GOŁĘBNIK
Jakaś stara, dawno zasłyszana, piosenka zaczyna się od słów: ”Jeśliś smutny, idź na cmentarz. Tam się rychło opamiętasz”. Myślę, że tym ostatnim słowem autor chciał dać do zrozumienia, że tam właśnie najszybciej docenia się …życie. Tam robimy się pokorni; tam niewidoczny bodziec daje potężnego kopa naszej podświadomości, że to właśnie miejsce jest początkiem końca. Wiem, bo przez czysty przypadek zaliczyłam to uczucie na własnej skórze.
Wiele lat temu, tak jakoś w połowie lipca, musiałam kupić kartkę urodzinową dla jednej z moich chrzestnych córek. W drodze z pracy do domu, zatrzymałam się na małej plazie. Był cholerny upał, więc kupiłam sobie lody. Błąd w sztuce. Trzeba było je kupić po opuszczeniu sklepu. Albowiem wywieszka na drzwiach bardzo uprzejmie prosiła drogiego klienta ażeby z lodami lub colami, do sklepu raczej nie wchodził. Skoro tak ładnie proszą, to co miałam zrobić? Wyrzucić lody do pojemnika? Nie! Kartka nie zając – nie ucieknie. Więc pomimo upału, jęłam leniwie przechadzać się po plazie, aż do ostatniego liźnięcia.
W trakcie tego nieplanowanego spacerku, bezmyślnie patrzyłam na grupkę małych dzieci, bawiących się tuż przy ostatnim sklepiku. Dzieci, jak to dzieci, piszczały, krzyczały, uganiały się, poszturchiwały. Jak nie grały w klasy, to się obrzucały żwirem. Tyż piknie. Przystanęłam i obserwowałam chłopczyka, który uparcie usiłował z jakiegoś postumentu ściągnąć na ziemię średniej wielkości szary kamień. Przy bliższym rozpoznaniu i ku mojemu zdziwieniu, kamień okazał się być głową anioła. Drugi zaś chłopaczek huśtał się na jego rozpostartych skrzydłach. Całe szczęście, że robocizna w tamtych czasach była z prawdziwego zdarzenia. Bowiem anioł ani drgnął, ale berbeć po chwili spadł z zaimprowizowanej huśtawki i teraz ryczał w niebogłosy. Z któregoś sklepu wypadła matka. Chyba nawet nie zauważyła, że stoi na cmentarzu a jej syńcio bawi się na czyimś grobie. Na miejscu uświęconym! Matka, jak każda matka, naprzód, prawidłowo sprawdziła łokcie i kolana, po czym przetrzepała mu skórę. (A propos tego przetrzepania - dzisiaj już by tego zrobić nie mogła. Bowiem, dzięki idiotycznemu, ”przedobrzonemu” prawu, zatwierdzonemu przez bandę bezmyślnych urzędoli, za parę klapsów można wylądować w kiciu. Naprzód z dzieci zrobili święte krowy, a teraz biją na alarm, że mamy tyle niewychowanej młodzieży! Boże! Chroń nas przed biurokratami!)
Nie mieszkam w Toronto, gdzie są liczne, wielkie nekropolie. Mieszkam w Mississauga. Dzisiaj jest to miasto prawie milionowe, ale 60 lat temu była to jeszcze mała, farmerska wieś. Toteż na każdym jej krańcu spotyka się takie małe, często rodzinne, cmentarzyki. Wszystkie groby są z późnych lat XIX-go wieku i nikt o nich nie pamięta. Nawet potomkowie tych ludzi. A wszechpotężny dolar i cena gruntu tak zawężyły krawędzie tych cmentarzyków, że tak jak tutaj, pierwszy z brzegu grób znajduje się nie dalej jak dwa metry od ostatniego sklepu. Dawno zerwany łańcuch nie odstrasza dzieci ani nie broni psom załatwiać potrzebę. Smutne to bardzo. I żałosne!
Lodów jeszcze dużo, więc łażę po cmentarzyku i, z trudem staram się odczytać, porosłe mchem, epitafia. Ci wiktoriańscy farmerzy mieli niezłe poczucie humoru. Na pierwszym z brzegu pomniku czytam: ”Dobrzy ludzie umierają młodo. Tu leży Jeremiasz Spencer. Żył 101 lat.” A tuż obok Rebeka McGregor woła z zaświatów: ”A nie mówiłam, że jestem chora?”
No, lody wreszcie się skończyły. Popatrzyłam jeszcze przez chwilę na te dzieciaki skaczące po grobach i obiecałam sobie, że mnie coś takiego nie spotka. Ja tak leżeć nie będę. Po mnie nikt nie będzie skakał ani w berka się bawił. Mnie się należy wieczne odpoczywanie, bez względu na to, czy moje prawnuki (tak jak te pofarmerskie) będą wiedziały gdzie mnie szukać.
Do domu wracałam zamyślona, zaabsorbowana sprawą mojego życia pozagrobowego. Przypadkowe odwiedziny cmentarza przypomniały mi, że śmierć jest wkalkulowana w życie, nikt jej nie uniknie, i, że trzeba będzie samej się o własny pogrzeb zatroszczyć. Nie bardzo tylko wiedziałam gdzie i od czego zacząć. Córki pytać nie miało sensu. Strata czasu. Znowu usłyszę, że ona tego tematu nie znosi, że mam jeszcze wiele lat przed sobą (?!), że ja ich wszystkich przeżyję i żebym jej głowy nie zawracała. I co? Mam się z nią kłócić? Przypominać, na ilu już byłyśmy pogrzebach ludzi dużo młodszych ode mnie? Do tego jeżdżę sportowym wozem, lata mi idą, z żelaza przecież nie jestem.
Ze skrzynki na listy wyjęłam, jak zwykle, pół kilo bezużytecznej makulatury. Niosąc do pojemnika na śmieci, spojrzałam na ulotkę na samym wierzchu i… na chwilę skamieniałam. Albowiem, nomen omen, nowopowstała firma pogrzebowa, oferuje nowe groby i kolumbaria na równie nowym cmentarzu, pod wdzięczną nazwą ”Ogród Wspomnień”. Ażeby nie deranżować pogrążonego w smutku klienta, nieobowiązująco, chętnie przyśle swego reprezentanta do domu żałoby. Także, miło jej donieść, że przez dwa następne tygodnie oferuje inauguracyjną wyprzedaż. Aż 40% zniżki. No proszę, nawet w tym resorcie mamy SALE!
Zadzwoniłam natychmiast. Ponieważ oni też nie chcą zasypiać gruszek w popiele, toteż już po dwóch godzinach przyjechał sympatyczny, młody człowiek. Ubrany na czarno od stóp do głów. Naprzód szeptem złożył mi kondolencje. Nie dementowałam. Jeszcze nie teraz. Później zapytał czy moje nazwisko jest polskie. Po upewnieniu się, powiedział, że nazywa się wprawdzie Thomas, ale jego rodzice pochodzą z Polski. Nie mniej, kiedy po polsku poprosiłam go do salonu, nie zrozumiał. A kiedy zapytałam czy napije się kawy, poważnie się zaniepokoił. Zapytał czy ja rozumiem po angielsku, bo jeśli nie, on sprowadzi tłumacza.
Uśmiałam się w duchu serdecznie. Boże, skąd ja to znam? Urządzają seminaria dla takich początkujących sprzedawców (obojętnie czego) i wbijają im do głowy pierwsze (i najważniejsze), handlowe przykazanie: ”masz się zawsze utożsamiać z pochodzeniem jelenia, o pardon, klienta (wyjątek – inny kolor skóry). Chodzi o to, ażeby nabrał zaufania, że rodak go nie wykołuje”. O naiwności ludzka! Ale nie pomyśleli o tym, że należałoby jeszcze nauczyć ich paru podstawowych słów w kilku językach, typu: współczuję, proszę, przepraszam, tak, nie, dziękuję, etc.
Teraz Tomcio z zawodową, żałosną miną pyta, gdzie znajdują się doczesne szczątki ukochanej osoby i odskakuje przerażony, kiedy odpowiadam beztrosko, że siedzą obok niego. Wtedy okazuje się, że jestem dopiero jego czwartym klientem i on nie wiedział, że przezorni ludzie często sami sobie obstalowują pogrzeb i miejsce pochówku. Widocznie tak pilno im było wysłać go w teren, że o tym też zapomniano go pouczyć. Ale przestał nareszcie szeptać i mogłam spokojnie, przy kawie z herbatnikami, przejrzeć kolorowe katalogi. Będę spopielona, więc szukam ładnego kolumbarium (gołębnika). Okazuje się, że pomimo wyprzedaży, cena (plus podatki) jest wręcz horrendalna. Tomcio pociesza mnie, że za to koszt zamurowania jest już wliczony w cenę. Cholernie się cieszę.
Tomcio jest już na etapie wypisywania kontraktu, kiedy ja mówię grzecznie: ”nie tak szybko, panie grabarz! Zanim cokolwiek podpiszę, mam nieodparte życzenie oglądnąć sobie ten mój gołębnik. ”A po co?” – pyta zdziwiony Tomcio. ”Jak to, po co? Chcę zobaczyć moje ostatnie mieszkanie na tym padole i jaki stamtąd jest widok.” Tomcio jest zaszokowany. I wyraźnie zdenerwowany. Z komórki, co chwilę do kogoś wydzwania. Coś tam gada, peroruje, prawie się kłóci, ale widocznie w końcu stawia na swoim. Szarmanckim gestem wrzuca mnie do swego wozu (czarnego oczywiście) i jedziemy na cmentarz. Tam, gdzie mam się opamiętać.
Nie mogę narzekać. Bardzo ładna okolica. Cmentarz jest w ostatniej fazie wykończenia. Faktycznie wszystko nowe, z pod igły. Praca wre. Sadzą drzewka, kładą trawniki, formują rabaty, gracują dróżki. Prujemy na pełnym gazie pod piękną, marmurową ścianę (z najlepszego plastiku), hamujemy ostro, ja opuszczam szybę i napawam oczy jej majestatyczną okazałością. Wybieram sobie nr 13 gołębnika, bo to moja szczęśliwa liczba. Ale nagle słyszę jakiś bardzo dziwny, niepokojący głos. Ryk jakby. A wnet drugi. I trzeci. Czy tu straszy? Co to jest? Muszę to natychmiast sprawdzić. Choć Tomcio oponuje żarliwie, że błoto (gdzie? w tym upale?) ja już jestem na zewnątrz. Ostrożnie obchodzę majestatyczny ”marmur” i staję oko w oko z bardzo przystojną Krasulą. Chyba szkockiego rodu Angus (ja nie bardzo wyznaję się na krowach rodzaju zwierzęcego). A za Krasulą podąża radośnie jeszcze całe stado, kierując się ku wielgachnej oborze, usytuowanej nie dalej jak 50 metrów od miejsca mojego wiecznego zamieszkania.
No! Tego było mi już za wiele! Toć to gorsze od tych dzieci. Oczyma wyobraźni widzę dostojną, ciemno ubraną grupę stojącą przed tą ścianą. Moja córka płacze (no, w każdym razie powinna). Ksiądz się już cofnął, oni delikatnie wkładają urnę do gołębnika, z powagą biorą się do zamurowywania, a tu nagle, zza węgła krowa ryczy. Jakby mówiła: ”witaj siostro”. Bo Magda, moja najlepsza przyjaciółka, natychmiast w ten sposób ten ryk rozszyfruje. Co prawda, gdyby ona rzeczywiście znała język zwierząt, to by się przy sposobności dowiedziała, na którym drzewie jest jej miejsce, choć to nie ten klimat.
Tomcio się skręca. W lansadach, przymilnie, tłumaczy długo i żarliwie, że jego firma dopiero co odkupiła tę ziemię od farmera. W myśl kontraktu, farmer ma oborę rozebrać na dniach. W każdym razie do końca miesiąca już jej tutaj nie będzie. A sądząc po moim wyglądzie, nie przypuszcza ażeby gołębnik był mi już potrzebny.
Mówię mu, że cacy. Że ja też mam taką nadzieję. Aliści biznes – jest biznes. Rozumiem jego dylemat, więc niech się do mnie zgłosi, gdy obora zniknie. Widocznie nie ja jedna miałam zastrzeżenia. Zgłaszał się bowiem niemal co drugi tydzień i za każdym razem, cena była niższa. Po upływie kilku miesięcy kupiłam wybrane kolumbarium, prawie za pół ceny. Obora wprawdzie znikła, ale za to zaczęto budować rząd sklepów. Tak jak przy tym starym cmentarzyku.
Z goryczą pomyślałam, że w Europie sklepy i cmentarze nie egzystują w tak idealnej symbiozie. Tam jeszcze szanują spokój swoich ”drogich nieobecnych”. Tam jeszcze znak funta, marki, złotego, franka czy innej waluty, nie profanuje miejsc uświęconych. Tam nie pozwalają ażeby cmentarz popadł w zapomnienie, ażeby stał się placem zabawowym dla dzieci. Pytanie tylko: jak długo jeszcze? Ludzi coraz więcej, miejsca coraz mniej.
Przez te cholerne sklepy, samochody i głośny, nieustający ruch, mój gołębnik przestał mi się podobać. Sprzedałam go po jakimś czasie. Nawet z niezłym zyskiem. A przecież mnie wcale nie o to chodziło. To miał być gest sprzeciwu. Oburzenie przeciw komercjalizacji uświęconego miejsca. Psa z kulawą nogą mój protest nie zainteresował. Teraz nie mam ”ostatniego adresu”. Niech się rodzina martwi.
Tak jak ci wiktoriańscy farmerzy, zapragnęłam mieć epitafium. Napisałam sobie i przekazałam córce: ”Tu leży Nina. Zawirska primo voto. Na drugie voto, nikt nie chciał to to”. (Nie całkiem zgodne to z prawdą, ale co tam!) Córka kartkę podarła i zrobiła mi karczemną awanturę. Nie ma, dziewczyna, mojego poczucia humoru. Szkoda!