GÓRALU,
JA WIEM, ŻE CI ŻAL....
Wygląda na to, że zafasowałam nowego przyjaciela. A może
tylko pokrewną duszę. Zresztą, czy ja wiem? Przyszłość
okaże. Najśmieszniejsze jest to, że znajomość wcale nie
jest nowa, tylko ja jej nie byłam świadoma. Jak to możliwe? Ano,
możliwe. Zaraz wyjaśnię. Z detalami.
Mamy
lato w pełni. Wakacje. Pogoda dopisuje. Raz na miesiąc korzystamy z długich
weekendów, gdyż dobrotliwy rząd kanadyjski obdarza nas w letnim
okresie jednym poniedziałkiem wolnym od pracy. Kto nie wyjechał
zagranicę czy na ”kotydż” (domek letniskowy), widuje się w
mieście z rodziną, przyjaciółmi. Spotyka nad basenem, na pikniku,
na BBQ, na lodach, czy choćby na leniwych pogaduszkach we własnym
ogrodzie.
Niedawno
przyjaciele zaprosili mnie na BBQ. Nad basenem w ogrodzie. Trzy sroki za jeden
ogon złapałam. Wspomnieli mimochodem, że, oprócz stałych gości,
przyjdą także ich nowi znajomi. Sympatyczni górale z sąsiedniej
ulicy. Będą z ojcem, który stosunkowo niedawno przybył na stałe
do Kanady. Skwitowałam to bez specjalnego zainteresowania. Co w tym nowego,
że co pięć minut, ktoś nowy, z takich czy innych powodów,
imigruje i osiada przy rodzinie? Normalka.
Co mnie jednak trochę wnet speszyło i zaczęło denerwować, to fakt, że ten tata, pan Antoni, oczu ze mnie nie spuszczał. Siedział po drugiej stronie basenu i patrzył na mnie jak sroka w kość. Jakbym ja była jedyną osobą wartą zainteresowania w tym miłym zgromadzeniu. Nie! Nie podrywę tu chodziło. W moim wieku nie ma podrywy. Jest najwyżej pokrywa. Od trumny.
To
świdrujące spojrzenie było tak irytujące, że odebrało
mi nawet ochotę na serwowane smakołyki. A ja jestem przecież taka
łakoma! Kombinowałam gdzie i do kogo by się przesiąść,
tak, ażeby zniknąć mu z pola widzenia. Ale, podczas kiedy ja tak
deliberowałam przy kim by się tu zakotwiczyć, raptem zdarzyło
się coś bardzo dziwnego. Albowiem ten pan Antoni nagle zerwał się
z fotela i wskazując na mnie wskazującym palcem, wrzasnął na
cały głos: ”dlaczego pani mnie unika? Udaje, że mnie nie zna?
Przecież to ja byłem tym milicjantem! I świetnie panią pamiętam!”
Konsternacja.
Nagła cisza. Jak makiem zasiał. Otwarte gęby. Wytrzeszczone oczy.
Kiełbaski na widelcach zawisłe w powietrzu. Mój sąsiad omalże
hamburgerem się nie udławił. Ktoś wylał piwo na spodnie.
To musiało być na pewno pierwsze i ostatnie takie publiczne oświadczenie,
kiedykolwiek usłyszane w Kanadzie. Wszyscy milicjanci, ORMOwcy i inni UBecy
dawno sobie zupełnie inne życiorysy napisali. Wedle ich nowych curriculum
vitae nikt nigdy we wspomnianych formacjach nie służył.
Przeciwnie. Każdy był zasłużonym solidarnościowcem. Co
on? – dziwię się w myślach. Czyżby mu się słońce
na mózg rzuciło?
Wyraźnie
zażenowany tym niepożądanym wyskokiem ojca, syn pana Antoniego
zaczął mu tłumaczyć: ”tato uspokój się. Siadaj.
Nikogo nic nie obchodzi, kim byłeś. A pani Niny nie znasz, bo ona jest
z Anglii”. Ale pan Antoni nadal się upierał: ”dobrze, dobrze. Ja
wiem, że ona jest z Anglii. Ja pamiętam. I właśnie, dlatego
się znamy”. Po czym ryknął poprzez basen: ”jak tam u pani z
pamięcią, hę? Czy milicjant, na rowerku, po nocy, w Zakopanem,
naprawdę nic pani nie mówi?”
Boże
drogi! Rowerek! Noc. Sosny. Wyboje. Wspomnienie, jak błyskawica, przeszyło
mój mózg. Nie do wiary! Co najmniej trzydzieści lat później, na
drugim końcu świata, pod kanadyjskim klonem, jeszcze ciągle prężna
pamięć, jak na ekran, rzuciła na niebieską taflę basenu
sylwetkę smukłego milicjanta na rowerze. Ależ tak! To on! Antek z
Doliny Strążyskiej. Pewnie, że go znam! Jaki mały jest
świat!
Co
najmniej trzy dekady temu, poleciałam do Polski odwiedzić rodzinę
we Wrocławiu. Moja straszliwie przepracowana kuzynka Dunia (ordynator
jednego z wydziałów szpitala wojewódzkiego) szybko załatwiła
sobie urlop i pod wpływem impulsu orzekła, że jedziemy na 10 dni
do Zakopanego. W Zakopanem nigdy nie byłam i w zasadzie było mi
wszystko jedno gdzie będziemy razem. Bez szemrania wrzuciłam moją
walizkę na tylne siedzenie jej ”malucha” i ruszyłyśmy.
Okrutnie
zmęczone, do Zakopanego dotarłyśmy późnym wieczorem. I
wtedy okazało się, że impuls jest złym doradcą. Że
to nie chęć szczera, ale rezerwacja drzwi otwiera. A już szczególnie
w sezonie. Po objechaniu nie wiem ilu tam pomniejszych hoteli, zajechałyśmy
w końcu do ”Kasprowego”. Rozumowałam, logicznie chyba, że w
dewizowym hotelu, gdzie zapłacę funtami, znajdzie się dla nas
nocleg. Błąd w logice! I rozumowaniu także.
Sympatyczny
pan, w granatowym mundurku ”Orbisu”, był dla nas bardzo uprzejmy. Ale
pokoju dla nas nie było. Odbywała się jakaś konwencja;
wszystkie pokoje były na pniu wykupione. Pan, z własnej inicjatywy
nawet, obdzwonił liczne prywatne pensjonaty i co się okazało?
Że panią doktor, z polskim dowodem osobistym, każdy chętnie
przyjmie. Ale mnie, z angielskim paszportem – ni cholery. Mowy nie ma. To miało
coś wspólnego z jakąś opłatą klimatyczną, którą
musieli pobierać od polskiego obywatela. Ale ode mnie nie wolno im było.
”Zagranicznik” mógł mieszkać tylko w kategorii ”S” i bulić
za wszystko dewizami. No dobrze. Ale co teraz? Skoro nawet tutaj miejsca dla nas
nie ma, to co z nami będzie?
Pan
wzruszył ramionami, przeprosił, że nie może być więcej
pomocny i zajął się kolejnym gościem. Jak niepyszne, wyszłyśmy
z hotelu i zaczęły główkować. Przez krótką chwilę
byłam skłonna rozstać się z Duniaszą na jedną noc.
Niech ona idzie na prywatną kwaterę; ja się prześpię w
samochodzie (wtedy byłam jeszcze bardzo szczupła). Ale 9 nocy? A co
to, to nie! Taka perspektywa nie wchodziła w rachubę. Więc zażądałam
gromko: wieź nas na milicję. Kuzynka zgłupiała. Czy ja
zwariowałam? Po co? Po jakiego grzyba? Na co ci milicja? – chciała
wiedzieć.
Zrobiłam
jej wykład o tym, jak to policja zawsze jest pomocna. Jak z oddaniem służy
obywatelom. O tym, jak ja moje dziecko od zarania uczyłam, że bobby (angielski
policjant) jest przyjacielem i jeśli kiedykolwiek miałaby jakiś
problem, ma szukać najbliższego stójkowego. Na co Duniasza odrzekła,
że to jest może dobre w Anglii, ale nie tutaj. Abstrahując od
faktu, że dobrowolnie nikt tam nie wchodzi. Ale ja się uparłam;
moja naiwność wtedy nie miała granic. Dunia chyba była już
bardzo zmęczona i dla świętego spokoju, abym przestała
nadawać, w końcu mnie tam zawiozła. Lecz wejścia ze mną
do środka – stanowczo odmówiła.
Na
posterunku, o dziwo, było zupełnie pusto. Za barierką siedział
starszy wiekiem sierżant, który tylko warknął: ”tak, czego?”
Zaczęłam mu tłumaczyć, że jestem turystką z Anglii,
zagubiona w prawidłach obcego prawa. Że hotele są pełne,
że nigdzie nie mogę znaleźć noclegu, że pilnie
potrzebuję pomocy w formie zwolnienia z tej jakiejś tam opłaty
klimatycznej, że proszę…. Nawet nie dał mi dokończyć
zdania. Wrzasnął, że nie jest biurem turystycznym, żebym mu
d… nie zawracała i żebym natychmiast sobie stąd poszła.
Dunia miała rację. Inny świat. Nieskłonny do pomocy.
Skonsternowana, stałam jak ten słup soli. Co teraz?
Nagle
usłyszałam głos, dochodzący gdzieś z boku: ”a Gogola
ona czytała?” Obejrzałam się. Pod ścianą siedział
milicjant. Pił herbatę i patrzył na mnie z widocznym rozbawieniem.
”No, co? Czytała?” – powtórzył pytanie. Nie bardzo wiedząc
czy to dla mnie dobrze czy źle, że czytam ”ruskich”, niepewnie
przyznałam, że i owszem, czytałam. ”To dobrze” – ucieszył
się milicjant. Podniósł się, odstawił blaszany kubek i
powiedział, żebym poszła za nim. Sierżant, mozolnie coś
piszący, nawet nie spojrzał w naszą stronę. Milicjant
zaprowadził mnie do ”przesłuchalni”. Mały, obskurny pokój,
ściany upstrzone setkami napisów. Bez okien i mebli (nie licząc dużego
stołu i 4-ch krzeseł), nie wyglądał zachęcająco.
Kazał usiąść i czekać. Kiedy wyszedł, z przerażeniem
słuchałam czy nie przekręci klucza w zamku. Ale nie.
Czekając,
zaczęłam czytać napisy na ścianach i te wyryte kozikiem czy
też innym ostrym narzędziem, na blacie stołu. Istny biuletyn
informacyjny! Z pełnymi nazwiskami i adresami. Zapamiętałam sobie,
że Marta jest k…. Doktor X za cztery dychy daje lipne zwolnienia. Kazik
to oczy i uszy sierżanta. Ksiądz z XX parafii, łapie za cycki i
inne części ciała też. Ewa z Pewexu na zamówienie wyniesie
każdy towar. Nie wolno pić bimbru od Jacka, bo skażony. U Marka
można dostać bilety na Gubałówkę za pół ceny. Adres
gdzie można kupić dolary i marki (ciekawe, czy facet już siedzi?)
Najlepsze rożki są w Hortexie (później miało się okazać,
że autor miał rację). Najwięcej było wyznań miłosnych.
Kto kogo kocha. A kto kogo nie. Równie liczne były zaproszenia, kto kogo i
gdzie ma pocałować. Ciekawa lektura. I pouczająca. Szczególnie
dla miejscowych.
Milicjant
wrócił. Mówi, cały rozpromieniony, że szafa gra. Załatwił
nam chatę. I dobrze, że ja Gogola czytałam i wiem, co to jest
martwa dusza. Bo ja od tej chwili właśnie nią jestem. To znaczy,
ja jestem, ale mnie nie ma. Nie kojarzę. Muszę mieć bardzo głupią
minę, bo facet się śmieje i mówi, że pani doktor po drodze
mi to wyjaśni. Już z nią rozmawiał; wszystko jest nagrane.
Wsiadam
do wozu. Duniasza jest zachwycona. ”Jak ty to zrobiłaś” – pyta,
zapuszczając silnik. A ja nie mam zielonego pojęcia, o co jej chodzi.
Czekamy. Po chwili przed nami pojawia się ten milicjant. Nie na normalnym
rowerze, ale dziecinnym rowerku. Nie ma nawet światełka odblaskowego.
Kolana odstają mu na pół metra, po obu stronach tego komicznego
wehikułu. Wygląda to nieco absurdalnie, ale co tam… Jest już głucha
noc. Milicjant jedzie przed nami, w świetle naszych reflektorów. Z gracją,
starannie omija wyboje i kałuże po niedawnym deszczu. Jemu się to
udaje; my na tych dziurach nerki sobie odbijamy.
Okazuje
się, że milicjant ma siostrę. Siostra właśnie wybudowała
sobie willę w Dolinie Strążyskiej. Ale na wykończenie zabrakło
jej pieniędzy. Jakiś czas temu w Pewexie zamówiła kafelki z Włoch.
Kafelki już są. Lecz forsy nie ma. Jego siostra nie prowadzi
pensjonatu, nie ma zarejestrowanej kwatery dla turystów. Jest osobą
prywatną. Ale przecież ma prawo zaprosić sobie gości. Jednakże
ich pobyt po 48-miu godzinach w Zakopanem, musi zameldować w jakimś
tam urzędzie. Za okazaniem dowodu osobistego, oczywiście. Takie jest
prawo. I teraz wyjaśnia się, co jest z tym Gogolem. Albowiem
oficjalnie zamelduje się tylko Duniaszę. Ja jestem ”martwa dusza”.
Ja tu nie mieszkam. Ja tylko (w razie czego) wpadłam na pięć
minut odwiedzić krajową kuzynkę.
Dom
był prześliczny. Pani Anna uroczą, ciepłą, roześmianą
góralką. Dostałyśmy obszerny, gustownie umeblowany pokój, z
widokiem na góry. I własną łazienką. Z wszystkimi szykanami
(bidetem nawet). Tyle, że bez kafelek. Duniasza załatwiła sprawę
”rewanżu” za zaproszenie, w formie bardzo zresztą przystępnej
sumy. Zapłaciłyśmy za cały pobyt z góry i, cała
radosna, pani Anna mogła już nazajutrz wykupić swoje wymarzone
kafelki.
Było
nam tam jak w raju. Powietrze nie z tego świata. Widok z okien (kiedy
deszcz nie padał) - dech zapierający. Czyściutko. Pachnąco.
Super wygodne łóżka. Radio. Na śniadanie dostawałyśmy
w domu pieczony chleb, jeszcze ciepłe mleko od Krasuli, masło domowej
roboty, malinowe konfitury z własnego ogrodu, jaja o dziwnym smaku od młodych
niosek (ja, biedna miastowa sierota, nawet nie wiedziałam, że tak właśnie
ma smakować, niepokalane chemią, jajo prosto od kury). Miałam
tylko jedno zastrzeżenie. Kawę. Pełna fusów. Nie wiadomo czy ją
jeść czy pić. Ale to betka. Za jedyne dwa dolary kupiłam w
Pewexie słoik Instant Nescafe i… po krzyku. Oprócz pogody, absolutna pełnia
szczęścia!
Codziennie
odwiedzał nas Antek, ten milicjant-wesołek i dawał nam namiary na
co ciekawsze obiekty, które należało zaliczyć. Przemiły
facet. Nie wiedział, biedak, jak mało z jego wskazówek skorzystałyśmy.
Bo padał deszcz. A w Zakopanem jak leje, to LEJE! Przez wielkie ”L”.
Krupówkami płynął potok. No i to błoto wszędzie. Z
tego też powodu, z małymi przerwami, całe dnie spędzałyśmy
na przemieszczaniu się z jednej kawiarni do drugiej. Przytyłam dwa
kila.
Kiedy
nadeszła pora odjazdu, popłakałyśmy się jak bobry. Pani
Anna żegnała nas jak rodzinę. Później wysłałam do
niej kilka kartek, ale nigdy nie otrzymałam na nie odpowiedzi. Teraz wiem
dlaczego.
Jak
na skrzydłach, lecę na przeciwną stronę basenu. Całujemy
się z Antkiem z dubeltówki. Siadam obok niego, przepraszam serdecznie,
że nie poznałam (siwy, trochę
przy kości) i zaczynamy wspominać. Okazuje się, że Anna wkrótce
po naszej wizycie, zachorowała na raka piersi. Umarła dwa lata później.
Nie za długo cieszyła się tymi kafelkami – rozmyślam ze
smutkiem. (Duniasza umarła kilka lat później. Też na raka.)
Wiedziałam,
że Antek był żonaty, że miał dwoje małych dzieci.
Teraz słyszę, że córka wyszła za mąż w Krakowie.
Syn wyemigrował do Kanady. Antek, kiedy przeszedł na emeryturę,
jeszcze trochę popracował w prywacie (coś z turystyką) i nieźle
się na tym dorobił. Ale kiedy żona zmarła 5 lat temu, nie mógł
sobie miejsca znaleźć. Wszystko mu zbrzydło. Może dlatego
tak łatwo uległ namowom syna, ażeby sprzedać chałupę
w Polsce, zlikwidować interes i przenieść się do Kanady.
Dzisiaj
żałuje – szepcze mi do ucha. Nie jest tutaj szczęśliwy. Gór
mu brak. Znajomych twarzy mu brak. Atmosfery mu brak. Zapachów mu brak. Wnuki
go nie potrzebują. Tutejsza kuchnia mu nie odpowiada. Jakieś
”szrimpsy” każą mu jeść, a on na to świństwo
patrzeć nie może. Śmieszne. Tam oscypków nie jadał, a teraz
nic, tylko właśnie do nich tęskni. Udziela się przy budowie
nowego kościoła w Brampton, ale to nie to, co wiejski kościółek
w polskich górach. Z nudów struga Jezusiki Frasobliwe. Wstawił do kilku
polskich delikatesów (co za ”głupio nazwo” - zżyma się) i
nawet dobrze się sprzedają.
Pyta,
dlaczego ja się do Kanady przeniosłam i chce wiedzieć czy jestem
z życia tutaj zadowolona. Odpowiadam uczciwie, że i tak i nie. Że
za długo byłam Europejką ażeby pokochać Kanadę.
Ale jak się nie ma - co się lubi, trzeba lubić - co się ma.
Przyzwyczaiłam się. Pocieszam go, że on też się
przyzwyczai. Tylko trochę czasu mu potrzeba. I nie wolno porównywać!
– pouczam. Pierwszy stopień do piekła i huśtawki życiowej.
Nasza młodość, nasi małżonkowie, nasi przyjaciele,
TAMTO życie – nie wróci. Dlatego uparcie trzeba budować nowe. Od
początku.
Na
kolanie, wymieniamy numery telefonów. Antek już do mnie zadzwonił.
Rozmawialiśmy ponad godzinę. Mówi, że choć jestem z innego
świata, czuje we mnie bratnią duszę. Mamy się spotkać
za dwa tygodnie. Obiecuję, że zawiozę go na angielski
podwieczorek do Collingwood albo Terracoty. Górki tam niziutkie, chuderlawe
takie, ale zawsze lepsze od zupełnej niziny. Niech sobie oczy nacieszy.
Ano,
pożyjemy – zobaczymy. Albo się zaprzyjaźnimy albo przyjaźnie
rozstaniemy. Góralu! Ja to brałam. Ja to znam. Ja wiem, że ci żal…