„CUDOWNE DZIECKO”
Po szesnastu latach milczenia, ni z gruszki, ni z pietruszki, dostałam e-mail od Adamów. Mój adres uzyskali od kuzynki w Anglii. Twierdzą, że list napisany do mnie na stary adres pocztowy – wrócił. Proszą o nowy. Są znowu w USA i chcieliby, przy sposobności, ponownie mnie odwiedzić. Przez chwilę jestem speszona i skonsternowana. Albowiem nie mam pewności czy aby nie przeczytali wtedy mojego felietonu o nich, który, jak na złość, PAP przedrukowała w Polsce w całości. A, że felieton daleki był od pochlebnego, trochę mi łyso. Napisany w 1998r pod wpływem chwili, tłumaczy moje negatywne nastawienie. Oto on:
„Zawsze byłam, jestem i będę gorącą wyznawczynią wykształcenia. Zwolenniczką edukacji i propagatorką nauki. Zawsze się chełpiłam, że jak długo żyję i zachowuję przytomność umysłu, będę się uczyła. Choć zapewne i tak umrę głupia. Ale, jak dotąd – słowa dotrzymuję. Nadal studiuję, publikuję, wygłaszam referaty; dotąd miałam siebie za rozgarniętą starszą panią, acz w pełni świadomą, że nikt na tym bożym świecie, nie posiadł WSZELKIEJ mądrości. Aż tu nagle okazuje się, że sromotnie się myliłam. Są, bowiem pośród nas tacy, którzy są na najlepszej drodze do osiągnięcia apogeum wykształcenia, mądrości i doskonałości, nawet w „dojrzałym” wieku… 12-tu lat! Przekonałam się o tym na własnej skórze.
Z zamieszkałą w Polsce rodziną dawno nieżyjącego męża, utrzymuję już tylko bardzo luźny kontakt. Broń Boże, nie z jakiejś mojej złej woli. Po prostu okoliczności taki stan rzeczy stworzyły. Starzy wymierają. Młodsi żenią się, rozwodzą i żenią ponownie. Straciłam rachubę, kto jest kto, z kim, gdzie i odkąd. Starsi jakoś przestali do mnie pisać, odkąd przeniosłam się do Kanady. Nigdy nie zadałam sobie trudu ażeby dociekać czy chodzi o sprawy tak prozaiczne jak koszt znaczka pocztowego (większość ludzi starych nie posiada komputera), czy też jest to klasyczne: „co z oczu – to z serca”. Mieszkając w Londynie, w Polsce bywałam często, ale też i u mnie drzwi nigdy się nie zamykały. Mój dom, odwiedzany nieustannie, był w sumie angielskim „pied a terre” całej rodziny, więc jakaś stała więź zawsze egzystowała. Ale to było wtedy i tam. A tutaj?
Tutaj pewnego dnia zadzwonił telefon. Długo nie mogłam połapać się stopnia pokrewieństwa mojego rozmówcy z moim mężem. Domyśliłam się, że Adam jest albo synem, albo zięciem, a może pasierbem jednej z jego licznych kuzynek. Albo szwagierki. A może ciotki? Nieważne. Ważne, że razem z żoną i synem przebywają na terenie USA. Aktualnie przygotowują się do powrotu do domu, ale będąc już na tym kontynencie, bardzo chętnie zaliczyliby jeszcze Kanadę. Adam pyta czy mogą liczyć u mnie na chatę. Nie pytając nawet na jak długo, śpieszę ich zapewnić: „ależ oczywiście. Mój dom jest waszym domem. Przyjeżdżajcie!” (Następnym razem nie będę już tak pochopna.)
Przyjechali autobusem gdyż, zrozumiale, chcieli jak najwięcej zobaczyć. Zgodnie z umową, Adam trzymał w ręku kolorowy, polski magazyn, więc zaraz ich rozpoznałam. Pierwsze wrażenie było korzystne; tworzyli bardzo sympatyczną grupkę.
Po kilku godzinach bliższej już znajomości, nabrałam przekonania, że Adam i Beata są miłymi, kulturalnymi i ujmującymi ludźmi. Jeśli tylko nie liczyć totalnego świra na punkcie ich jedynaka. Ich zachowanie było wręcz żenująco bałwochwalcze w stosunku do tego szczeniaka. Jeszcze przed chwilą rozgadani, roześmiani – nikli w oczach i milkli, kiedy do pokoju wkraczał „ON”, ten rozpieszczony, nadęty, nadwiślański Don. Czyli Grześ. Chociaż jaki on tam Grześ?! Oficjalnie nazywa się Gregory. Polskie dziecko, w Polsce mieszkające (sic!) nosi angielskie imię. Można i tak. Grześ czasem reaguje na „Greg”, ale na ogół życzy sobie, powiedział z naciskiem, ażeby zwracać się do niego pełnym imieniem. Proszę bardzo. Jeśli będę tylko pamiętała.
Ledwie się rozpakowali, Grześ rzucił się do mojego komputera. Byłam niekłamanie zadziwiona łatwością, z jaką „żeglował” po dość skomplikowanych programach. Lecz po niedługim czasie odął wargi i stwierdził, że ja nie mam nic specjalnie ciekawego do zaoferowania. Odparłam uprzejmie, że ewidentnie mamy różne zainteresowania. I inne zapotrzebowania. Mój komputer jest moim narzędziem pracy. Na gry komputerowe nie mam czasu. Gołych panienek nie oglądam. Uff! No to przynajmniej komputerowo – miałam go z głowy.
Poszłam do kuchni ażeby przyrządzić kolację. Jego rodzice dzielnie mi asystowali, co dało kolejną okazję do pogadania sobie krztynę i dalszego się poznawania. W końcu przecież nic o nich nie wiedziałam. Ba, do niedawna nawet o ich egzystencji w ogóle nie wiedziałam. Zaraz też umówiliśmy się, że początkowo oni sami będą zwiedzali Toronto; ja w międzyczasie wniosę w pracy o tygodniowy urlop, poczym będę im mogła służyć jako cicerone.
Adam jest docentem chemii. Ponieważ praca naukowa, jak twierdzi, nie popłaca, zaprzedał swą duszę i umiejętności amerykańskiej firmie farmaceutycznej, która aktualnie buduje fabrykę w Polsce. Właśnie z ramienia firmy wyjechał na dwumiesięczne przeszkolenie do USA. Beata jest lekarką. Pracuje w szpitalu, ale jej marzeniem jest mieć własną, prywatną praktykę. Traf chciał, że w Chicago odbywało się właśnie sympozjum w jej specjalności; załapała się i udało im się zsynchronizować wspólny wyjazd. Syna wzięli ze sobą celowo. Grześ (a właśnie tak będę go nazywała. Mnie ten szczyl tyranizować nie będzie!) uczęszcza w Polsce do prywatnej, ekskluzywnej szkoły z angielskim językiem wykładowym i konfrontacja z Ameryką wydała im się bardzo wskazana. Uczciwie muszę przyznać, że chłopak mówi doskonale po angielsku i to tą śliczną, „królewską” angielszczyzną. Adam mówi, że oboje z Beatą pracują właściwie wyłącznie na edukację Grzesia. Brzmi to pięknie, ale czy rozważnie? No, ale to ich sprawa…
Po kilku dniach i coraz dłuższych rozmowach (w chwilach wolnych od obwożenia, zwiedzania, gotowania i sprzątania), dowiaduję się, że takie szkoły, jak Grzesia, wyrastają w całej Polsce jak grzyby po deszczu. Co chwilę otwiera swe podwoje nowa szkoła, akademia a nawet uniwersytet. I od razu z dużo wyższym czesnym od istniejących już uczelni. No, cóż. „Snob-appeal” jest kosztowny! Szkoła, do której Grześ uczęszcza, kosztuje miesięcznie tylko $1.200 (amerykańskich). Sama wstępna opłata kosztowała, tfu, bagatela, $3.000 tychże „zielonych”. (Przypominam: ja ten felieton pisałam 16 lat temu. Podane ceny są zatem także ówczesne!) Egzamin zdali jedynie nieliczni – mówi z dumą Beata. Mam ochotę zapytać, czy tamtym rodzicom kasy zabrakło, czy też ich dzieci to same jełopy? Ale milczę, bo brak mi riposty na to wyniosłe oświadczenie.
Beata wylicza walory tej kosztownej wszechnicy. W szkole są tylko dwie klasy. Każda liczy po 10 uczniów. Rodzice tych „krezusków” w ubiegłym roku zafundowali szkole: 1 autokar, 12 komputerów najnowszej generacji, (których stan w tym roku będą musieli poważnie uzupełnić. Nie wiedzą, biedacy, że będzie to częsty wydatek, bo każdy Intel-szmintel i Pentium-szmentium z upływem każdego miesiąca staje się przeżytkiem), oraz 3 zagraniczne wycieczki. Na razie tylko europejskie. Tyż piknie! Aby Grześ mógł tak przyjemnie spędzać swoje szkolne lata, jego rodzice harują jak łyse konie. No, ale za to mają spokojną głowę, że szkolny autokar bezpiecznie odwiezie i przywiezie dziecko do domu. Dzieci w szkole dostają 3 posiłki dziennie. Wprawdzie niewyszukane, ale za to smaczne, pożywne i świeże. Prosto od McDonalds’a.
Szkoła uczy wszystkich przedmiotów ogólnych (tak jak każda inna szkoła w mieście. Taka, dla zwykłych śmiertelników) i ponadto 3 języki obce, nie licząc angielskiego-wykładowego. Uczy tańca towarzyskiego, gry w brydża i szachy, manier stołowych (przy fryganiu hamburgerów? Ejże!) Uczy też savoir vivre, bezpiecznego seksu, podstaw muzyki i gry na instrumentach muzycznych, wedle wyboru. Także podstawowej plastyki i techniki. Kształci w niektórych dyscyplinach sportowych tj. pływaniu, hokeju, jeździe konnej, nartach, szermierce, tenisie, karate, ale w każdej z nich muszą celować. Inne konkurencje, jak: piłka nożna, siatkówka, koszykówka, boks, skoki czy bieganie – pozostawiają plebsowi. To nie są sporty dla elitarnych, delikatnych, genialnych móżdżków. Dzieci zachęca się do korzystania z programów ogólnokształcących. Dzieci mają prawo same decydować o wyborze tematów do opracowania, które potem poddawane są ogólnej dyskusji. Dzieci mają prawo kwestionować zdanie nauczycieli; wszelkie dyskursy są ochoczo podsycane. Dzieci poddawane są codziennie przynajmniej jednemu egzaminowi, zawsze z innej dziedziny. Szkoła przyjmuje dzieci wyłącznie z bardzo wysokim IQ i zatrudnia najlepszych pedagogów. Dzieci z łatwością przerabiają dwuletni materiał naukowy w ciągu jednego roku szkolnego, toteż wszyscy będą zdawali na uniwersytet najpóźniej w wieku lat 14. (Ciekawa jestem, czy jeśli któreś dziecko nie zda, czy rodzicom zwrócą pieniądze?! A może zdawanie w ogóle jest tylko pro forma, jako, że wynik jest z góry zaklepany?) Do nasycenia radością swych przemęczonych oczu, rodzice dostają co miesiąc do wglądu indeks ze stopniami swoich milusińskich. Ręczna adnotacja dziekana (no proszę, na tym szczeblu nauczania - już dziekana!) upewnia ich w przekonaniu, że spłodzili geniusza.
Na razie Grzesio doprowadza mnie do białej gorączki tym swoim wymądrzaniem się na potęgę. Ale, ażeby być absolutnie fair, muszę przyznać, że jak na swój wiek, chłopak ma zaskakująco duże wiadomości. W brydża też gra całkiem nieźle. Na naszym korcie tenisowym, z wyraźną łatwością wygrał mecz z ojcem. Nieustannie egzaminuje rodziców z czegoś, a oni się sumitują, jeśli nie znają właściwej odpowiedzi. Z zachwytem patrzą w niego jak w słoneczko. Oj, żeby ono ich tylko kiedyś nie oślepiło!
W drodze powrotnej z Niagara Falls, miglanc pyta mnie niewinnym głosikiem, czy Niagara Falls to najwyższy wodospad na świecie. Domyślam się, że chce mnie „zagiąć” i postanawiam nie dać się. Robię mu mini wykład, bo akurat temat nie jest mi obcy. Odpowiadam, że nie, że daleko mu do tego. Niagara Falls (po kanadyjskiej stronie) mierzy sobie tylko 170 stóp, podczas kiedy Angel Falls ma ponad 3.200 stóp. A gdzie to jest? – udaje niewiedzę ludzkie szczenię. W Wenezueli. A dlaczego tak się nazywa? Bo w 1933r (chociaż oficjalne statystyki podają, że dopiero w 1937r) odkrył go, przez przypadek zresztą, amerykański lotnik Jimmie Angel. Czy ja dobrze słyszę? Gówniarz mruczy pod nosem z nieukrywaną złością: „wie, cholera”. Zastanawiam się, czy to ostatnie słowo jest rzeczownikiem czy dopełniaczem. Patrzę w lusterko na reakcję rodziców. Nie ma. Może ogłuchli?
Traktuję ten epizod jako drobną rekompensatę za te dni ustawicznych egzaminów, którym wszyscy jesteśmy poddawani w tempie karabinu maszynowego. Jednego wieczora byłam bardzo zmęczona i zostaliśmy w domu. Niby niechcący, nastawiłam TV na popularny program „Jeopardy”. I doznałam dzikiej satysfakcji, kiedy to nasze cudowne dziecko, ten nasz „Wunderkind”, został wreszcie zdystansowany przez rodziców. Znał zaledwie kilka odpowiedzi. Wylazło szydło z worka. Tego materiału nie przerabiał, więc jednak g…uzik wie. Grześ, już w połowie emisji, uznał program za denny i oświadczył, że szkoda czasu na jego oglądanie. Chciał wyłączyć telewizor, ale ja zaoponowałam, bo rodzicom bardzo się podobał. Jego pełen nienawiści wzrok wynagrodził mi dni przebytej męki. I zapewnił święty spokój na następne trzy dni, pozostałe do ich odlotu. Nie przypuszczam ażeby mile mnie zapamiętał. Z pełną wzajemnością zresztą.
Adam powiedział, że chyba przyjdzie im sprzedać willę po matce, gdyż nie nadążają z wydatkami. A ja, tchórz, znowu nie zdobyłam się na odwagę, ażeby mu powiedzieć, że szkoda domu! Wszak ten dom – to ich starość! Że Polska i tak cierpi już na nadmiar inteligencji pracującej. Że jele-jele a pracy trzeba będzie szukać zagranicą. (Wykrakałam, co?) Zapomnieli widocznie o mądrym porzekadle ludowym, że każdy orze – jak może. Że to już nie jest nieboszczka PRL i państwowe, darmowe wykształcenie. No, może czasem jakaś osełka masła albo mała kopertka, „pomogła” wtedy dziecku w nauce, ale tamte czasy minęły. „Byli, wyszli i nie wrócą”.
Mimo oczywistej animozji, na pożegnanie kupiłam Grzesiowi kilka gier komputerowych. A, niech ma! Podziękował grzecznie, ale bez większego entuzjazmu. Wyjechali z końcem czerwca. Ubiegłego roku. Nigdy więcej się nie odezwali. Nawet kartki na Boże Narodzenie nie przysłali. Może powinni byli przejść kurs bon-ton’u w szkole własnego syna. Może zgubili mój adres, chociaż w erze komputerów i internetu, ta wymówka od dawna „nie lata”. Może uznali, że skoro kawałek Kanady już zaliczyli – nie będę im więcej potrzebna. Grześ pewnie na drugi rok będzie zdawał na uniwersytet, chociaż u mnie nie zdał z podstawowego zachowania. Jego rodzice też nie. Bowiem dziecka nie można totalnie obwiniać; przykład idzie z góry. Wobec tego, może to lepiej, że go szkoła wychowuje. Ale najlepiej nauczy go życie. Im prędzej, tym lepiej. Szkoda tylko, że ja nic o tym nie będę wiedziała. A może będę?... „
No i proszę. Po tylu latach Adamowie nagle znowu przypomnieli sobie o mojej egzystencji i proszą o aktualny adres pocztowy. Najchętniej podałabym im adres pobliskiego „Domu Starców”. Ale oni wiedzą od rodziny, że jestem jeszcze ciągle „na chodzie”, więc nie będę się wygłupiać. Dowiaduję się, że Gregory pracuje w Dolinie Krzemowej w Kalifornii. Jest żonaty; ma dziecko. To z jego komputera wysyłają ten e-mail. Pomimo, że tym razem są sami, nie mam ochoty ich gościć. Głównie, bo nie chce mi się wysłuchiwać peanów pochwalnych na cześć ich genialnego syna. I pewnie także już fenomenalnego, dwuletniego wnuka. Szczęśliwie nie potrzebuję kłamać, kiedy odmawiam. Z czystym sumieniem oświadczam, że w moim nowym domu nie mam warunków na podejmowanie gości. Nie piszę „sorki”, nie sumituję się, gdyż TO dopiero byłoby wierutnym kłamstwem. Zgodnie z życzeniem, podaję mój nowy adres pocztowy i zawiadamiam, że numer telefonu pozostał ten sam. Ale wiem, że na list, czy kartkę świąteczną z zapartym oddechem czekać nie będę. Wszak udusiłabym się. Zresztą za następne 16 lat będę na tym padole już tylko wspomnieniem. A i to tylko w sercach najbliższych...