DARMOCHA

 

 

Coraz częściej zadawane jest mi to (lub podobne) pytanie. Odpowiedź jest nieodmiennie ta sama. Dzisiaj także p. Leszek D. z Milton zadaje to pytanie:

Jakim cudem oni o mnie tyle wiedzą? Codziennie poczta dostarcza mi plik makulatury, z której wynika, że np. zostałem milionerem. Albo, że w wyniku wygranej na jakiejś bliżej niesprecyzowanej loterii, (w której udziału nie brałem i nic o niej nie wiem) jestem uprawniony do takiej czy innej nagrody. I czego to ja już nie wygrałem! Na papierze. Albo w słuchawce. Tylko tych nagród jakoś nie widać. Poczta elektroniczna zasypuje mój komputer lawiną niepożądanych reklam, co mnie do szału doprowadza bo okrada mnie z cennego czasu, gdyż zmusza do przeczytania, zanim ją usunę. Chcą mi sprzedawać Viagrę bez recepty, chcą mi przedłużyć penis o kilka cali (nie jestem świadomy żadnych mankamentów w tej dziedzinie. Żona na nic się nie uskarża.) Chcą abym koniecznie korzystał z następnych, niepotrzebnych mi kart kredytowych (widocznie już zapomnieli, że pierwszej nie mogłem się doprosić.) Uparcie nagabują o opodatkowanie się na rzecz rozmaitych instytucji charytatywnych, aczkolwiek nikt się nigdy z tych pieniędzy nie rozlicza. (Ofiarom tsunami przekazałem przyzwoitą kwotę bez niczyjego poganiania). Skąd oni znają mój adres, moje nazwisko, adres e-mailowy, i wiele innych danych?

Skąd? Cudów nie ma, proszę Pana. To Pan sam im je dostarczył. I mała z tego  pociecha, że znalazł się Pan w doborowym towarzystwie. Wszyscy bowiem jesteśmy ofiarami największego w tej chwili ”przemysłu” na świecie: MASOWEGO OSZUSTWA.

Oszustwo nie jest niczym nowym. Istnieje od zarania świata. Wtedy jeden wąż oszukał facetkę imieniem Ewa. Później, na przestrzeni wieków, różne ”szacher-macher” odchodziło w wielu krajach. Na końcu, najstarsi Polacy będą zapewne jeszcze pamiętali regularne Asprzedaże@ Kolumny Zygmunta. Zaś Francuzi - Wieży Eiffla. Amerykanie - Statuy Wolności. Lecz pod koniec ubiegłego stulecia i z początkiem obecnego, grę pt. "Łapaj frajera" przejęła bezwzględnie elektronika.

Atrybutem dzisiejszych złodziei nie są maska, wytrych i gumowe rękawiczki. Dzisiejszy bandyta wygląda jak każdy z nas. Ma rodzinę. Gdzieś pracuje. Mieszka obok nas. Ubiera się normalnie. Jeździ przeciętnym samochodem. Ma miłe obejście. Tylko nikt nie wie, że on ma niebywały tupet, ale nie ma sumienia. Ten łobuz wszystko o nas wie. Posługuje się najnowszymi zdobyczami techniki. Jego Awytrychem@ jest komputer lub telefon. Nowoczesny rozbójnik mówi do nas po imieniu. Z udanym zainteresowaniem dopytuje się o cenne zdrówko nasze i rodziny. Zna imiona naszych dzieci. Ma szczególnie ciepły, sympatyczny i budzący zaufanie timbre głosu, oraz niebywałą zdolność przekonywania i czarowania. Nawet na odległość.

Odkąd piszę na łamach polskich gazet, odtąd biję na alarm: Luuudzie! Nie ma NIC ZA NIC! Nie ma NIC ZA DARMO! Za darmo można dostać po gębie. Za darmo można sobie pooddychać coraz to mniej świeżym powietrzem. Za darmo można ewentualnie dostać od kogoś szklankę wody z kranu. Za darmo oglądamy ciągle jeszcze piękny świat. No i, jeśli ktoś ma fart, za darmo dziewczyna da....buziaka. (Przepraszam. A Pan co myślał? A fe!) I to już wszystko, proszę Pana. Jak to dzisiaj opis darmochy szybko się wyczerpuje, co?

Zdawałoby się, że tylko niebywały naiwniak da się nabrać na te niby autentyczne, za pomocą ”makro” indywidualnie adresowane, zawiadomienia o wielkiej wygranej. A jednak Pan by się zdziwił ile ludzi pada ofiarą tego kantu. I to nie tylko nowoprzybyli. Przeciwnie. Najczęściej naciągani są rdzenni Kanadyjczycy. Ludzie, którzy nie mogą tłumaczyć się nieznajomością języka angielskiego. Często są to ludzie starzy, wychowani w innym świecie. Ci są ciągle jeszcze ufni. Tych najłatwiej wykantować.

Ale dlaczego wykształcony pan Józio (mój prywatny antybohater, którym często posługuję się w moich felietonach) leci wierzyć, że jakaś kompletnie nieznana firma ma nieodparte życzenie podarować mu $10.000 na drobne wydatki? Albo zafundować luksusowy rejs we dwoje, na egzotyczne Hawaje? Ofiarować złoty Rollex? Lub błaga go wręcz, ażeby przyjął nowego, z pod igły, Cadillaca? Musi tylko z góry uiścić ekwiwalent PST i GST (podatki). A opłaty wahają się od $39.99 za piecyk mikrofalowy do $1.995.00 za Cadillaca. Panu Józiowi można dużo wybaczyć. Pan Józio przebywa tu od niedawna i jeszcze ciągle wierzy w krasnoludki i w "The American Dream", który go tutaj przywiódł. I chociaż pana Józia  przeszyła przez sekundę niespokojna myśl: skąd oni mnie znają? Skąd wiedzą, że mieszkam pod tym adresem? – cały radosny, posłusznie wysyła jednak żądany ”Money Order”. Na adres jakiejś skrzynki pocztowej (sic!)

Pan Józio też sam się podłożył. Albowiem, kiedy kupił radio w małym sklepie za rogiem, wypełnił także kupon na (często nieistniejącą) sklepową loterię. Te sklepy, oprócz swojego normalnego dochodu ze sprzedaży, na chama handlują naszymi personaliami. Bez pardonu sprzedają je na lewo i prawo. W tym momencie pan Józio stał się statystyką. Obiektem handlu żywym towarem. Pan Józio nic o tym nie wie, ale od tej chwili jego nazwisko będzie się pojawiać w setkach tysięcy komputerów. Od tej chwili znany będzie tysiącom agencji reklamowych na całym świecie. Będzie teraz "wygrywał" nagrody nie tylko z Kanady, USA, czy Brazylii, ale nawet z dalekiej Nigerii. Kolebki największych kantów zresztą.

I tylko chyba ja jedna mam z tym wspaniały ubaw. Ilekroć mnie proponują wypełnienie jakiegoś kuponu, robię to ze skowytem rozkoszy na ustach. Nigdy nie odmawiam. W zależności od samopoczucia w danym dniu, ochoczo wypisuję "moje" personalia. A więc byłam już H.M.Queen, 22 Buckingham Palace Rd. London, Ont. Byłam Antoinette de Pompadour, 22 Champs-Elysees, Paris, Ont. Byłam Marie-Therese Habsburg, 22 Schonbrunngasse. Vienna, Ont. W dniach, w których nie odczuwam specjalnej grandezzy, kiedy nie chce mi się pretendować do żadnego z europejskich tronów, jestem tylko Sophią Loren, 22 Bella St, Naples, Ont. lub Valentiną Tiereszkovą, Dniewskij Prospekt 69, Moscow, Ont. Byłam już Mata Hari Zeeburgerkade 56,  Amsterdam, Ont i byłam Lukrecją Borgia, (córka papieża, a jakże!) Via Loreto, Florence Ont. Ale najbardziej (i najczęściej) lubię być Kunegundą Szczepszczynkowiecką, 22 Poland Dr. Wilno, Ont. Wszystkie te miejscowości można istotnie znaleźć na mapie prowincji Ontario. Ojcowie tych miast musieli cierpieć na niemałą nostalgię. Lub brak polotu. Ja zaś do wszystkich tych adresów dorzucam jakiś tam, nieistniejący oczywiście, kod i niech mnie poca….pardon, szukają.

Właśnie minęło Boże Narodzenie. Ile przepięknych kartek świątecznych otrzymał Pan przez e-mail? Pewnie dużo. Śliczne są te bajecznie kolorowe kartki (wysłane w najlepszych intencjach zresztą) z choinkami, bombkami, światełkami, bałwankami, saniami, konikami. Z tym nostalgicznym, polskim pejzażem, prawda? Ja też je dostaję. Tylko, że ja moich nigdy nie otwieram! Nie tylko dlatego, że czasami zawierają (nieświadomie przekazane) wirusy. Nie! Ja się tylko nie chcę podkładać. Czy Panu nigdy nie przeszło przez głowę: dlaczego jakaś firma (która jest przecież po to na rynku ażeby robić pieniądze) miałaby być aż tak altruistyczna aby obcym ludziom pozwalać ZA DARMO korzystać ze swojej witryny? NIC ZA DARMO! Albowiem za każdą wysłaną kartkę, za bezdurno dostają e-mailowy adres nadawcy oraz kilka (lub kilkanaście) adresów odbiorców. Jako, że rzadko kiedy wysyła się jedną tylko kartkę, prawda?

Niedawno, wracając z koleżanką z klubu brydżowego, zatrzymałyśmy się na stacji benzynowej. Wielki transparent głosił, że jest tam do wygrania, znanej marki system alarmowy do domu. Moja koleżanka koniecznie chciała ten kupon wypełnić. Ja co prawda, w charakterze Rejtanówny nie rzuciłam się w próg, ale zajęło mi prawie pół godziny, zanim zdołałam ją przekonać, że nie dość, że jej danymi zahandlują, to jeszcze się dowiedzą, że jej dom ( w ekskluzywnej dzielnicy), nie jest "zaalarmowany". Ciekawa jestem ile osób, których kupony widziałam w otwartym pudełku, padło później ofiarą włamania? Ciekawa też jestem czy kiedykolwiek zdali sobie z tego sprawę, że o to włamanie sami poprosili? Czy to naiwność ludzka nie ma granic czy też jest to po prostu zwykła, przyziemna chciwość? A ta wieczna pogoń za CZYMŚ ZA NIC, za "szczerozłotą" ułudą, (która nigdy nawet przy tombaku nie leżała), za którą później płaci się najczęściej słoną cenę.

Najbardziej groźni są telekanciarze. Najlepiej z miejsca odkładać słuchawkę. My nie mamy żadnego obowiązku w stosunku do ludzi z którymi kontaktu nie szukamy ani pożądamy. Zakupy przez telefon to i tak kupowanie kota w worku. Korzystam z okazji, ażeby przypomnieć, że przez telefon nie wolno nigdy podawać: numeru konta bankowego, numeru SIN=u, numerów kart kredytowych ani udzielać osobistych informacji. Radzę także nie brać udziału w telefonicznych sondażach. W nieszkodliwych, zdałoby się, dziesiątkach pytań, znajdują się 2-3, o które im naprawdę chodzi, a które całkiem na pewno nie są dla nas korzystne.

Jeśli Pan chce raz na zawsze pozbyć się tych kilogramów bezwartościowej "literatury", jest na to prosty sposób. Wszystkie legalne firmy marketingowe i reklamowe zrzeszone są w CDMA. Proszę tam napisać:

 

Canadian Direct Marketing Association.

Mail Performance Service

1 Concorde Gate,     Suite 607

Toronto,   ON    M3C 3N6

 

i poprosić ażeby skreślili Pana nazwisko z: all commercial direct mailing lists. Proszę zachować kopię tego listu a także dać im 3 miesiące na wprowadzenie Pana prośby w życie.

Na e-mailowe reklamy i ”pop-up’y” niestety, jak dotąd, moru nie ma. Blokowanie takiej nachalnej firmy w komputerze, nic nie daje. Albowiem oni, jak kameleony, co dwa dni zmieniają swoją nazwę. Jak wiemy, przestawienie jednej kropki czy innego znaku, stwarza zupełnie nowy e-mail. Wtedy nie pozostanie Panu nic innego, jak zmienić własny e-mail. Ja to zrobiłam kilka miesięcy temu. Z tego samego powodu. Jest to z początku trochę kłopotliwe, ale działa bezbłędnie. I będzie Pan miał święty spokój. Przynajmniej do Wielkanocy. Kiedy to zaczną napływać śliczne karteczki z pisankami, kurczaczkami i zajączkami. Jeśli Pan tych kartek nie otworzy (tym samym nie potwierdzi odbioru) jest szansa, że po jakimś czasie Pana adres wyleci z listy w ich komputerze.

Zdrowego, spokojnego i pozbawionego drukowanego barachła, NOWEGO ROKU 2005 – życzą Nina i kominiarz.