HISTORIA POLSKI - a la Ninon

 

Jedni lubią muzykę klasyczną, ja lubię jazz. Jedni chętnie oglądają tragedie, ja kocham komedie. Jedni zachwycają się baletem w teatrze, ja zawsze wolałam własny; ten na parkiecie. Jedni lubią zwiedzać – ja wolę odwiedzać. I, ażeby się zbytnio tym nie przemęczać, najchętniej odwiedzam… wspomnienia.

Każdy okres świąteczny, który ma być przecież pogodny i radosny, nie wiem dlaczego, nieodmiennie powoduje we mnie nawroty załzawionej nostalgii. Za tamtym światem, za rajem utraconym, za moją beztroską młodością. I tamtą naiwną wiarą, że każde ”jutro” będzie na pewno różowsze. A tymczasem ”jutro” bywało rozmaite. We wszystkich odcieniach. Jak to w życiu. Ale każde ”wczoraj” pozostaje tak urocze, że czasami bajką się wydaje.

Bajką, która, klasycznie ma zaczynać się od słów: za górami, za lasami… W moim przypadku, dodać jeszcze trzeba: i za oceanem. W starej, ale zawsze jarej Europie, żyłam sobie radosna i szczęśliwa aż do czasu, kiedy życie zaczęło mi się pruć. (Każda pani zna to uczucie, kiedy jakaś niebacznie pociągnięta nitka powoduje, że rąbek sukienki nagle opada i zwisa bezradnie). Ale zanim ta alegoryczna sukienka zaczęła się pruć, naprzód była przecież piękna. Miękka, lejąca się i bajecznie kolorowa. Nosiłam ją na codzień, co znaczy - korzystałam z życia. Każdą wolną chwilę od pracy (w Anglii nie było ich za wiele), starałam się spędzać poza domem. W zimie na nartach, w lecie na plaży. No, a w międzyczasie – były przecież jeszcze wyskoki do Polski.

Z łezką w oku, wspominam dziesięć dni, wiele, wiele lat temu, tuż przed Bożym Narodzeniem, spędzonymi w Polsce, zupełnie inaczej niż normalnie. Niecałe dwa tygodnie, niemające nic wspólnego ze Świętami ani świąteczną tradycją, natomiast wszystko z przymusową rolą niechętnego cicerone. Nieplanowaną misją ”dyrektora wycieczki”, obfitującej w ciekawostki, na zawsze utrwalone w mojej pamięci.

 

    MOJA CIOCIA Z ARGENTYNY

                            

Moja, nie tyle nadgryziona, ile prawie już zupełnie zjedzona zębem czasu, bardzo wiekowa ciocia z Argentyny nagle zdecydowała się spędzić Boże Narodzenie w Polsce. Nagle zatęskniła do karpia, pierogów i kutii. W rozmowie telefonicznej, głosem nieznoszącym sprzeciwu, oświadczyła, iż jest to na pewno jej ostatnia podróż do Europy i jeśli teraz się z nią nie spotkam, nigdy więcej w życiu się nie zobaczymy. (Aczkolwiek przez wiele dekad niestrudzenie korespondowałyśmy ze sobą, cioci raczej nie pamiętałam. Ciocia, pierwszy i ostatni raz, osobiście złożyła pocałunek na moim czółku, kiedy miałam lat siedem. A to było doprawdy bardzo dawno.) Nie omieszkała też nadmienić, że obie moje kuzynki, z Wiednia i Paryża, już przygotowują się do wyjazdu do Warszawy. To, co? Londyn miał być gorszy?

Ciocia była nestorką rodu, wypadało okazać szacunek. Zresztą, co tam! Każda okazja do wyskoku do Polski była zawsze dobra. Szybko i sprawnie załatwiłam sobie niepłatny urlop z pracy, dokumenty podróżne, bilet na prom i nic już nie stało na przeszkodzie, ażeby pokłonić się rodzinie.

Ale co mnie podkusiło ażeby w zimie jechać do Polski samochodem? Przejściowy udar mózgu, czy co? No, bo jazda niebezpieczna i kłopotliwa. Gdybym poleciała samolotem, wszystko potoczyłoby się inaczej.

Miałam spędzić beztroskie, sielankowe, pozbawione problemów, krótkie wakacje. Miałam złożyć kilka wizyt cioci z Argentyny i licznej, krajowej rodzinie. Miałam spotkać się z gronem kochanych przyjaciół. Miałam zobaczyć szereg polskich filmów, kilka spektakli w teatrach i zaliczyć chociaż jeden kabaret. Miałam latać po księgarniach w poszukiwaniu polskich kryminałów (najlepiej Chmielewskiej i Egideya). Miałam łazić po kawiarniach i łakomie pałaszować niezliczone ilości napoleonek (w Anglii nieznanych), aż mi krem uszami będzie wychodził. Miała być tylko Warszawa, radocha, dolce far niente i nic więcej!

          Urlop zapowiadał się nader korzystnie. W ”Pronicie” na Kruczej, udało mi się zdobyć kilka kaset z doskonałymi polskimi nagraniami. Kupiłam sobie modną, śliczną czapę z białego lisa. W ”Pagarcie” na Marszałkowskiej bilety do teatrów były oczywiście dawno wysprzedane, ale, od czego są ”koniki”? Jako, że już się naumiałam jak to się robi. To też bez trudu kupiłam bilety na najlepsze i najbardziej okrzyczane spektakle. Nawet na ”Kabaret pod Egidą”. Bilety były horrendalnie drogie, ale co tam! Furda! Jestem na urlopie! Raz się żyje, raz się tyje, raz się zalicza.

 

                                ŻYCIE SIĘ KOMPLIKUJE. NA IMIĘ MA - TOM

 

Wracam z kolacji u przyjaciół. W hotelu zastaję wiadomość, że były do mnie dwa telefony. Obydwa od Toma. Mam natychmiast oddzwonić. Przerażona, że coś się stało, zamawiam rozmowę. Jest grubo po północy, kiedy wreszcie uzyskuję połączenie. ”Słuchaj” – mówi, normalnie bardzo powściągliwy, ale teraz ogromnie podniecony, Tom (facet, który koniecznie chciał być moim, jeśli nie mężem, to chociaż ”osobistym narzeczonym”, ale ja nie chciałam. Nie nadawałam do wtórnego zamążpójścia) - pomyślałem sobie, że ja nigdy w Polsce nie byłem, a tyle się przecież od Mietka i ciebie o niej nasłuchałem. Postanowiłem wykorzystać to, że tam jesteś i zobaczyć Polskę. Ty będziesz miała ochroniarza, a ja skonfrontuję wasze opowiadania z rzeczywistością; wreszcie zobaczę ten kraj. Wszystko załatwione, jutro do ciebie lecę. Proszę zamów mi pokój w twoim hotelu i odbierz mnie w południe z lotniska. No to do zobaczenia za kilka godzin. Cium. Buźka.” I odwiesił słuchawkę.

A niech to dunder świśnie! Po cholerę mi to? Co ja mam teraz zrobić? Wszystkie moje plany szlag trafił. Drugiego biletu na spektakle nie mam, a nawet gdybym miała – to, po co? On po polsku nie rozumie.

         Później się dowiedziałam, że po moim wyjeździe, Tom był u naszych przyjaciół na obiedzie. Rozmowa wnet zeszła na mnie i mój pobyt w Warszawie. Ewa (moja najlepsza przyjaciółka) powiedziała, że bardzo mi tego zazdrości. I dawaj z łezką w oku domyślać się, jakie to cudowne zabytki my dzisiaj z ciocią zaliczamy. (Nie mogła się bardziej mylić. Ciocia, wychowana w Warszawie, za zabytek miała tylko siebie samą. Zaliczała restauracje, kawiarnie, sklepy i… bazar Różyckiego! Ten ostatni, z powodu przedwojennych staroci. Nie bez kozery, zresztą. Albowiem dwa kobaltowe talerze, pieczołowicie opakowane, prosto z bazaru odleciały do Argentyny, gdzie zrobiły nową karierę, uzupełniając cioci ukochany, acz niekompletny, serwis.)

Kiedy Ewa roztaczała uroki polskich zabytków, jej mąż dopełniał kieliszki i zamartwiał się (znając moją predylekcję do szybkiej jazdy) jak ja będę wracała moim lekkim, sportowym wozikiem po ośnieżonej, niemieckiej autostradzie, na której nie ma ograniczenia szybkości. Doszli do epokowej konkluzji, że ekstra obciążenie byłoby idealnym rozwiązaniem problemu. Czyli, Tom miał robić za balast. I, przy sposobności, wreszcie zobaczyć Polskę. Zaczęli nad nim pracować. Po kilku godzinach swoje osiągnęli. W pijanym widzie, wstąpił w niego duch jego walecznych, szkockich przodków i Tom, uniesiony własnym rycerstwem, ryknął gromkim głosem, że natychmiast leci do Polski, ażeby służyć mi w potrzebie. Moi kochani spiskowcy szybko ustalili, że nazajutrz, w cztery ręce, załatwią jego wizę, ”vouchery” i wykupią mu bilet lotniczy w jedną stronę. Wracać będzie ze mną. A to, że mnie życie komplikują – nie przeszło im nawet przez głowę.

Myślałam, że ich ukatrupię! Kocham Toma jak brata do dnia dzisiejszego, ale wtedy, w Polsce, był mi tak potrzebny jak piąte koło u wozu. Witajcie kłopoty! Żegnajcie teatry. Uszami wyobraźni już słyszałam, jak ciocia przez cały boży dzień, co chwilę będzie pytać: ”a co on mówi”? Na urlopie, psiakrew, jestem! Mam się bawić, mam leniuchować A tymczasem zamiast przyjemności, będę tłumaczem i cicerone. Bo, jak znam życie i Toma, w kilka dni zechce zaliczyć wszystko, co Polsce zajęło ponad milenium na zbudowanie.

 

                                          SZKOCI - TEŻ LUDZIE

 

Czas, ażeby przedstawić Toma. W życiu służbowym był naszym adwokatem. W życiu prywatnym, najbliższym przyjacielem. Był wysokim, bardzo przystojnym, wąsatym i brodatym facetem. Taki fajny, czarny misio. W nienagannie skrojonym garniturze, prosto z Saville Row (krawieckiej Mekki możnych tego świata), dyskretnym krawacie jego alma mater, elegancki, wesoły, nieprawdopodobnie oczytany, erudyta - zachwycał naszych polskich przyjaciół. Tom był zażartym Szkotem, potomkiem jednego z najwaleczniejszych klanów. Kochał swoją Szkocję miłością wielką i gorącą. Anglików nie trawił. Może z tego powodu jego sympatia do Polaków, nie miała wręcz granic?

Nie mniej, uczucia to jedna rzecz, a biznes – to druga. Kiedy po studiach w Oksfordzie, dostał propozycję intratnej pracy w wielkiej firmie adwokackiej w Londynie, ”spodlił się” – jak zwykł mawiać i osiadł w Londynie. Z czasem otworzył własną kancelarię. Ożenił się z Mary, Szkotką oczywiście. Mary, niestety, w bardzo młodym wieku zachorowała na raka i wnet zmarła. Dzieci nie mieli. Tom był zdruzgotany. Jeszcze długo po jej śmierci, Mietek i ja nie odstępowaliśmy Toma ani na krok. Ja byłam opiekuńcza jak kwoka, Mietek był czujny jak Cerber. Chuchaliśmy na niego. Baliśmy się o niego. W efekcie końcowym, nasza troskliwość zaowocowała przyjaźnią na śmierć i życie. (Później role się odwróciły. Tom stał przy mnie jak skała Gibraltaru, kiedy Mietek umierał.) Nasza przyjaźń pali się jasnym płomieniem do dnia dzisiejszego. Dzięki Ci, Panie Boże, za internet, za e-mail, za SKYPE i za karty telefoniczne...

Nasi polscy przyjaciele nauczyli się, że Tom jest obecny na każdej naszej party. Że Tom, na zmianę z Mietkiem, urzęduje za barem. Że Tom zmienia taśmy w ”graju”, czy, że Tom opróżnia popielniczki; przynosi lód z zamrażalnika. Weszło też w zwyczaj, i nikt się nie dziwił, że Tom jedzie z nami na urlop do Włoch czy Hiszpanii. (Myśmy za to jeździli z nim do Szkocji kibicować, kiedy on brał udział w zawodach w St. Andrews (kolebce golfa.) Ale ”na kontynencie”, czyli Europie, kiedy myśmy leżeli na piasku i smażyli się na raka, Tom znikał natychmiast. W Hiszpanii jechał do Madrytu, aby całymi dniami nie wychodzić z Prado i innych muzeów. To samo w Toledo, Sewilli czy Barcelonie. We Włoszech, kiedy myśmy znowu prażyli się na plaży, czy wieczorem przy podmuchu łagodnego wiaterku z nad Adriatyku, tańczyli w jakiejś malowniczej, nadmorskiej muszli, on zaliczał zabytki we Florencji i Wenecji. W Mediolanie - on znał muzea, katedry i kościoły; myśmy znali sklepy i restauracje...

Jedynym krajem, do którego nigdy nie udało nam się go zwabić, była Polska. Nie było takiej siły, ażeby, chociaż na chwilę, wziął tę opcję pod uwagę. Nigdy się do tego nie przyznał, ale myślę, że bał się komuny. Tyle się od nas nasłyszał o Syberii, o Katyniu, o UBecji, że pewnie tylko z tym koszmarem ”soc-blok” mu się kojarzył. Tom chętnie wysłuchiwał naszych opowieści o pobycie w Polsce. Kiwał głową, grzecznie oglądając nasze fotografie. I nic. Tylko jeden, jedyny raz oczko mu zabłysło. Na widok Tatr.

 

                            WARSZAWO, TY MOJA WARSZAWO....

 

Nazajutrz stałam na Okęciu i przystroiwszy twarz w entuzjazm, witałam Toma w Warszawie. Welcome to Poland, dear friend! Czyniłam honory domu, niczym stara warszawianka. W moim hotelu nie było miejsca. Więc zaparkowałam go u Marków. Naszych przyjaciół, których Tom znał z ich częstych wizyt u nas w Londynie. (A ja chciałam jeszcze zaliczyć spektakl, na który dawno ostrzyłam sobie zęby). Markowie świetnie mówili po angielsku, spokojnie zostawiłam go pod ich pieczą. Wielki błąd!

Albowiem, kiedy rano zgłosiłam się po niego, rozradowany Tom pokazał mi imponujący harmonogram, wspólnie z Markami ułożony przy kolacji. Dowiedziałam się, że oglądamy nie tylko Warszawę. Że po Warszawie, zahaczamy jeszcze o Kraków, Zakopane i Oświęcim. Wracać będziemy przez Wrocław i Zieloną Górę. Cholera! Wstąpię do piekieł - po drodze mi będzie. Dlaczego nie przyleciałam samolotem?!

 

                         ”NOWA” HISTORIA POLSKI. GEOGRAFII TEŻ.

 

Tomowi Warszawa bardzo się podobała. Jedzenie mniej. Wszystko było mu ”too rich”. Ciocia była Tomem ujęta, ale nie mogła, biedna, zrozumieć, dlaczego taki elegancki i kulturalny gentleman nie mówi po francusku? Fi donc! Nie mniej, kupiła mu album. Ażeby zobaczył jak wyglądała Warszawa przed wojną, zaraz po wojnie i teraz. Niech sam oceni, czego dokonali Polacy. Docenił. I autentycznie podziwiał.

Strasznie po kulach dostałam. Tyle razy byłam w Warszawie, ale nigdy tak mnie nogi nie bolały. Po dwóch dniach, po zaliczeniu Starówki, Wilanowa, Jabłonnej, Zamku Królewskiego, Żelazowej Woli (łącznie z wysłuchaniem koncertu kolęd), Belwederu, niezliczonych kościołów, jeszcze cwałem przelecieliśmy śródmieście. Po czym pożegnałam rodzinę i z miną kogoś, kto idzie (jedzie?) na ścięcie, ruszyłam na południe. Dziękowałam Bogu za obwodnice, ale i tak nie zawsze udawało mi się uniknąć zwiedzania.

 Tom na widok każdej tablicy z napisem: ”muzeum”, ryczał ”stop” – i nie było odwrotu. Ani wykrętu. W ten sposób (gdzieś w okolicy Radomia) byliśmy pierwszymi obcokrajowcami w Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych. Tom łaził po salach, zachwycał się eksponatami a ja nerwowo zerkałam na zegarek. Tom zobaczył kobzę i już nie można go było z tej sali wyłuskać. Uprzejma pani, widząc jego żywe zainteresowanie tym instrumentem, powiedziała, że choć nie powinna, to jednak wyjmie toto z gabloty, jeśli ten pan chce sobie bliżej obejrzeć. Obejrzeć on nie chciał. On chciał grać. Jankiel dla ubogich, psiakrew! Ale nawet mnie zatkało, kiedy rzewnie (i bezbłędnie) odegrał ”Amazing Grace”. Pani kustosz żegnała nas ze łzami w oczach.

 

   KRAKOWIACZEK CI JA...

 

Do ”Holiday Inn” dojechaliśmy pod wieczór. Mieliśmy zarezerwowane pokoje, bo Marek (w Polsce wielce poważany VIP) miał chody i zamówił je przez telewizję. Ledwo zjedliśmy kolację, Marek zadzwonił. Doradził, abym sobie spisała, co mamy oglądać i opowiedział mi kilka historyjek o Krakowie. On wiedział, że ja nigdy w Krakowie nie byłam, że nic nie wiem. Dlatego nie chciał ażeby ”wiódł ślepy – kulawego”, kiedy na drugi dzień zaczniemy zwiedzanie. Dobrze, że zadzwonił. Inaczej byłby wielki wstyd!

Kiedy wchodziliśmy do Kościoła Mariackiego, akurat rozległ się hejnał. Tę historię akurat znałam, więc opowiedziałam Tomowi legendę o trębaczu na wieży. Kościół był pusty. Usiedliśmy naprzeciw ołtarza i Szkot... zaniemówił. Oh my God, my good God – powtarzał, w zachwycie. Co to jest? Strasznie się zawstydziłam. Bo nie wiedziałam. Zrobiło mi się bardzo łyso, gdyż nagle zdałam sobie z tego sprawę, jakie ja mam straszliwe braki kulturowe. Podświadomie wiedziałam, że siedzę przed historią. Przed czymś bardzo wielkim, przed cudowną sztuką sakralną - lecz furt nie wiedziałam, co to jest. Lecz, Ktoś, tam na górze, czuwał nade mną i nie pozwolił mi się zblamować. Pozwolił przypomnieć sobie, że kiedy wchodziliśmy do kościoła, na sztachetkach nazewnątrz wisiało mnóstwo afiszy.

Pomyślałam sobie, że nie wiszą tam przecież bez kozery. Więc zamiast odpowiedzi, zmuszona byłam zanieść się tak potwornym kaszlem, że kościół musiałam opuścić. Przed kościołem gorączkowo zaczęłam przeglądać te afisze. Bingo! Znalazłam. Jedną ręką oparta o sztachetki, drugą z chusteczką przy ustach, chłonęłam cenne informacje. Po czym wróciłam do kościoła, wślizgnęłam się w ławkę i podjęłam temat. “O co pytałeś? Gdzie my jesteśmy i co to jest?” Po czym, nonszalancko, jęłam recytować: ”jesteśmy w Kościele Mariackim, którego budowa rozpoczęła się w 1223r. To, co tak podziwiasz, jest to gotycki penaptyk (11 x 13 metrów), wyrzeźbiony przez Wita Stwosza. Tak naprawdę, to on się nazywał Veit Stoss, był Niemcem i pochodził z Norymbergii. Ale zakochał się w Polsce i dlatego przyjął ten obstalunek. Te płaskorzeźby z życia maryjnego i chrystologicznego rzeźbił od maja 1477 aż do lipca 1489. Otrzymał za nie 1808 florenów, co było rocznym budżetem miasta Krakowa. Jest to największy skarb nie tylko Krakowa (starej stolicy), ale całej Polski.” Wniebowzięty Tom spojrzał na mnie z uznaniem a ja rosłam w dumie.

Zaliczyliśmy część Wawelu dostępną publiczności. Katafalk marszałka Józefa Piłsudskiego był zasypany studenckimi niebieskimi i czerwonymi tarczami niezliczonych uczelni. Tom chciał wiedzieć, co to znaczy. Nie będąc nawet pewna czy tak jest istotnie, oznajmiłam, że to młodzież demonstruje. Nie wierzy w bajeczki komunistów i w ten sposób oddaje hołd budowniczemu wolnej Polski. Opowiedziałam mu też legendę o dzwonie Zygmunta i jego powstaniu. O tym, że kiedy mieszczanie na prośbę króla Zygmunta, wrzucali do wielkiego tygla na rynku swoje kosztowności ażeby pokryć koszt odlania dzwonu, mały, ślepy lirnik wrzucił strunę ze swej liry. Gdyż to było najcenniejsze, co posiadał. Stąd ”Zygmunt” ma najpiękniejszy dźwięk wśród wszystkich dzwonów na świecie.

Wychodzimy na rynek. Idąc ulicą Floriańską, Tom poszedł oglądnąć od zewnątrz Barbakan. Mnie cudowna woń nakazała dać nura na podwórze przedostatniej kamienicy po lewej stronie. Cukiernia! I najlepsze kremówki (żadne tam napoleonki) w całej Polsce! Zanim Tom wrócił, ja już zdołałam opchnąć cztery i cała obsypana cukrem-pudrem, nareszcie w różowszych barwach zobaczyłam świat.

Poszliśmy oglądać kamienice. Anglosasi i Celtowie mają wielkie poczucie historii. Strasznie kochają starocie i wielkie mają dla nich poszanowanie. Tom właził wszędzie, gdzie tylko można było i wszystko chciał wiedzieć. Skąd ja, do jasnej Anielki, miałam to wszystko wiedzieć? Po paru godzinach, miałam taki mętlik w głowie, że wszystko, co mi Marek przekazał, gruntownie mi się pokiciało. A sztachetek i napisów nie ma.

No to nie chcąc okazać kompletnej ignorancji, postanowiłam improwizować. A, że fakty i tak pomieszały mi się z fikcją, powstała zupełnie nowa historia Polski. W ten oto prosty sposób, poza kilkoma ekstra rozbiorami, poczet królów polskich wzbogacił się o kilku Ludwików, Karolów, Jerzych, Henryków i nawet jednego Wilhelma. Wszak Przemysława, Bolesława czy Kazimierza - Tom i tak ani wymówi ani spamięta, prawda? Dla okrasy (i emancypacji), dorzuciłam jeszcze hojną rączką ze dwie Elżbiety i jedną Marię (Mary - Szkota sercu imię zawsze miłe!) Właściwie, w tej wyliczance, tylko jedna Anna (Jagiellonka) była autentyczna.

Zaliczamy Sukiennice. Później pałac ”Pod Gruszką” Morsztynów, oryginalnie zbudowany w 1386r (Wilhelm Austriacki tam się właśnie spotykał z ukochaną Jadwigą). Pałac Wodzickich? – zaraz, zaraz. Czego to ja nie wymyślałam? To Ludwik XI zbudował go dla swej metresy Teresy. Gotycka Szara Kamienica (XIII i XIV wiek) i te piękne barokowe odrzwia rzeźbione przez Castellich, w której Henryk Waza i Tadeusz Kościuszko mieszkali? - a to Karol XV zbudował dla swego syna Jerzego. Kamienica pod Jaszczurami (XV-ty wiek)? A to Ludwik IX wystawił ją dla swej żony, Klementyny.

Wieczorem Marek ryczał mi w ucho przez telefon: ”babo, czyś ty zwariowała? Myśmy nie mieli żadnych Ludwików czy Karolów” a ja spokojniutko mówiłam: nie denerwuj się. Teraz już macie.

Na drugi dzień ciąg dalszy zwiedzania. Nogi mi odpadają. Kamienica Montelupich? To rezydencja włoskiej rodziny z Florencji, która w 1556r. wprowadziła pierwszą pocztę w Polsce. W Kamienicy Firlejowskiej, przebudowanej w 1605r. Dmitri, pretendent do rosyjskiego tronu ożenił się z Maryną Mniszkówną. Spiski Pałac (XV-ty wiek) w mojej wersji stanął dzięki Jerzemu XII. Później na pierwszym piętrze freski o panu Twardowskim namalował Kazimierz Tetmajer. Kamienica Hetmańska (Stara Mennica z XIV-go wieku) była pałacem Jana z Melsztyna, kasztelana Kazimierza Wielkiego. Pałac pod Baranami (XIV-ty wiek) później zamieszkały kolejno przez największych magnatów polskich (Radziwiłłów, Ostrowskich, Wielkopolskich) - Henryk VII kazał wybudować dla swojej przyszłej żony Katarzyny. Pałace Potockich, Pugetów, Wodzickich, Czartoryskich, Zbaraskich - do dzisiaj (łącznie ze mną) nie wiedzą, bidule, komu przypisałam ich budowę w ” mojej” historii Polski.

Kiedy wieczorem zdawałam Markowi kolejną telefoniczną relację z naszego zwiedzania i nowej historii Polski, ciągle mnie rugał: ”jak mogłaś? Myśmy nie mieli czwartego powstania”. ”No to fajno – uspokajałam go - teraz macie”. Znowu mnie ofuknął: ”daj już spokój. Myśmy nie mieli żadnych Ludwików, Jerzych i Karolów.” Nic nie szkodzi – odpowiadałam beztrosko. Teraz mamy. A co? Czy my gorsi? Mogła Francja mieć gamę Ludwików, mogła Anglia mieć plejadę Henryków i Jerzych? To, dlaczego my nie mamy mieć? Ciesz się, że żadnego Haakona czy Fryderyka nie wymyśliłam.” Chyba go nie przekonałam.

Na kolację wzięłam Toma do Wierzynka. No! To było to! Chłop zgłupiał doszczętnie. Zdruzgotałam go. Kiedy mu powiedziałam, że siedzi w tej samej ”komnacie”, w której Wierzynek w 1364r. podejmował Kazimierza Wielkiego, jego oczy zrobiły się jak dwa spodki. Z przejęcia. A kiedy na stół wjechały potrawy, których nigdy w życiu ani widział ani kosztował, zapomniał, że mogą być ”too rich” i jadł aż mu się uszy trzęsły. Moja dotychczasowa męka i wysiłek zostały wreszcie ukoronowane.

 

                                                GÓRY, NASZE GÓRY

 

Droga do Zakopanego nie była łatwa. Nie miałam zimowych opon ani łańcuchów. Znowu dzięki Markowi, mogliśmy się zatrzymać w ”Kasprowym”. Śnieg padał wielkimi płatami. Tom chciał zaraz gdzieś lecieć, coś zwiedzać. Wreszcie się postawiłam i …  odmówiłam. Byłam bardzo zmęczona. Ale Szkot-góral był w swym żywiole i nie zamierzał z czegoś zrezygnować. Po raz pierwszy wyruszył gdzieś sam i świetnie mu to poszło. Przygruchał sobie jakiegoś górala ze saniami, a ten ze swoją szkapiną-poczciwiną obwoził go po okolicy. Nie wiem jak oni się porozumiewali. Ale po każdym Toma powrocie do hotelu, więcej wiedziałam o Wodogrzmotach Mickiewicza i Janosiku, o Siedmiu Kotach i Giewoncie, o Kasprowym i Gubałówce, aniżeli jakiekolwiek hotelowe foldery mogły mnie poinformować. Trzy dni wytrzymałam. Ja w hotelowym basenie, Tom w górach. Ja znudzona i wściekła, Tom oczarowany i szczęśliwy. Dobrze, że ”Hortex” piekł cudowne ciasta. Szczególnie arcy-smaczne rożki czekoladowe.

Dzień w Oświęcimiu nie należał do przyjemnych. Obóz opuszczaliśmy w milczeniu. Żadne z nas nie potrafiło powiedzieć coś normalnego, coś zwyczajnego. Siedzieliśmy w samochodzie, pilnie studiując mapę i oboje ukradkiem ocieraliśmy łzy. Tego dnia nigdy nie zapomnę.

 

                              PIJ, PIJ, PIJ BRACIE, PIJ….

 

Trasa na Wrocław wiodła przez Tychy. Nic o tym mieście nie wiedziałam. Dzisiaj, wiem znacznie więcej. Kiedy stwierdziliśmy, że jesteśmy głodni, jak na zawołanie, naszym oczom ukazała się bardzo ładna restauracja. W środku, już po chwili, wiedziałam, że wokół nas wszyscy są pijani. W cztery d… Godzina była około 13-tej. Miałam nadzieję, że Tom się nie zorientuje. Pobożne życzenie.

Tylko przy jednym stoliku było jeszcze miejsce. Samotny człowiek jadł zupę. Spytałam czy krzesła są wolne. Nie odpowiedział, więc usiedliśmy. Pani kelnerce nie spieszyło się do nas. Okazałe menu na kilka stron, napisane było wyłącznie po polsku. Właśnie tłumaczyłam Tomowi, że chyba sznycel po wiedeńsku będzie mu odpowiadał, kiedy ten człowiek, z nad zupy, spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie i chlup - głowa wpadła mu do zupy. I tak pozostała. Tom zaniemówił. Parę sekund przypatrywał się tej rodzajowej scence, po czym szepnął mi na ucho: ”szybko. Rób coś. Ten człowiek zaraz się udusi”. ”Jak to się udusi?” - zapytałam naiwnie. Tom już nie czekał. Zerwał się, obiegł stół, złapał faceta za włosy, wyciągnął talerz z pod jego twarzy, po czym bardzo delikatnie ułożył mu główkę na poplamionym obrusie.

Bałam się, czy ktoś się na nas nie rzuci za fizyczne spostponowanie człowieka. Niepotrzebnie się denerwowałam. Pies z kulawą nogą nie zwrócił na nas uwagi. ” Coś ty zrobił? Co to było?” - pytam szeptem. Tom, z zimna krwią, mówi: ”przypuszczam, że uratowałem mu życie. Nos i usta miał w płynie. Jest chyba w sztok zalany, byłby się utopił. I nikt by nawet nie zauważył ”. Czy on zwariował? Utopić się w talerzu zupy?!

Wreszcie podchodzi kelnerka. ”Dwie golonki z grochem?” - pyta. ”Nie, proszę pani...” Kelnerka nie daje mi skończyć. Wyjmuje mi kartę z ręki i mówi dobitnie: ”coś pani? Życia nie zna, czy co? Jest golonka albo nic”. Nie znałam życia. Zarządziłam odjazd. W wozie, Tom się pyta co się stało. Mówię mu, że kelnerka była tak uprzejma, że mnie uprzedziła, że co lepszych dań już nie ma, a te, które pozostały, ona nie rekomenduje. Obiecuję mu, że za chwilę znajdziemy inną restaurację. Na razie Tom chce tylko wiedzieć, dlaczego w biały dzień wszyscy ludzie w tej knajpie byli pijani.

 

        CIĄG DALSZY ”NOWEJ” HISTORII I GEOGRAFII TEŻ

 

W desperacji, bez zastanowienia, tym razem ”piszę” słowami następny rozdział historii Polski. I geografii też. ”Widzisz” - mówię - jesteśmy na Śląsku. Surely, you must have heard of Silesia. Jest to serce polskiego przemysłu górniczego. Naokoło nas są same kopalnie. A ci ludzie, to są górnicy, którzy zeszli z nocnej szychty. To tak jak u nas w Burnley czy innym Durham, gdzie górnicy, po pracy, idą do pubu. Zaraz pójdą do domu, pośpią sobie, aby na noc znowu zameldować się w kopalni. Co? Że aż tak pijani? Oni normalnie tyle nie piją, ale dzisiaj jest ich wielkie święto. Barbara, ich patronka obchodzi imieniny” - ciągnę bez zająknięcia. ”A gdzie są szyby? Ani jednego nie widziałem” - mówi Tom. ”Phi, oni tu mają nową, sowiecką technologię Szyby są teraz niewidoczne. Żeby nie można ich było z powietrza namierzyć”. Boże, co za bzdury ja wygaduję! Ale Tom tylko gwizdnął z podziwu, takie to na nim zrobiło wrażenie. Za chwilę istotnie znalazła się restauracja. Coprawda tylko kat.III, ale za to z domowym i smacznym jedzeniem.

We Wrocławiu opowiadam o tym kuzynce. Skręciło ją ze śmiechu. ”Czyś ty zwariowała?” - mówi. ”W Tychach nie ma ani jednej kopalni. Jest tylko kolosalny browar. I są deputaty.” Tak, jakbym ja o tym już od czterech godzin nie wiedziała.

 

                                       SKĄD WRACAJĄ BRYTYJCZYCY?

 

Przez całą drogę do domu, Tom biadolił, że tyle urlopów wcześniej zmarnował,  nie jadąc z nami do Polski. Że nie był w Toruniu (Kopernik), w Częstochowie (Jasna Góra), nie zobaczył polskiego morza (odbudowany Gdańsk). Skąd on to wszystko wiedział? Tom wracał naprawdę zauroczony Polską. Największe wrażenie wywarły na nim Kraków i Zakopane. Co chwilę wracał wspomnieniami do jakiegoś szczegółu, który utrwalił mu się w pamięci. Przez całą drogę powtarzał, że następny urlop spędzi w Polsce. Nie miałam serca mu powiedzieć: proszę bardzo, byle tylko nie ze mną. Bowiem to nie był mój rodzaj urlopu. Jeden zalicza zabytki, ja wolę zaliczać zbytki.

Tom często bywa teraz w Polsce. Zaliczył już prawie wszystko, co godne jest zwiedzenia. Karkonoszy nie lubi. Ciągle najlepiej czuje się w Zakopanem. Stale dostaję od niego mnóstwo fotografii. Z dumą paraduje w góralskim stroju, albo pozuje z bernardynami na Gubałówce. Czasem na koźle dorożki. Bez wytchnienia łazi po górach. I zwiedza. Pod koniec urlopu odpoczywa w Krakowie na rynku, popijając colę pod malowniczymi parasolami.

No cóż? Jeden lubi tak – inny lubi siak. Jak niegdyś moja ciocia, ja najchętniej zwiedzam sklepy, teatry i restauracje. W naturze i w rodzinie, prawie nigdy nic nie ginie!