HISTORIA POLSKI - a la Ninon
Jedni
lubią muzykę klasyczną, ja lubię jazz. Jedni chętnie
oglądają tragedie, ja kocham komedie. Jedni zachwycają się
baletem w teatrze, ja zawsze wolałam własny; ten na parkiecie. Jedni
lubią zwiedzać – ja wolę odwiedzać. I, ażeby się
zbytnio tym nie przemęczać, najchętniej odwiedzam… wspomnienia.
Każdy
okres świąteczny, który ma być przecież pogodny i radosny,
nie wiem dlaczego, nieodmiennie powoduje we mnie nawroty załzawionej
nostalgii. Za tamtym światem, za rajem utraconym, za moją beztroską
młodością. I tamtą naiwną wiarą, że każde
”jutro” będzie na pewno różowsze. A tymczasem ”jutro” bywało
rozmaite. We wszystkich odcieniach. Jak to w życiu. Ale każde
”wczoraj” pozostaje tak urocze, że czasami bajką się wydaje.
Bajką,
która, klasycznie ma zaczynać się od słów: za górami, za
lasami… W moim przypadku, dodać jeszcze trzeba: i za oceanem. W starej,
ale zawsze jarej Europie, żyłam sobie radosna i szczęśliwa aż
do czasu, kiedy życie zaczęło mi się pruć. (Każda
pani zna to uczucie, kiedy jakaś niebacznie pociągnięta nitka
powoduje, że rąbek sukienki nagle opada i zwisa bezradnie). Ale zanim
ta alegoryczna sukienka zaczęła się pruć, naprzód była
przecież piękna. Miękka, lejąca się i bajecznie
kolorowa. Nosiłam ją na codzień, co znaczy - korzystałam z
życia. Każdą wolną chwilę od pracy (w Anglii nie było
ich za wiele), starałam się spędzać poza domem. W zimie na
nartach, w lecie na plaży. No, a w międzyczasie – były przecież
jeszcze wyskoki do Polski.
Z
łezką w oku, wspominam dziesięć dni, wiele, wiele lat temu,
tuż przed Bożym Narodzeniem, spędzonymi w Polsce, zupełnie
inaczej niż normalnie. Niecałe dwa tygodnie, niemające nic wspólnego
ze Świętami ani świąteczną tradycją, natomiast
wszystko z przymusową rolą niechętnego cicerone.
Nieplanowaną misją ”dyrektora wycieczki”, obfitującej w
ciekawostki, na zawsze utrwalone w mojej pamięci.
MOJA CIOCIA Z ARGENTYNY
Moja,
nie tyle nadgryziona, ile prawie już zupełnie zjedzona zębem
czasu, bardzo wiekowa ciocia z Argentyny nagle zdecydowała się spędzić
Boże Narodzenie w Polsce. Nagle zatęskniła do karpia, pierogów i
kutii. W rozmowie telefonicznej, głosem nieznoszącym sprzeciwu, oświadczyła,
iż jest to na pewno jej ostatnia podróż do Europy i jeśli teraz
się z nią nie spotkam, nigdy więcej w życiu się nie
zobaczymy. (Aczkolwiek przez wiele dekad niestrudzenie korespondowałyśmy
ze sobą, cioci raczej nie pamiętałam. Ciocia, pierwszy i ostatni
raz, osobiście złożyła pocałunek na moim czółku,
kiedy miałam lat siedem. A to było doprawdy bardzo dawno.) Nie
omieszkała też nadmienić, że obie moje kuzynki, z Wiednia i
Paryża, już przygotowują się do wyjazdu do Warszawy. To, co?
Londyn miał być gorszy?
Ciocia
była nestorką rodu, wypadało okazać szacunek. Zresztą,
co tam! Każda okazja do wyskoku do Polski była zawsze dobra. Szybko i
sprawnie załatwiłam sobie niepłatny urlop z pracy, dokumenty podróżne,
bilet na prom i nic już nie stało na przeszkodzie, ażeby pokłonić
się rodzinie.
Ale
co mnie podkusiło ażeby w zimie jechać do Polski samochodem?
Przejściowy udar mózgu, czy co? No, bo jazda niebezpieczna i kłopotliwa.
Gdybym poleciała samolotem, wszystko potoczyłoby się inaczej.
Miałam
spędzić beztroskie, sielankowe, pozbawione problemów, krótkie
wakacje. Miałam złożyć kilka wizyt cioci z Argentyny i
licznej, krajowej rodzinie. Miałam spotkać się z gronem kochanych
przyjaciół. Miałam zobaczyć szereg polskich filmów, kilka
spektakli w teatrach i zaliczyć chociaż jeden kabaret. Miałam
latać po księgarniach w poszukiwaniu polskich kryminałów (najlepiej
Chmielewskiej i Egideya). Miałam łazić po kawiarniach i łakomie
pałaszować niezliczone ilości napoleonek (w Anglii nieznanych), aż
mi krem uszami będzie wychodził. Miała być tylko Warszawa,
radocha, dolce far niente i nic więcej!
Urlop zapowiadał
się nader korzystnie. W ”Pronicie” na Kruczej, udało mi się
zdobyć kilka kaset z doskonałymi polskimi nagraniami. Kupiłam
sobie modną, śliczną czapę z białego lisa. W
”Pagarcie” na Marszałkowskiej bilety do teatrów były oczywiście
dawno wysprzedane, ale, od czego są ”koniki”? Jako, że już się
naumiałam jak to się robi. To też bez trudu kupiłam bilety
na najlepsze i najbardziej okrzyczane spektakle. Nawet na ”Kabaret pod Egidą”.
Bilety były horrendalnie drogie, ale co tam! Furda! Jestem na urlopie! Raz
się żyje, raz się tyje, raz się zalicza.
ŻYCIE SIĘ KOMPLIKUJE. NA
IMIĘ MA - TOM
Wracam
z kolacji u przyjaciół. W hotelu zastaję wiadomość, że
były do mnie dwa telefony. Obydwa od Toma. Mam natychmiast oddzwonić.
Przerażona, że coś się stało, zamawiam rozmowę.
Jest grubo po północy, kiedy wreszcie uzyskuję połączenie.
”Słuchaj” – mówi, normalnie bardzo powściągliwy, ale teraz
ogromnie podniecony, Tom (facet, który koniecznie chciał być moim, jeśli
nie mężem, to chociaż ”osobistym narzeczonym”, ale ja nie
chciałam. Nie nadawałam do wtórnego zamążpójścia) -
pomyślałem sobie, że ja nigdy w Polsce nie byłem, a tyle się
przecież od Mietka i ciebie o niej nasłuchałem. Postanowiłem
wykorzystać to, że tam jesteś i zobaczyć Polskę. Ty będziesz
miała ochroniarza, a ja skonfrontuję wasze opowiadania z rzeczywistością;
wreszcie zobaczę ten kraj. Wszystko załatwione, jutro do ciebie lecę.
Proszę zamów mi pokój w twoim hotelu i odbierz mnie w południe z
lotniska. No to do zobaczenia za kilka godzin. Cium. Buźka.” I odwiesił
słuchawkę.
A
niech to dunder świśnie! Po cholerę mi to? Co ja mam teraz zrobić?
Wszystkie moje plany szlag trafił. Drugiego biletu na spektakle nie mam, a
nawet gdybym miała – to, po co? On po polsku nie rozumie.
Później się dowiedziałam, że po moim wyjeździe,
Tom był u naszych przyjaciół na obiedzie. Rozmowa wnet zeszła na
mnie i mój pobyt w Warszawie. Ewa (moja najlepsza przyjaciółka) powiedziała,
że bardzo mi tego zazdrości. I dawaj z łezką w oku domyślać
się, jakie to cudowne zabytki my dzisiaj z ciocią zaliczamy. (Nie mogła
się bardziej mylić. Ciocia, wychowana w Warszawie, za zabytek miała
tylko siebie samą. Zaliczała restauracje, kawiarnie, sklepy i… bazar
Różyckiego! Ten ostatni, z powodu przedwojennych staroci. Nie bez kozery,
zresztą. Albowiem dwa kobaltowe talerze, pieczołowicie opakowane,
prosto z bazaru odleciały do Argentyny, gdzie zrobiły nową karierę,
uzupełniając cioci ukochany, acz niekompletny, serwis.)
Kiedy
Ewa roztaczała uroki polskich zabytków, jej mąż dopełniał
kieliszki i zamartwiał się (znając moją predylekcję do
szybkiej jazdy) jak ja będę wracała moim lekkim, sportowym
wozikiem po ośnieżonej, niemieckiej autostradzie, na której nie ma
ograniczenia szybkości. Doszli do epokowej konkluzji, że ekstra obciążenie
byłoby idealnym rozwiązaniem problemu. Czyli, Tom miał robić
za balast. I, przy sposobności, wreszcie zobaczyć Polskę. Zaczęli
nad nim pracować. Po kilku godzinach swoje osiągnęli. W pijanym
widzie, wstąpił w niego duch jego walecznych, szkockich przodków i
Tom, uniesiony własnym rycerstwem, ryknął gromkim głosem,
że natychmiast leci do Polski, ażeby służyć mi w
potrzebie. Moi kochani spiskowcy szybko ustalili, że nazajutrz, w cztery ręce,
załatwią jego wizę, ”vouchery” i wykupią mu bilet
lotniczy w jedną stronę. Wracać będzie ze mną. A to,
że mnie życie komplikują – nie przeszło im nawet przez głowę.
Myślałam,
że ich ukatrupię! Kocham Toma jak brata do dnia dzisiejszego, ale
wtedy, w Polsce, był mi tak potrzebny jak piąte koło u wozu.
Witajcie kłopoty! Żegnajcie teatry. Uszami wyobraźni już słyszałam,
jak ciocia przez cały boży dzień, co chwilę będzie pytać:
”a co on mówi”? Na urlopie, psiakrew, jestem! Mam się bawić, mam
leniuchować A tymczasem zamiast przyjemności, będę tłumaczem
i cicerone. Bo, jak znam życie i Toma, w kilka dni zechce zaliczyć
wszystko, co Polsce zajęło ponad milenium na zbudowanie.
SZKOCI
- TEŻ LUDZIE
Czas,
ażeby przedstawić Toma. W życiu służbowym był
naszym adwokatem. W życiu prywatnym, najbliższym przyjacielem. Był
wysokim, bardzo przystojnym, wąsatym i brodatym facetem. Taki fajny, czarny
misio. W nienagannie skrojonym garniturze, prosto z Saville Row (krawieckiej
Mekki możnych tego świata), dyskretnym krawacie jego alma mater, elegancki, wesoły, nieprawdopodobnie oczytany,
erudyta - zachwycał naszych polskich przyjaciół. Tom był zażartym
Szkotem, potomkiem jednego z najwaleczniejszych klanów. Kochał swoją
Szkocję miłością wielką i gorącą. Anglików
nie trawił. Może z tego powodu jego sympatia do Polaków, nie miała
wręcz granic?
Nie
mniej, uczucia to jedna rzecz, a biznes – to druga. Kiedy po studiach w
Oksfordzie, dostał propozycję intratnej pracy w wielkiej firmie
adwokackiej w Londynie, ”spodlił się” – jak zwykł mawiać
i osiadł w Londynie. Z czasem otworzył własną kancelarię.
Ożenił się z Mary, Szkotką oczywiście. Mary, niestety,
w bardzo młodym wieku zachorowała na raka i wnet zmarła. Dzieci
nie mieli. Tom był zdruzgotany. Jeszcze długo po jej śmierci,
Mietek i ja nie odstępowaliśmy Toma ani na krok. Ja byłam opiekuńcza
jak kwoka, Mietek był czujny jak Cerber. Chuchaliśmy na niego. Baliśmy
się o niego. W efekcie końcowym, nasza troskliwość zaowocowała
przyjaźnią na śmierć i życie. (Później role się
odwróciły. Tom stał przy mnie jak skała Gibraltaru, kiedy Mietek
umierał.) Nasza przyjaźń pali się jasnym płomieniem do
dnia dzisiejszego. Dzięki Ci, Panie Boże, za internet, za e-mail, za
SKYPE i za karty telefoniczne...
Nasi
polscy przyjaciele nauczyli się, że Tom jest obecny na każdej
naszej party. Że Tom, na zmianę z Mietkiem, urzęduje za barem.
Że Tom zmienia taśmy w ”graju”, czy, że Tom opróżnia
popielniczki; przynosi lód z zamrażalnika. Weszło też w zwyczaj,
i nikt się nie dziwił, że Tom jedzie z nami na urlop do Włoch
czy Hiszpanii. (Myśmy za to jeździli z nim do Szkocji kibicować,
kiedy on brał udział w zawodach w St. Andrews (kolebce golfa.) Ale
”na kontynencie”, czyli Europie, kiedy myśmy leżeli na piasku i
smażyli się na raka, Tom znikał natychmiast. W Hiszpanii jechał
do Madrytu, aby całymi dniami nie wychodzić z Prado i innych muzeów.
To samo w Toledo, Sewilli czy Barcelonie. We Włoszech, kiedy myśmy
znowu prażyli się na plaży, czy wieczorem przy podmuchu łagodnego
wiaterku z nad Adriatyku, tańczyli w jakiejś malowniczej, nadmorskiej
muszli, on zaliczał zabytki we Florencji i Wenecji. W Mediolanie - on znał
muzea, katedry i kościoły; myśmy znali sklepy i restauracje...
Jedynym
krajem, do którego nigdy nie udało nam się go zwabić, była
Polska. Nie było takiej siły, ażeby, chociaż na chwilę,
wziął tę opcję pod uwagę. Nigdy się do tego nie
przyznał, ale myślę, że bał się komuny. Tyle się
od nas nasłyszał o Syberii, o Katyniu, o UBecji, że pewnie tylko
z tym koszmarem ”soc-blok” mu się kojarzył. Tom chętnie wysłuchiwał
naszych opowieści o pobycie w Polsce. Kiwał głową, grzecznie
oglądając nasze fotografie. I nic. Tylko jeden, jedyny raz oczko mu
zabłysło. Na widok Tatr.
WARSZAWO, TY MOJA WARSZAWO....
Nazajutrz
stałam na Okęciu i przystroiwszy twarz w entuzjazm, witałam Toma
w Warszawie. Welcome to Poland, dear friend! Czyniłam honory domu, niczym
stara warszawianka. W moim hotelu nie było miejsca. Więc zaparkowałam
go u Marków. Naszych przyjaciół, których Tom znał z ich częstych
wizyt u nas w Londynie. (A ja chciałam jeszcze zaliczyć spektakl, na
który dawno ostrzyłam sobie zęby). Markowie świetnie mówili po
angielsku, spokojnie zostawiłam go pod ich pieczą. Wielki błąd!
Albowiem,
kiedy rano zgłosiłam się po niego, rozradowany Tom pokazał
mi imponujący harmonogram, wspólnie z Markami ułożony przy
kolacji. Dowiedziałam się, że oglądamy nie tylko Warszawę.
Że po Warszawie, zahaczamy jeszcze o Kraków, Zakopane i Oświęcim.
Wracać będziemy przez Wrocław i Zieloną Górę. Cholera!
Wstąpię do piekieł - po drodze mi będzie. Dlaczego nie
przyleciałam samolotem?!
”NOWA”
HISTORIA POLSKI. GEOGRAFII TEŻ.
Tomowi
Warszawa bardzo się podobała. Jedzenie mniej. Wszystko było mu
”too rich”. Ciocia była Tomem ujęta, ale nie mogła, biedna,
zrozumieć, dlaczego taki elegancki i kulturalny gentleman nie mówi po
francusku? Fi donc! Nie mniej, kupiła mu album. Ażeby zobaczył
jak wyglądała Warszawa przed wojną, zaraz po wojnie i teraz.
Niech sam oceni, czego dokonali Polacy. Docenił. I autentycznie podziwiał.
Strasznie
po kulach dostałam. Tyle razy byłam w Warszawie, ale nigdy tak mnie
nogi nie bolały. Po dwóch dniach, po zaliczeniu Starówki, Wilanowa, Jabłonnej,
Zamku Królewskiego, Żelazowej Woli (łącznie z wysłuchaniem
koncertu kolęd), Belwederu, niezliczonych kościołów, jeszcze cwałem
przelecieliśmy śródmieście. Po czym pożegnałam rodzinę
i z miną kogoś, kto idzie (jedzie?) na ścięcie, ruszyłam
na południe. Dziękowałam Bogu za obwodnice, ale i tak nie zawsze
udawało mi się uniknąć zwiedzania.
Tom
na widok każdej tablicy z napisem: ”muzeum”, ryczał ”stop” –
i nie było odwrotu. Ani wykrętu. W ten sposób (gdzieś w okolicy
Radomia) byliśmy pierwszymi obcokrajowcami w Muzeum Ludowych Instrumentów
Muzycznych. Tom łaził po salach, zachwycał się eksponatami a
ja nerwowo zerkałam na zegarek. Tom zobaczył kobzę i już nie
można go było z tej sali wyłuskać. Uprzejma pani, widząc
jego żywe zainteresowanie tym instrumentem, powiedziała, że choć
nie powinna, to jednak wyjmie toto z gabloty, jeśli ten pan chce sobie bliżej
obejrzeć. Obejrzeć
on nie chciał. On chciał grać. Jankiel dla ubogich, psiakrew! Ale
nawet mnie zatkało, kiedy rzewnie (i bezbłędnie) odegrał
”Amazing Grace”. Pani kustosz żegnała nas ze łzami w oczach.
KRAKOWIACZEK CI JA...
Do
”Holiday Inn” dojechaliśmy pod wieczór. Mieliśmy zarezerwowane
pokoje, bo Marek (w Polsce wielce poważany VIP) miał chody i zamówił
je przez telewizję. Ledwo zjedliśmy kolację, Marek zadzwonił.
Doradził, abym sobie spisała, co mamy oglądać i opowiedział
mi kilka historyjek o Krakowie. On wiedział, że ja nigdy w Krakowie
nie byłam, że nic nie wiem. Dlatego nie chciał ażeby ”wiódł
ślepy – kulawego”, kiedy na drugi dzień zaczniemy zwiedzanie.
Dobrze, że zadzwonił. Inaczej byłby wielki wstyd!
Kiedy
wchodziliśmy do Kościoła Mariackiego, akurat rozległ się
hejnał. Tę historię akurat znałam, więc opowiedziałam
Tomowi legendę o trębaczu na wieży. Kościół był
pusty. Usiedliśmy naprzeciw ołtarza i Szkot... zaniemówił. Oh my
God, my good God – powtarzał, w zachwycie. Co to jest? Strasznie się
zawstydziłam. Bo nie wiedziałam. Zrobiło mi się bardzo
łyso, gdyż nagle zdałam sobie z tego sprawę, jakie ja mam
straszliwe braki kulturowe. Podświadomie wiedziałam, że siedzę
przed historią. Przed czymś bardzo wielkim, przed cudowną sztuką
sakralną - lecz furt nie wiedziałam, co to jest. Lecz, Ktoś, tam
na górze, czuwał nade mną i nie pozwolił mi się zblamować.
Pozwolił przypomnieć sobie, że kiedy wchodziliśmy do kościoła,
na sztachetkach nazewnątrz wisiało mnóstwo afiszy.
Pomyślałam
sobie, że nie wiszą tam przecież bez kozery. Więc zamiast
odpowiedzi, zmuszona byłam zanieść się tak potwornym kaszlem,
że kościół musiałam opuścić. Przed kościołem
gorączkowo zaczęłam przeglądać te afisze. Bingo! Znalazłam.
Jedną ręką oparta o sztachetki, drugą z chusteczką przy
ustach, chłonęłam cenne informacje. Po czym wróciłam do kościoła,
wślizgnęłam się w ławkę i podjęłam temat.
“O co pytałeś? Gdzie my jesteśmy i co to jest?” Po czym,
nonszalancko, jęłam recytować: ”jesteśmy w Kościele
Mariackim, którego budowa rozpoczęła się w 1223r. To, co tak
podziwiasz, jest to gotycki penaptyk (11 x 13 metrów), wyrzeźbiony przez
Wita Stwosza. Tak naprawdę, to on się nazywał Veit Stoss, był
Niemcem i pochodził z Norymbergii. Ale zakochał się w Polsce i
dlatego przyjął ten obstalunek. Te płaskorzeźby z życia
maryjnego i chrystologicznego rzeźbił od maja 1477 aż do lipca
1489. Otrzymał za nie 1808 florenów, co było rocznym budżetem
miasta Krakowa. Jest to największy skarb nie tylko Krakowa (starej stolicy),
ale całej Polski.” Wniebowzięty Tom spojrzał na mnie z uznaniem
a ja rosłam w dumie.
Zaliczyliśmy
część Wawelu dostępną publiczności. Katafalk
marszałka Józefa Piłsudskiego był zasypany studenckimi
niebieskimi i czerwonymi tarczami niezliczonych uczelni. Tom chciał wiedzieć,
co to znaczy. Nie będąc nawet pewna czy tak jest istotnie, oznajmiłam,
że to młodzież demonstruje. Nie wierzy w bajeczki komunistów i w
ten sposób oddaje hołd budowniczemu wolnej Polski. Opowiedziałam mu
też legendę o dzwonie Zygmunta i jego powstaniu. O tym, że kiedy
mieszczanie na prośbę króla Zygmunta, wrzucali do wielkiego tygla na
rynku swoje kosztowności ażeby pokryć koszt odlania dzwonu, mały,
ślepy lirnik wrzucił strunę ze swej liry. Gdyż to było
najcenniejsze, co posiadał. Stąd ”Zygmunt” ma najpiękniejszy
dźwięk wśród wszystkich dzwonów na świecie.
Wychodzimy
na rynek. Idąc ulicą Floriańską, Tom poszedł oglądnąć
od zewnątrz Barbakan. Mnie cudowna woń nakazała dać nura na
podwórze przedostatniej kamienicy po lewej stronie. Cukiernia!
I
najlepsze kremówki (żadne tam napoleonki) w całej Polsce! Zanim Tom
wrócił, ja już zdołałam opchnąć cztery i cała
obsypana cukrem-pudrem, nareszcie w różowszych barwach zobaczyłam
świat.
Poszliśmy
oglądać kamienice. Anglosasi i Celtowie mają wielkie poczucie
historii. Strasznie kochają starocie i wielkie mają dla nich
poszanowanie. Tom właził wszędzie, gdzie tylko można było
i wszystko chciał wiedzieć. Skąd ja, do jasnej Anielki, miałam
to wszystko wiedzieć? Po paru godzinach, miałam taki mętlik w głowie,
że wszystko, co mi Marek przekazał, gruntownie mi się pokiciało.
A sztachetek i napisów nie ma.
No
to nie chcąc okazać kompletnej ignorancji, postanowiłam
improwizować. A, że fakty i tak pomieszały mi się z fikcją,
powstała zupełnie nowa historia Polski. W ten oto prosty sposób, poza
kilkoma ekstra rozbiorami, poczet królów polskich wzbogacił się o
kilku Ludwików, Karolów, Jerzych, Henryków i nawet jednego Wilhelma. Wszak
Przemysława, Bolesława czy Kazimierza - Tom i tak ani wymówi ani
spamięta, prawda? Dla okrasy (i emancypacji), dorzuciłam jeszcze hojną
rączką ze dwie Elżbiety i jedną Marię (Mary - Szkota
sercu imię zawsze miłe!) Właściwie, w tej wyliczance, tylko
jedna Anna (Jagiellonka) była autentyczna.
Zaliczamy
Sukiennice. Później pałac ”Pod Gruszką” Morsztynów,
oryginalnie zbudowany w 1386r (Wilhelm Austriacki tam się właśnie
spotykał z ukochaną Jadwigą). Pałac Wodzickich? – zaraz,
zaraz. Czego to ja nie wymyślałam? To Ludwik XI zbudował go dla
swej metresy Teresy. Gotycka Szara Kamienica (XIII i XIV wiek) i te piękne
barokowe odrzwia rzeźbione przez Castellich, w której Henryk Waza i
Tadeusz Kościuszko mieszkali? - a to Karol XV zbudował dla swego syna
Jerzego. Kamienica pod Jaszczurami (XV-ty wiek)? A to Ludwik IX wystawił ją
dla swej żony, Klementyny.
Wieczorem
Marek ryczał mi w ucho przez telefon: ”babo, czyś ty zwariowała?
Myśmy nie mieli żadnych Ludwików czy Karolów” a ja spokojniutko mówiłam:
nie denerwuj się. Teraz już macie.
Na
drugi dzień ciąg dalszy zwiedzania. Nogi mi odpadają. Kamienica
Montelupich? To rezydencja włoskiej rodziny z Florencji, która w 1556r.
wprowadziła pierwszą pocztę w Polsce. W
Kamienicy Firlejowskiej, przebudowanej w 1605r. Dmitri, pretendent do
rosyjskiego tronu ożenił się z Maryną Mniszkówną.
Spiski Pałac (XV-ty wiek) w mojej wersji stanął dzięki
Jerzemu XII. Później na pierwszym piętrze freski o panu Twardowskim
namalował Kazimierz Tetmajer. Kamienica Hetmańska (Stara Mennica z
XIV-go wieku) była pałacem Jana z Melsztyna, kasztelana Kazimierza
Wielkiego. Pałac pod Baranami (XIV-ty wiek) później zamieszkały
kolejno przez największych magnatów polskich (Radziwiłłów,
Ostrowskich, Wielkopolskich) - Henryk VII kazał wybudować dla swojej
przyszłej żony Katarzyny. Pałace Potockich, Pugetów, Wodzickich,
Czartoryskich, Zbaraskich - do dzisiaj (łącznie ze mną) nie wiedzą,
bidule, komu przypisałam ich budowę w ” mojej” historii Polski.
Kiedy
wieczorem zdawałam Markowi kolejną telefoniczną relację z
naszego zwiedzania i nowej historii Polski, ciągle mnie rugał: ”jak
mogłaś? Myśmy nie mieli czwartego powstania”. ”No to fajno
– uspokajałam go - teraz macie”. Znowu mnie ofuknął: ”daj
już spokój. Myśmy nie mieli żadnych Ludwików, Jerzych i Karolów.”
Nic nie szkodzi – odpowiadałam beztrosko. Teraz mamy. A co? Czy my gorsi?
Mogła Francja mieć gamę Ludwików, mogła Anglia mieć
plejadę Henryków i Jerzych? To, dlaczego my nie mamy mieć? Ciesz się,
że żadnego Haakona czy Fryderyka nie wymyśliłam.” Chyba go
nie przekonałam.
Na
kolację wzięłam Toma do Wierzynka. No! To było to! Chłop
zgłupiał doszczętnie. Zdruzgotałam go. Kiedy mu powiedziałam,
że siedzi w tej samej ”komnacie”, w której Wierzynek w 1364r.
podejmował Kazimierza Wielkiego, jego oczy zrobiły się jak dwa
spodki. Z przejęcia. A kiedy na stół wjechały potrawy, których
nigdy w życiu ani widział ani kosztował, zapomniał, że
mogą być ”too rich” i jadł aż mu się uszy trzęsły.
Moja dotychczasowa męka i wysiłek zostały wreszcie ukoronowane.
GÓRY,
NASZE GÓRY
Droga
do Zakopanego nie była łatwa. Nie miałam zimowych opon ani łańcuchów.
Znowu dzięki Markowi, mogliśmy się zatrzymać w ”Kasprowym”.
Śnieg padał wielkimi płatami. Tom chciał zaraz gdzieś
lecieć, coś zwiedzać. Wreszcie się postawiłam i … odmówiłam.
Byłam bardzo zmęczona. Ale Szkot-góral był w swym żywiole i
nie zamierzał z czegoś zrezygnować. Po raz pierwszy wyruszył
gdzieś sam i świetnie mu to poszło. Przygruchał sobie
jakiegoś górala ze saniami, a ten ze swoją szkapiną-poczciwiną
obwoził go po okolicy. Nie wiem jak oni się porozumiewali. Ale po każdym
Toma powrocie do hotelu, więcej wiedziałam o Wodogrzmotach Mickiewicza
i Janosiku, o Siedmiu Kotach i Giewoncie, o Kasprowym i Gubałówce, aniżeli
jakiekolwiek hotelowe foldery mogły mnie poinformować. Trzy dni
wytrzymałam. Ja w hotelowym basenie, Tom w górach. Ja znudzona i wściekła,
Tom oczarowany i szczęśliwy. Dobrze, że ”Hortex” piekł
cudowne ciasta. Szczególnie arcy-smaczne rożki czekoladowe.
Dzień
w Oświęcimiu nie należał do przyjemnych. Obóz opuszczaliśmy
w milczeniu. Żadne z nas nie potrafiło powiedzieć coś
normalnego, coś zwyczajnego. Siedzieliśmy w samochodzie, pilnie
studiując mapę i oboje ukradkiem ocieraliśmy łzy. Tego dnia
nigdy nie zapomnę.
PIJ, PIJ, PIJ BRACIE, PIJ….
Trasa
na Wrocław wiodła przez Tychy. Nic o tym mieście nie wiedziałam.
Dzisiaj, wiem znacznie więcej. Kiedy stwierdziliśmy, że jesteśmy
głodni, jak na zawołanie, naszym oczom ukazała się bardzo
ładna restauracja. W środku, już po chwili, wiedziałam,
że wokół nas wszyscy są pijani. W cztery d… Godzina była
około 13-tej. Miałam nadzieję, że Tom się nie
zorientuje. Pobożne życzenie.
Tylko
przy jednym stoliku było jeszcze miejsce. Samotny człowiek jadł
zupę. Spytałam czy krzesła są wolne. Nie odpowiedział,
więc usiedliśmy. Pani kelnerce nie spieszyło się do nas.
Okazałe menu na kilka stron, napisane było wyłącznie po
polsku. Właśnie tłumaczyłam Tomowi, że chyba sznycel po
wiedeńsku będzie mu odpowiadał, kiedy ten człowiek, z nad
zupy, spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie i chlup - głowa wpadła
mu do zupy. I tak pozostała. Tom zaniemówił. Parę sekund
przypatrywał się tej rodzajowej scence, po czym szepnął mi
na ucho: ”szybko. Rób coś. Ten człowiek zaraz się udusi”.
”Jak to się udusi?” - zapytałam naiwnie. Tom już nie czekał.
Zerwał się, obiegł stół, złapał faceta za włosy,
wyciągnął talerz z pod jego twarzy, po czym bardzo delikatnie ułożył
mu główkę na poplamionym obrusie.
Bałam
się, czy ktoś się na nas nie rzuci za fizyczne spostponowanie człowieka.
Niepotrzebnie się denerwowałam. Pies z kulawą nogą nie zwrócił
na nas uwagi. ” Coś ty zrobił? Co to było?” - pytam szeptem.
Tom, z zimna krwią, mówi: ”przypuszczam, że uratowałem mu
życie. Nos i usta miał w płynie. Jest chyba w sztok zalany, byłby
się utopił. I nikt by nawet nie zauważył ”. Czy on
zwariował? Utopić się w talerzu zupy?!
Wreszcie
podchodzi kelnerka. ”Dwie golonki z grochem?” - pyta. ”Nie, proszę
pani...” Kelnerka nie daje mi skończyć. Wyjmuje mi kartę z ręki
i mówi dobitnie: ”coś pani? Życia nie zna, czy co? Jest golonka
albo nic”. Nie znałam życia. Zarządziłam odjazd. W wozie,
Tom się pyta co się stało. Mówię mu, że kelnerka była
tak uprzejma, że mnie uprzedziła, że co lepszych dań już
nie ma, a te, które pozostały, ona nie rekomenduje. Obiecuję mu,
że za chwilę znajdziemy inną restaurację. Na razie Tom chce
tylko wiedzieć, dlaczego w biały dzień wszyscy ludzie w tej
knajpie byli pijani.
CIĄG DALSZY ”NOWEJ” HISTORII I GEOGRAFII TEŻ
W
desperacji, bez zastanowienia, tym razem ”piszę” słowami następny
rozdział historii Polski. I geografii też. ”Widzisz” - mówię
- jesteśmy na Śląsku. Surely,
you must have heard of Silesia. Jest to serce polskiego przemysłu górniczego. Naokoło
nas są same kopalnie. A ci ludzie, to są górnicy, którzy zeszli z
nocnej szychty. To tak jak u nas w Burnley czy innym Durham, gdzie górnicy, po
pracy, idą do pubu. Zaraz pójdą do domu, pośpią sobie, aby
na noc znowu zameldować się w kopalni. Co?
Że
aż tak pijani? Oni normalnie tyle nie piją, ale dzisiaj jest ich
wielkie święto. Barbara, ich patronka obchodzi imieniny” - ciągnę
bez zająknięcia. ”A gdzie są szyby? Ani jednego nie widziałem”
- mówi Tom. ”Phi, oni tu mają nową, sowiecką technologię
Szyby są teraz niewidoczne. Żeby nie można ich było z
powietrza namierzyć”. Boże, co za bzdury ja wygaduję! Ale Tom
tylko gwizdnął z podziwu, takie to na nim zrobiło wrażenie.
Za chwilę istotnie znalazła się restauracja. Coprawda tylko
kat.III, ale za to z domowym i smacznym jedzeniem.
We
Wrocławiu opowiadam o tym kuzynce. Skręciło ją ze śmiechu.
”Czyś ty zwariowała?” - mówi. ”W Tychach nie ma ani jednej
kopalni. Jest tylko kolosalny browar. I są deputaty.” Tak, jakbym ja o
tym już od czterech godzin nie wiedziała.
SKĄD
WRACAJĄ BRYTYJCZYCY?
Przez
całą drogę do domu, Tom biadolił, że tyle urlopów wcześniej
zmarnował, nie jadąc z
nami do Polski. Że nie był w Toruniu (Kopernik), w Częstochowie (Jasna
Góra), nie zobaczył polskiego morza (odbudowany Gdańsk). Skąd on
to wszystko wiedział? Tom wracał naprawdę zauroczony Polską.
Największe wrażenie wywarły na nim Kraków i Zakopane. Co chwilę
wracał wspomnieniami do jakiegoś szczegółu, który utrwalił
mu się w pamięci. Przez całą drogę powtarzał,
że następny urlop spędzi w Polsce. Nie miałam serca mu
powiedzieć: proszę bardzo, byle tylko nie ze mną. Bowiem to nie
był mój rodzaj urlopu. Jeden zalicza zabytki, ja wolę zaliczać
zbytki.
Tom
często bywa teraz w Polsce. Zaliczył już prawie wszystko, co
godne jest zwiedzenia. Karkonoszy nie lubi. Ciągle najlepiej czuje się
w Zakopanem. Stale dostaję od niego mnóstwo fotografii. Z dumą
paraduje w góralskim stroju, albo pozuje z bernardynami na Gubałówce.
Czasem na koźle dorożki. Bez wytchnienia łazi po górach. I
zwiedza. Pod koniec urlopu odpoczywa w Krakowie na rynku, popijając colę
pod malowniczymi parasolami.
No
cóż? Jeden lubi tak – inny lubi siak. Jak niegdyś moja ciocia, ja
najchętniej zwiedzam sklepy, teatry i restauracje. W naturze i w rodzinie,
prawie nigdy nic nie ginie!