DYMEK Z PAPIEROSA

 

Miło mi słyszeć od czytelników, że potrafię być bezstronna. Że każdą sytuację rozważam indywidualnie, że staram się doradzać w zależności od położenia mojego czytelnika. Wydaje mi się, że dzisiejszy felieton właśnie to uwypukla. No, bo temat niby ten sam, ale inne okoliczności zmuszają do odmiennych porad.

 

Pani Agnieszka J. z Brampton  pisze: Mieszkamy w domu teściowej. Teściowa jest bardzo dobrą, kochaną kobietą, ale ma paskudny nałóg. Pali papierosy! Jeden po drugim. Ćmi jak komin fabryczny. A ja jestem w ciąży, w piątym miesiącu. Próbowałam wytłumaczyć teściowej, że palenie jest bardzo szkodliwe, a już szczególnie wtórny dym. Teściowa się śmieje i mówi, że jej mama też paliła, że ona sama pali od podstawówki, że 4‑ro dzieci urodziła i wychowała nie wyjmując papierosa z ust, a wszystkie są silne jak dęby i zdrowe jak rydze. Też mi argument! Denerwuję się potwornie, bo co będzie po urodzeniu dziecka? Przecież trudno je będzie wychowywać w takiej wędzarni, gdzie wszystko śmierdzi, począwszy od mebli, wykładzin i firanek, a na włosach i ubraniu skończywszy. Ponieważ ja nie potrafię się z teściową dogadać, namawiam męża ażeby on ją przekonał. Mąż uparcie odmawia. Mówi, że to jest jej dom i nie możemy jej niczego narzucać. Zupełnie nie pojmuję po czyjej on jest stronie. Z tego powodu coraz częściej się kłócimy, lub mamy ciche dni, co nie najlepiej wpływa na moje nerwy i na mój stan w ogóle. Co ja mogę w tej sytuacji mogę zrobić?

 

Wskoczyć do jeziora Ontario? Wrócić do mamy w Polsce? No bo przecież w krasnoludki trzeba wierzyć, ażeby nawet przez chwilę się łudzić, że wieloletni, nałogowy palacz rzuci palenie na czyjeś widzimisię. Żadne żądania, prośby ani nawet szantaże, nie odniosą skutku. Owszem, coraz więcej ludzi rzuca teraz palenie. Nie tylko ze względu na horrendalne ceny papierosów, ale głównie dlatego, że z każdym dniem są coraz lepiej uświadomieni i zorientowani jak toksyczna jest nikotyna. Niestety, od uzależnienia niezmiernie trudno jest się uwolnić. Do tego trzeba samemu dojść, samemu bardzo tego CHCIEĆ! Nie są to puste słowa. Zresztą nie ja je piszę, tylko moje doświadczenie. Bo ja to “brałam”, ja tam byłam i…. nałogu się pozbyłam.

 

Szczęśliwie, usilna agitacja, ciągła propaganda i apele Służby Zdrowia powoli zaczynają odnosić coraz bardziej przekonywujące zwycięstwa. Zakaz palenia w miejscach publicznych też przyczynia się do tego, że sprzedaż papierosów gwałtownie spada. (Wbrew wstępnej panice, restauracje i puby wcale nie bankrutują a taki raban z góry podnosiły!) Dzisiaj każdy dorosły palacz jest świadomy, że dym wtórny (tlenek węgla) jest odpowiedzialny za różne formy raków, rozedmy płuc, choroby sercowe, pewne odmiany białaczki i wiele innych śmiertelnych chorób. W Anglii, szpitale mają teraz błogosławieństwo British Medical Association i rządowej Służby Zdrowia (odpowiednik naszego OHIP’u) na odmawianie palaczom przeszczepu organów. Zajmują stanowisko, że szkoda dla nich tego organu, czasu i pieniędzy. Że szkoda nowego serca czy nerki, skoro płuca i tak wnet ich zabiją. (Jele‑jele, a to samo będzie w Kanadzie i nikt się nawet nie zdziwi.)

 

Niedawny, głośny proces sądowy ujawnił, że napisy na paczkach papierosowych typu: Light, Mild, Extra Lite, etc, są niczym innym, tylko właśnie tym. Bezwartościowym NAPISEM! Udowodniono, że składniki papierosów, opatrzonych tymi nalepkami, w niczym nie różnią się od "normalnych" papierosów. Zawartość smoły i nikotyny jest w nich identyczna. Najwięksi fabrykanci papierosów, skonfrontowani z rezultatami badań niezależnych laboratoriów, przyznali się beztrosko do mistyfikacji. Szybciutko pogodzili z karami idącymi w setki milionów dolarów, ale śmieją się przy tym w kułak. Bowiem zanim ten kant odkryto, zanim oni wylądowali w sądzie (nawet się nie bronili), kolejne miliony smarkaczy zdążyły się uzależnić. Cool, man, cool! Ciekawe jako objaw, jak mały rozgłos nasze masmedia nadały temu procesowi. Parę szpalt tu i ówdzie, jedno zdanie we wiadomościach TV i good bye Fruziu! Czyżby pod cichą presją rządu, któremu przemysł tytoniowy przysparza miliardy dolarów w formie akcyzy? Może dlatego rządowi nie zależy na tym aby sprzedaż papierosów malała? Nie wspiera  kampanii antynikotynowej, nie zabiega o edukację młodzieży. Co tam ludzie! Życie ludzkie nieważne. Szmal jest ważny.

 

Pani istotnie stoi przed poważnym dylematem. Jednakże ja nie widzę żadnego praktycznego rozwiązania. Wprowadzając się do teściowej, Pani wiedziała, że wchodzi pod dach nałogowej palaczki. Nie znam przyczyny, dla której Państwo mieszkają z teściową (wszak na brak mieszkań w Kanadzie narzekać nie można. Od kawalerek począwszy a na ”penthouse’ach” skończywszy – doprawdy jest z czego wybierać), więc należy się domyślać, iż decyzja zamieszkania razem ma podłoże natury finansowej.

 

W tym scenariuszu - na dwoje babcia wróżyła. Jeśli Państwo płacą za używalność swojej części domu, to może lepiej by było rozstać się z teściową, (zanim padną cierpkie słowa), dodać kilka setek i przeprowadzić się do własnego, choćby najmniejszego mieszkanka. Natomiast, jeśli Państwo mieszkają u teściowej za darmo, to mogę najwyżej przytoczyć dwa stare, oklepane, ale ciągle w każdym calu aktualne porzekadła: dla Państwa: “darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby” i dla teściowej: “wolność Tomku - w swoim domku”. (Niewłaściwe skreślić.)

 

Sama Pani przyznaje, że teściowa, wdowa od lat wielu i nie najmłodsza już pani, nie za wiele ma w życiu przyjemności. Poza tym nieszczęsnym paleniem. A czy dom, w którym mieszkacie, jest duży? Jeśli tak, to czy nie można by przeprowadzić się do ostatniej, najdalszej od kuchni i salonu położonej sypialni? Oczywiście nie jest to idealne rozwiązanie, ale lepszy rydz niż nic.

 

Mąż Pani znalazł się w nie do pozazdroszczenia godnej sytuacji. Trudno jest  mieć do niego pretensje. Jestem pewna, że z jednej strony rozumie i podziela Pani obawy, zgadza się z Pani słusznymi wywodami, a z drugiej strony musi nieustannie lawirować pomiędzy Panią a matką, Szczególnie (o ile moje domysły są słuszne), jeśli pobyt Państwa pod jej dachem jest formą pomocy finansowej z jej strony.

 

Ja wiem, że mnie jest łatwo gadać, ale Pani musi wziąć się teraz w garść i nie poddawać rozterkom duchowym. Walenie głową o ścianę nic nie pomoże, w niczym nie zmieni sytuacji. Pani nabije sobie guza i zafunduje rozstrój nerwowy ‑ a ściana ani drgnie. Teściowa palić nie przestanie.

 

Życzę łatwego porodu, zdrowego i ślicznego ”bejbika” i górę radości, którą jego przyjście na świat sprawi całej rodzinie.

 

 

  TEŻ DYMEK Z PAPIEROSA, ALE INNY

 

Aż dwa listy w jednym tygodniu na ten sam temat? Czyżby palenie papierosów było ciągle dyżurnym tematem? Czy tylko indywidualną poważną bolączką? Bowiem  p. Grzegorz A., także z Brampton, pisze:

 

Od dziecka byłem uczulony na nikotynę. Cierpiałem na rzadki rodzaj astmy. Na zalecenie lekarzy, ojciec dla mnie przestał palić. Do dzisiaj pamiętam jak się dusiłem, kiedy do nas przychodzili goście i zaczynali palić. A mieliśmy wtedy tylko skromne M2. Na szczęście mama weszła w układy z sąsiadką i tam mogłem sypiać, kiedy u nas zanosiło się na dłuższą balangę. Na drugi dzień wracałem do wywietrzonego już mieszkania. Nawet w zimie. Późniejsze lata też nie były dla mnie zbyt łaskawe, gdyż cała ówczesna młodzież paliła i to najtańsze papierosy. Koledzy w akademiku uważali mnie za ciaptaka, tylko dlatego, że nie paliłem. Nikt nie chciał, czy też nie potrafił zrozumieć, co to są choroby, co to są alergie. Z upływem lat, mój stan znacznie się poprawił, może dlatego, że starannie unikałem i nadal unikam środowiska palaczy. Obecny zakaz palenia w miejscach publicznych jest dla mnie istnym zbawieniem. Darem niebios!

 

 Do Kanady przybyłem sam. Byłem rozwodnikiem i wcale nie kwapiłem się do powtórnej żeniaczki. Ale w ubiegłym roku poznałem cud‑dziewczynę i oszalałem na jej punkcie. Teraz wiem, że miłość od pierwszego wejrzenia nie jest mitem! Pobraliśmy się w marcu. Moja żona, od pierwszych chwil naszej znajomości, wiedziała o mojej alergii.

 

Wszystko było cudownie, aż tu nagle, po tylu latach spokoju, od paru tygodni, nęka mnie znowu dusznica. Nie tak dotkliwa jak w dzieciństwie, ale jednak ciągle męcząca. Tłumaczyłem sobie, że to smog, że unoszące się w powietrzu niewidoczne pyłki kwitnących traw i kwiatów. Dałem się gruntownie przebadać. Testy w szpitalu wykazały podrażnienie wywołane...nikotyną. Zgłupiałem. W pracy palić nie wolno, w restauracjach także; bliscy przyjaciele nie palą, u palaczy nie bywam. Przekonany o pomyłce, poddałem się dalszym testom. Wyniki te same.

 

Tajemnica wyjaśniła się w ubiegłą sobotę. W łazience, w koszu na brudną bieliznę, szukając koszuli, w której kieszeni zostawiłem ważny numer telefoniczny, natrafiłem na sfatygowaną kosmetyczkę. A w niej niepełną paczkę papierosów i zapalniczkę. W natychmiastowej konfrontacji, żona przyznała się, że od lat jest palaczką. Że poza domem wypala pół paczki dziennie. Powiedziała, że kiedy się we mnie zakochała, miała do wyboru: albo powiedzieć prawdę i mnie z miejsca stracić, albo zakłamać się na śmierć i udawać niepalącą. Wybrała drugą opcję, licząc na to, że przymusowa wstrzemięźliwość w domu, dopomoże jej w pozbyciu się nałogu. Niestety. Bo wtedy właśnie odkryła sprzymierzeńca w postaci wywietrznika w łazience i reszta, jak to mówią, jest historią.

 

Pani Nino! Ratunku! Ja ją bardzo kocham, ale jej nałóg mnie zabija. Jak wyjść z tego impasu? Jak ją przekonać? Co ja mogę zrobić?

 

Przede wszystkim - testament. Czyżby rację mieli młodociani koleżkowie z akademika? Ktoś inny, po tej medycznej diagnozie, przypuszczalnie już kontemplowałby rozwód, jeśli mu życie miłe. Ale Pan nie może odejść, bo Pan ją bardzo kocha. Cacy. A czy ona Pana też? W takim samym stopniu? Otóż w odpowiedzi na te dwa pytania, leży Pana życiowy ”wóz albo przewóz”.

 

A jak jest u Pana z powonieniem? Przecież palacze śmierdzą! Oni tego nie czują. Nie są świadomi, że ich włosy, oddech i całe ciało jest przesiąknięte dymem. Ale inni  - czują. A więc jak to jest? Czy Pan ma także jakieś problemy z zatokami, że Pan nic nie poczuł? I dlaczego Pan ma cokolwiek robić? Zresztą, co Pan może zrobić? Obciąć jej paluszki? Zasznurować wargi?

 

Czy nie uważa Pan, że nadszedł czas ażeby żona nie tylko mówiła, że kocha, ale udowodniła jak bardzo kocha? Każde dziecko rozumie, że rozwiązanie tego problemu leży wyłącznie w jej rękach. Dosłownie. Począwszy od pstryknięcia zapalniczką, aż po trzymaniu w palcach papierosa. To żona musi się zdecydować, co jest dla niej ważniejsze: Pana życie czy palenie.

 

Przyznaję, że pozbycie się nałogu (obojętnie jakiego) nigdy nie jest łatwe. Ale w tej sytuacji jest to condicio sine qua non. Konieczne, przez wielkie "K". Na rzucenie palenia jest dzisiaj milion kupnych sposobów. Ale ten jeden, ten najważniejszy, nie kosztuje złamanego centa: poniesienie ofiary! Tak jak ongiś Pana ojciec - dla miłości trzeba umieć się poświęcić. I, jak piszę powyżej, trzeba tylko bardzo CHCIEĆ!

 

Ja to wiem. Ja to brałam. Nie nadaję z teorii, jak ślepy o kolorach. Mój ukochany mąż umarł na raka płuc. Był nałogowym palaczem. Umierał długo i strasznie. Chłop miał 1.93 cm wzrostu kiedy zachorował; kiedy umierał, z łatwością brałam go na ręce. Sama wtedy jeszcze paliłam. Z bólu, strachu i nerwów (wnet z samotności), z każdym dniem paliłam coraz więcej.

 

Aż się na tym złapałam, że palę 80 sztuk dziennie. Zdębiałam. Oniemiałam.  Przerażona, uprzytomniłam sobie, że jeśli ja zachoruję, mnie już nikt tej przysłowiowej szklanki wody nie poda (mąż nie żyje, jedyne dziecko w Kanadzie). Uświadomiwszy sobie jakie czekają mnie perspektywy – pojęłam, że trzeba NATYCHMIAST rzucić palenie. Postanowienie konsekwentnie wprowadziłam w czyn. O północy zapaliłam ostatniego papierosa; datę do dzisiaj mam wyrytą w pamięci. Ten radykalny i raptowny sposób uwolnienia się z nałogu, po angielsku nazywa się: "going cold turkey". (To od tej gęsiej skórki, którą często odczuwa nałogowiec pozbawiony dziennej dawki swojej ”trucizny”. Obojętnie jakiej.) Ja także w ten właśnie sposób zapoznałam się z ”zimnym indykiem”, ale też stąd wiem, że to działa.

 

Rzekomo, przez następne dwa tygodnie nie byłam zbyt miła dla otoczenia. Na szczęście, przyjaciele znali mój problem, wiedzieli o co chodzi i wykazali maksimum zrozumienia. A ja przeżyłam dobrowolną ”odwykówkę” bez żadnych specjalnych sensacji. (Tyje się tylko na chwilę, kiedy organizm odzyskuje węch i nagle wszystko tak cudownie smakuje.) Mała cena za życie! A tym bardziej za zdrowe życie.

 

Komparacja nasuwa się sama. Jeśli żona choćby w połowie kocha Pana tak jak Pan ją, to bez chwili zastanowienia powinna papierosy wrzucić do muszli klozetowej i nawet jeśli z łezką w oku - spuścić po nich wodę. Jeśli sama nie będzie potrafiła, szukajcie pomocy w drogerii, u lekarza, w hipnozie. Wszystko zależy od motywacji. Jeśli w bardzo krótkim czasie nie będzie potrafiła pozbyć się nałogu, to znaczy, że nie chce. Przykro mi, ale konkluzja będzie jednoznaczna. A może Pan jest bardzo bogaty? Dużo starszy? Brzydki? Namolny? Bo to by wiele tłumaczyło.

 

Sorki za dowcip wątpliwej jakości. Ale ja desperacko szukam dojścia do Pana. Szukam bodźca. Chcę jakoś Pana zmobilizować do postawienia sprawy na ostrzu noża. Wszak o Pana życie tu chodzi! Gdyby nie własne przejścia, gdyby nie stuprocentowa pewność, że rzucenie nałogu JEST MOŻLIWE, nie namawiałabym Pana tak nachalnie. Ale też i serdecznie.

 

No, uważam, że ja swoje zrobiłam. Otworzyłam Panu oczy. A co Pan z tym zrobi – pozostaje w Pana gestii. Osobiście jestem pewna, że wszystko będzie dobrze. Pewnie trzeba będzie trochę żonie dopomóc, mieć wyrozumienie, kiedy będzie miała ”humory” związane z odwykiem. Ale one wnet miną. Dla chcącego – nic trudnego ….