zginie
i że będzie jeszcze naprawdę szczęśliwa.
Tylko w jaki sposób ja ją mogę o tym teraz przekonać?
Pocieszając, że każdy z nas przeszedł w życiu jakiś
zawód i, że jakoś to przeżył? Jest to komunał. Wyświechtany
frazes. Na pewo niezrozumiały dla tego, kto w tej chwili cierpi.
A może jej doradzić aby na chwilę odpoczęła od
chłopów i na krótki czas znowu przygarnęła samotność.
Samotność działa jak bibuła (jeśli ktoś jeszcze ją pamięta), która cudownie filtruje
i osusza organizm z wszelkich ziaziów. Łez także.
A może jej zacytować Juliana Tuwima?:
"Romans - to marzenie człowieka samotnego. A samotność
- to marzenie człowieka, który
ma romans".
Życie
faktycznie jest brutalne.