NIE KREM A KREWA

 

Panią Bożenę K. z Oshawa bardzo przepraszam, że dopiero dzisiaj odpisuję na list. Musiałam bowiem naprzód dokonać niewąskich poszukiwań, ażeby móc z całą pewnością odpowiedzieć na zadane mi pytanie:

Pani Nino! Co właściwie znaczy to słowo: HYPOALLERGENIC? Ja cierpię na nietypowy rodzaj uczulenia skóry i, jak dotąd, nie mogę znaleźć dla siebie kremu nawilżającego twarz, który jest mi bardzo a bardzo potrzebny. Znajomi mówią, że ten właśnie krem jest doskonały na wszystkie cery. Ale żadna sprzedawczyni nie potrafi dokładnie mi powiedzieć jakie ma właściwości, co zawiera i, jak krem opatrzony tym właśnie hasłem, działa vis-a-vis “normalnych” kremów. Każda powtarza tylko, że "hypoallergenic" to samo zdrowie, że na pewno będzie dla mnie dobry. Ale nie jest. W rezultacie, moja córka wydaje majątek, tylko po to ażeby zaraz się okazało, że tego następnego też nie mogę używać. Po czym moja córka “dziedziczy” wszystkie te kremy  i ma ich już pełną szafkę, bo raz otwartego kosmetyku, jak wiadomo, nie można zwrócić. W żadnym leksykonie ani encyklopedii nie możemy tego słowa znaleźć a przecież widzę je stale na tylu kosmetykach, perfumach i innych produktach. Czy to jest rzeczywiście zdrowszy krem? Mój lekarz-dermatolog nie chce powiedzieć nic konkretnego.  Mówi, że nie znając składników, nie jest w stanie się wypowiedzieć. Wzrusza ramionami i tylko przykazuje być bardzo ostrożną. Ja się już boję dalej próbować, ażeby nie zaognić jeszcze bardziej i tak już nie najlepszego stanu skóry na twarzy …


        Droga Pani! Poza dwoma firmami, których stoiska spotyka się w każdym domu towarowym i każdej drogerii (których nazw celowo nie ujawniam, ażeby nie narazić  się na takie modne teraz, ciąganie po sądach), na żadnych prawdziwie markowych kosmetykach, a tymbardziej francuskich perfumach, Pani tego śmiesznego słowa nie uświadczy. Albowiem stare, znane i renomowane firmy nie mają potrzeby chwytać się za psychologiczne kruczki. Bo to słowo jest dokładnie tak, jak te “Martwe Dusze” Gogola. To znaczy: jest, ale go nie ma. W encyklopediach nie ma go dlatego, bo nie egzystuje.  A jednak jest na rynku. I  króluje w reklamie, prawda?  Więc jak to jest? Ano, tak to jest, że od początku do końca jest niczym innym tylko zgrabnym chwytem reklamowym. (Przewody  sądowe, apelacje, nastepne oskarżenia i wtórne apelacje -ciągną się w amerykańskich sądach do dnia dzisiejszego.  Albowiem bardziej się opłaca nieustannie apelować i egzystować (na rynku), aniżeli pogodzić  z losem,  poprzestać na wyroku i pożegnać się na amen z  prywatną “mennicą”.

W roku pańskim 1973 te dwie amerykańskie firmy kosmetyczne, wniosły podanie do swoich władz o pozwolenie użycia wyrazu: hypoallergenic na kilku produktach. Ponieważ amerykańska FDA (Food and Drug Administration), odpowiednik naszego Health Canada, czy też Ministerstwa Zdrowia w Polsce, nie zatwierdza słów, a tylko konkrety w formie nowych lekarstw, preparatów, składników, etc. (a tu fizycznie żadnych środków nie było), nikt  słowa nie zakwestionował, a więc nikt nie zaoponował.  Dzisiaj FDA odżegnuje się od ówczesnej decyzji, stwierdzając oficjalnie, że z powodu braku precedensu, żadne dyrektywy tej sprawy nie obejmują. Dzisiaj uważa się, że wyraz ten oznacza to, co sobie dana firma życzy ażeby oznaczał. Fajne ujęcie, co? Głupie ale wygodne. W moim odczuciu jest to wiele słów na określenie pospolitej, firmowej wolnoamerykanki! Taka nowoczesna automata do zawiązywania krawata! Mocno zaciśniętego na szyi (i portfelu) konsumenta.

Zrozumiałe jest za tem, że to długie słowo ma wartość wyłącznie monetarną. No i może algebraiczną. To znaczy: dla fabrykanta = plus, dla kieszeni klienta = minus. Jest oczywistą licencją na robienie pieniędzy przy żadnym koszcie. Kupującego zaś można doić niczym dojną krowę. Amerykańscy dermatolodzy od dawna biją na alarm, podnoszą wrzask, iż jest to zwodniczy termin, który może wyrządzić więcej złego niż dobrego; dając użytnikowi fałszywe poczucie bezpieczeństwa.  FDA, która dotąd miała widocznie ważniejsze sprawy na głowie aniżeli jakieś tam kosmetyki, od kilku lat usiłuje, bezskutecznie zresztą, cofnąć aprobatę na używanie tego słowa. Lecz, jak już wspomniałam,  obie zainteresowane firmy apelują na okrągło i  stąd ich preparaty pozostają nadal w sprzedaży. A jak do tego wszystkiego doszło?

Otóż 30 lat temu, pewnemu facetowi od reklamy (coś mi po głowie chodzi, że nazywał się Butterworth) poruczono ożywienie, zdychającego śmiercią naturalną, pewnego środka piorącego. No i facet (genialnie zresztą) pokręcił makówką, pomyślał chwilę i ..wymyślił. Podstawą było to, że postawił  na ignorancję Amerykanek. I bingo! Nie zawiódł się. Nawet nie specjalnie musiał się, chłopię, wysilić. Połączył tylko dwa słowa z greckiego: "hypo" (po polsku – hipo) czyli coś oznaczającego niskość, niedobór czegoś – ze słowem własnego pomysłu “allergenic” (przez dwa “l”, co z alergią nie ma nic wspólnego) i już!  Do tego sprytnie założył, że "hypo" po angielsku wymawia się i słyszy jak "hyper", co, jak wszyscy wiemy, jest z kolei nawet lepsze od "super" - i szafa gra! Albowiem ten frapujący, acz nic nie znaczący, zlepek słów sugeruje, że jakiś środek, tym słowem ”namaszczony”,  albo nie powoduje alergii, albo egzystującej alergii nie zrobi na poprzek. Ba, dla alergików będzie wręcz zbawieniem! Sprzedaż ruszyła z kopyta i cwałuje do dnia dzisiejszego.  Ludzie bez przerwy się na to nabierają. Oni płacą za hypoallergenic preparaty jak za zboże, a fabrykanci i udziałowcy tylko tłuste rączki zacierają.


Proszek do prania, mimo genialnego chwytu reklamowego, po kilku latach został jednak wycofany z produkcji, bo był po prostu do kitu a nie do prania. Ale widząc popularność tego słowa, ochoczo podchwyciły je wyżej wspomniane firmy. Teraz zaś, wiele więcej.  W końcu wyraz czy określenie czegoś, nie jest faktycznym produktem ani nie jest nazwą własną. Słowa nie można opatentować. Każdy ma do niego prawo, więc hajda dusza bez kontusza.

I jeśli ja Pani powiem, że Pani w tym momencie patrzy na hypoallergenic ekran komputera, lub nie szanuje opuszków swoich palców nie używając hypoallergenic klawiatury, to kto mi zabroni? Ja Pani wprawdzie nie udowodnię, że ta klawiatura jest gorsza od tej, którą kupiła Pani przezorna (bo zdrowsza?) sąsiadka, ale Pani mnie także nie udowodni, że tak nie jest. Typowy syndrom pół pełnej czy pół pustej szklanki wody? Ano właśnie! Dokładnie tak! Jak długo są na świecie ludzie, którzy są skłonni zapłacić za coś, czego nie ma – kim jesteśmy my, ażeby im odbierać prawo do szczęścia? Do wyrzucania pieniędzy?

Mnie w tej chwili też nie każdy od razu poleci uwierzyć w to co piszę, prawda? Zaraz ktoś zadzwoni, że taki a taki hypoallergenic specyfik wyleczył dziecko z egzemy. A g..uzik prawda, proszę wycieczki! Jeśli coś dziecko wyleczyło, to na pewno nie składnik, którego nie ma, tylko jakieś lekarstwo zawierające składnik, który jest.

Nie dawno widziałam na własne oczy, w bardzo prestiżowym magazynie zresztą, ogłoszenie hotelu, który oferuje: "hypoallergenic rooms". Co to znaczy? Że je lepiej odkurzono? (Bo mnie tą reklamą tylko wkurzono.)  Nie mniej pewna jestem, ba, łeb dam sobie obciąć, że mają więcej zgłoszeń na te właśnie pokoje, aniżeli na pozostałe.

Albo, co oznacza wywieszka w domu towarowym, że kolczyki na lewym stojaku są hypoallergenic? Co sugerują? Że te na prawym stojaku nie są? Czy tak? A czy ktoś to kiedyś zakwestionował?  Zapytał czym się różnią? A może uzyskał potwierdzenie, że są zrobione, na przykład, z innego metalu? A jeśli tak, to z jakiego i co ten metal  zawiera? A może są zrobione z innego srebra? Jakiego innego? Wszak nie ma innego srebra! A może te kolczyki są czymś obsmarowane? Czym? Nic nie widzę. Widzę tylko cholerną różnicę w cenie! A więc jaka jest w końcu rzeczywista różnica pomiędzy stojakami?  Powiem Pani. Żadna!

Ludzie kochają długie, “zagraniczne” słowa. Im bardziej skomplikowane – tym  większe mają wzięcie. Zaś w rękach cwaniaków są legalną maszyną drukarską do drukowania pieniędzy. Niestety, ani Pani ani ja, nic na to nie poradzimy. Chociaż? Ja sobie radzę. Ja tego po prostu nie kupuję!

Ale proszę się nie poddawać. Skoro Pani jest pod opieką dermatologa, sądzę, że Pani przeszła szereg koniecznych testów aby ustalić skąd się bierze to uczulenie, co dokładnie Pani szkodzi. Zakładam, że diagnoza została  postawiona. Pani lekarz wie najlepiej co Pani dolega. Więc jego proszę poprosić o skomponowanie dla Pani indywidualnego, odpowiedniego kremu. Nie będzie to oczywiście krem żadnej znanej firmy kosmetycznej, nie będzie pachniał bosko ani nie zachwyci oczu bajecznym słoikiem (mało kto wie, że największy procent ceny kremu, pochłania właśnie  opakowanie. Które zaraz wyrzucamy.) W lokalnej drogerii, farmaceuta w/g recepty spreparuje krem wyłącznie na Pani użytek. Przypuszczam, że OHIP tego zakupu nie pokryje (jako, że podpadnie to pod kosmetyk a nie lekarstwo), ale efekt zaćmi koszt.

A jeśli i to zawiedzie, proponuję wizytę u polskiej kosmetyczki. Dlatego polskiej, gdyż łatwiej jest się dogadać, wytłumaczyć o co chodzi. Po za tym nasze panie-kosmetyczki mają najczęściej długoletnie doświadczenie w tej dziedzinie i dużo większy zakres fachowej wiedzy o pielęgnacji każdego rodzaju skóry. Znają wszystkie fachowe terminy, wiedzą co stosować. Znam kilka przypadków, kiedy konwencjonalna medycyna zawiodła a doskonale przygotowana i wykształcona kosmetyczka, uratowała sytuację. I wygląd.

A kiedy jesteśmy już przy kremach, których, dzięki Pani, córka ma teraz w nadmiarze i trzyma w szafce, czy Pani wie, że kremy powinno się przechowywać w lodówce? Z tyłu, na najniższej półce, niech spokojnie czekają na swoją kolejkę. Albowiem w cieple, kremy z czasem jełczeją. Nawet jeśli tłuszczów czy lanoliny nie zawierają. Ja nawet zwykły krem Nivea oraz skromne, ale jakże potrzebne, kremy do rąk, tam właśnie przechowuję.

Mam nadzieję, że moje wyjaśnienie uratuje teraz Pani córce parę ładnych groszy oraz, co jest dużo ważniejsze, Panią pozbawi złudzeń, że krasnoludki są na świecie.  A jeśli są, to objawiają się nie w postaci hypoallergenic kremów, ale w kochających i troskliwych dzieciach.  Czego każdej pani życzę. Niech stracę – panom też.