TYLKO
BEZ CUDÓW...
Do czego to doszło? Co się stało z wolnością
słowa? Dlaczego zanim człowiek coś napisze, musi naprzód zasięgnąć
porady adwokata, aby się upewnić, czy treść felietonu, w
żaden sposób nie będzie mogła być poczytana za pomówienie.
Że nikt nie będzie mógł się czepiać, nie będzie
mi groził (jak to niedawno miało miejsce), czy ciągał po sądach.
Mój nader uczciwy (ale mam fart, co?) adwokat, dmucha na zimne. Zalecił
mi, ażebym napisała to, co mam do napisania, ale pod warunkiem, że
nie ujawnię nazwiska pana ”cudotwórcy”, o którym będzie mowa. A,
że dzisiaj na temat tych magików odpowiadam na dwa listy naraz, poszliśmy
na kompromis. Tego polskiego będę nazywać panem ”X”; dla
drugiego nie muszę już być tak łaskawa.
A oto list od p. Agnieszki H. z Oakville:
Pani Nino! Pierwsza rzecz, którą zawsze szukam w
gazecie, to Pani artykułu. (Płonię się po białka oczu. Przyp. mój, oczywiście).
Bardzo je sobie cenię. Bo Pani pisze rzeczowo, porusza różne, często
bolące nas tematy. Pani artykuły są nie tylko interesujące,
ale głównie pouczające. I prawdziwe. Pewnie już nie jednego
ustrzegły przed różnymi oszustami i naciągaczami. Bo ludzie są
tacy naiwni. Mnie w tej chwili chodzi o tych, którzy ludziom rzekomo przywracają
zdrowie za dotknięciem ręki, albo zaglądaniem w oczy. Czy też
karmią ziółkami niewiadomego pochodzenia. Ja w takie cuda nie wierzę,
ale znam takich, którzy wierzą. Bo jak mówi przysłowie: tonący
brzytwy się chwyta. To szczególnie dotyczy ludzi chorych. Kiedy medycyna
zawodzi lub jest bezsilna, próbują jeszcze leczyć się u
uzdrawiaczy.
Dlatego chcę Pani donieść o panu X, naszym rodaku, który
żeruje na ludzkim nieszczęściu. Właśnie wróciłam
z wakacji w Polsce. Tam przeczytałam w prasie, że w lecie tego roku,
pan dr X odbędzie tourne po świecie i, że ”Kanada już na
niego czeka”. Zięć przed chwilą sprawdził go na Internecie.
Rzeczywiście jest doktorem. Ale… filozofii. Toż to prawdziwy horror.
Moja bratowa we Wrocławiu choruje od wielu lat na nerwicę lękową.
Kiedy nie pomogły żadne lekarstwa, udała się do pana X. A
sprawa wyglada tak: naprzód trzeba się zarejestrować parę
tygodni naprzód. Wstęp kosztuje 200zł. Pan X przyjmuje pacjentów pod
Warszawą, w wielkim namiocie. Namiot mieści 900 ludzi. Sesje odbywają
się dwa razy dziennie (1800 osób). Pan X ”uzdrawia” każdego za
dotknięciem ręki. Dotyka na sekundę i…chory z miejsca zdrowieje.
Poczym następuje sprzedaż CD dysków z wypowiedziami rozradowanych
ludzi, których on poprzednio w ten sposób tak magicznie uzdrowił.
Samo ”uzdrowienie” jest wręcz fantastycznym przedstawieniem:
przychodzi ktoś o kulach, uzdrowiciel go dotyka, człowiek się
przewraca, po czym wstaje i już o własnych siłach, cały
radosny, odchodzi - zdrów jak ryba. Właściwie tylko podskoków
brakuje do pełni tego cyrku. CD dysk kosztuje 60zł. Pan X każe każdemu
pić dużo wody mineralnej (conajmniej dwa litry dziennie), którą
on wzmocnił i wzbogacił swoją sekretną, nadprzyrodzoną
siłą. Butelka tej samej wody w sklepie kosztuje 2.50zł (i jest w
rozlewni hermetycznie zamknięta), ale u pana X kosztuje 8.00zł i nie
jest. Każdy kupuje conajmniej 4 takie butelki a, że woda jeszcze
nikomu nie zaszkodziła, więc nie ma obawy o konsekwencje. Byznes
kwitnie!
Moja bratowa do niedawna jeszcze święcie wierzyła w
nadprzyrodzone siły pana X. Ale kiedy po kilku wizytach i utracie
niebagatelnych sum, kiedy nawet najmniejszej poprawy nie odczuła, wreszcie
dała sobie spokój. Bo z Wrocławia taksówka (bratowa nie może
podróżować ani koleją ani samolotem) pochłania prawie całą
jej rentę. A, że ktoś musiał jej towarzyszyć, brat
zwalniał się z pracy, dodatkowo tracąc dniówkę. Stracili
wszystkie oszczędności, a bratowa jak była chora, tak jest dalej
chora. Pan X zarabia krocie. Mało mu? Czego jeszcze chce szukać w
Kanadzie? Więcej naiwnych nieszczęśników, którzy w nadziei
odzyskania zdrowia, oddadzą mu ostatni grosz?
Pani Nino! Może wartoby o tym napisać, ażeby,
w razie czego, ludzie wiedzieli z kim mają do czynienia. Z góry dziękuję
za zajęcie się tą sprawą....
Pani list poruszyl śliski, bo ciągle nie do końca
zrozumiany ani opracowany, aspekt leczenia metodą alternatywnej medycyny.
Tu może warto by nadmienić, że tak jak są lekarze-geniusze,
tak samo są lekarze-konowały. I tak jak są prawdziwi
bioenergoterapeuci, tak samo są szalbierze, którzy bez sumienia korzystają
z bezkarności praktykowania w nieuregulowanej profesji. Jak Pani sama zauważyła,
człowiek chory, brzytwy się chwyta. Więc łatwo jest
niesumiennemu cwaniakowi na nim żerować.
Ja nie znam polskich cen. Ale ludzie w kraju znają. I skoro skłonni
są zapłacić 8.00zł za butelkę, o której wiedzą,
że powinna kosztować 2.50zł - to o czym to świadczy? Tylko o
tym, że CHCĄ uwierzyć, że woda została w jakiś
magiczny sposób ”namaszczona” czy ”pobłogosławiona”. Zrozumiałe,
że dla nas, względnie zdrowych, jest potworną frustracją
patrzyć, jak naszych bliskich robią w konia. A jednak nie do końca
jestem przekonana, czy my mamy prawo im tę iluzję odbierać. Bo
prawda jest taka, że niektórym już tylko nadzieja zostala. Wiara
przenosi góry; autosugestia cuda czyni.
Ja nie ukrywam, że też w te ”cuda” nie wierzę. I głośno
to wyrażam. Ale wierzę w mariaż konwencjonalnej medycyny z
alternatywną. Chociaż jeszcze ciągle bardzo mało wiemy o tej
ostatniej, myślę, że zażywanie sprawdzonych witamin i minerałów
doustnie, nie powinno nikomu zaszkodzić. Jak długo wiemy, co nam służy
i czego nam potrzeba, ażeby z pożytkiem je sobie aplikować i nie
przedawkować. Do tego faktycznie nie potrzeba lekarza. Ani znachora. A tym
bardziej takiego czarodzieja.
Człowiek, o którym Pani pisze, jest w pierwszym rzędzie niewątpliwie
doskonałym byznesmanem. Czy jest kanciarzem? Tego nie wiemy. On ludzi do
niczego nie zmusza; przepłacanie butelki z wodą jest dobrowolne. A
zatem – nie karalne. Ten człowiek, w przeciwieństwie do swoich
amerykańskich pobratymców, przynajmniej nie podszywa się pod religię,
nie zgrywa na zesłanego nam przez Pana Boga ewangelistę-kaznodzieję,
nie straszy ogniem i siarką, jeśli ktoś jego CD nie kupi. Mnie się
wydaje, że tym pełnym efektów spektaklem, tą ”uzdrawiającą”
farsą, powinno zająć się Ministerstwo Zdrowia. Może
nawet i policja.
Albowiem nie ulega wątpliwości, iż kantem są atesty
ludzi tak magicznie i błyskawicznie (?) uzdrowionych. Szczególnie z
jakiegoś niedowładu. Każde dziecko wie, że członek długo
nieużywany (żadne śmichy-chichy, pani Psipsińska, ja o
nogach piszę), ulega atrofii. Mięśnie zanikają. Toteż
nawet gdyby taki medyczny fenomen, taki ”natchniony”, nagle odzyskał
jakimś cudem czucie w nogach, nie ustałby na nich ani chwili. Nie mówiąc
już o odrzuceniu kul i pójściu o własnych siłach w siną
dal. Gdyż te, jeszcze przed chwilą, bezwładne nóżki - po
prostu by go nie uniosły. Aliści ta sceneria, ta masowa psychoza, są
rekwizytem, conditio sine qua non,
nieodzownym narzędziem ”pracy” każdego szarlatana.
Jedynym, mnie znanym wyjątkiem w tej dziedzinie, był
Anglik, Clive Harris, który w latach siedemdziesiątych objeżdżał
cały świat i leczył ludzi en masse. O ile dobrze pamiętam
nagłówki z krajowej prasy, w Polsce też bywał regularnie i nawet
Stadion XX-lecia zapełniał. Studenci trzymali porządek; stadion pękał
w szwach. Ile ludzi uleczył – tego nie wiem (może w Kraju zachowały
się jakieś statystyki?) Ale wiem na pewno, że on nie pobierał
żadnych opłat!! I niczego nie sprzedawał. Leczyl, bo miał
dar! A zatem, choć jestem sceptyczką, choć tego ani rusz nie
rozumiem, muszę pogodzić się z faktem, że coś w tym
jest. Co? Nie wiem. Przypuszczalnie potęga sugestii.
Ten pan X chyba jednak do nas nie przyleciał, bo nigdzie w prasie nie
natrafiłam na jego ogłoszenie. A w tych sprawach, bez krzykliwej
reklamy i dużo szumu wokół siebie - ani rusz! A może on
zachorował i własną wodą się leczy? No to mamy go z głowy!
*****
Widocznie jest hossa na cudotwórców, bo p.Lidię N. z Toronto frapuje
sprawa z nieco innej, lecz równie ”nadprzyrodzonej” parafii:
Mam do Pani prośbę. Jeśli Pani
znajdzie czas, bardzo proszę o wypowiedź na ten temat. Otóż
ja w waszym piśmie przeczytałam i zachowałam sobie artykuł napisany przez p. Irenę Maślińską,
pt. UZDRAWIAJĄCY PRĄD. Jest to reportaż o szkole Bruno Groeninga
i jego cudownym uzdrawianiu. Nie wiedziałam, że w Kanadzie istnieje
sekcja jego organizacji. Ja nie wierzę w żadne wróżby ani inne
takie hokus-pokus i zawsze mówię, że jak Ten Najwyższy nie pomoże,
to nikt nie pomoże. Ale mimo wszystko chciałabym wiedzieć czy to
jest jakaś sekta, jakiś kult, i dlaczego, skądinąd rozgarnięci
ludzie, wierzą w jego pozagrobową moc uzdrawiania? Ja bym na ten
artykuł nie zwróciła uwagi, gdyby nie to, że w poprzednim roku,
będąc w Polsce z wizytą u rodziny, poznałam tam jedną
panią. Młoda, wykształcona, ma męża Niemca i na stałe
mieszka w Niemczech. Opowiadała mi, że przez długie lata cierpiała
na epilepsję, a jej 8-mioletnia córeczka miała alergię prawie na
wszystko. I Bruno je obie wyleczył!
Ona, w drodze do Gdańska na spotkanie z ludźmi tego Bruna, co
roku odwiedza rodzinę, gdzie ją poznałam. Bardzo aktywna, zagorzała
wyznawczyni nadprzyrodzonych sił Bruno Groeninga, w Niemczech wygłasza
odczyty, ma prelekcje na temat tych cudownych uzdrowień. Ja bym chciała
wiedzieć, co to jest? Jestem ciekawa czy aby ktoś tej pani nie zrobił
wody sodowej z mózgu. Czy Pani, poza tym artykułem w waszym piśmie,
spotkała się uprzednio z tym nazwiskiem?...
A jakże. Niejednokrotnie spotkałam. I równie szybciutko
zapominałam. Bo mi zawsze czasu szkoda było na czytanie tych bzdur. Pani chce wiedzieć,
kim był Bruno Groening? Proszę bardzo, służę
informacją:
Bruno Groening (1906-1959) był jeszcze za życia
chodzącą kontrowersją. Zadziwiające jest to, że nawet
dzisiaj, ponad pół wieku po swej śmierci, ma wciąż wielu
wyznawców, którzy mu bezustannie i uparcie przypisują owe nadprzyrodzone
siły. Jednakże są to w zasadzie niedobitki, które nie chcą,
czy też nie potrafią pogodzić się z faktem, że są
ofiarami wielkiej mistyfikacji.
Facet urodził się w Gdańsku-Oliwie jako jeden z 7-miorga
dzieci murarza-pijaczka. Już od urodzenia był dziwakiem. Żył
we własnym, wyimaginowanym świecie. Nawet rodzice i rodzeństwo
nazywali go ”Der Spinner”, co po polsku znaczy po prostu: kłamczuch,
łgarz, blagier. Skończył 5 klas szkoły powszechnej. Imał
się różnych zawodów, lecz nigdzie długo miejsca nie zagrzał.
Pracował jako robotnik na budowie, jako murarz, stolarz, sprzedawca mebli.
W wieku 21 lat ożenił się i miał dwóch synów (roczniki 31
i 39). Obaj umarli nie dożywszy 10-tego roku życia. Ich niezwykle
”leczniczo” uzdolniony tata jakoś nie był w stanie ich uzdrowić.
Jego żona Gertruda, nigdy nie wierzyla w jego nadprzyrodzone zdolnosci.
Przeciwnie, uważała, że uparcie nie dopuszczając lekarzy do
synów, był bezpośrednią przyczyną ich śmierci. Dlatego
się z nim rozwiodła.
W 1943r Bruno został powołany do wojska. Jeśli kiedykolwiek
miał miejsce prawdziwy cud w jego życiu - to właśnie wtedy.
Albowiem, kiedy oświadczył, że on nie będzie do nikogo
strzelał, zamiast stanąć pod ścianą lub skończyć
w obozie koncentracyjnym, odesłano go tylko na wschodni front. Tam dostał
się do niewoli.
Miał kolejny fart, że Rosję w ogóle przeżył. Po
powrocie do Niemiec w 1945r, przytomnie osiadł w Niemczech Zachodnich a nie
Wschodnich, jak powinien. Przybrał wygląd nawiedzonego i szybko ogłosił
się Drugim Mesjaszem, który nie tylko choroby ciała, ale i dusze
uzdrawia. Twierdził, że emanuje z niego uzdrawiajacy prąd, acz
tylko przez niego wyczuwany. Był zgrabnym reżyserem i całkiem możliwe,
że nawet prekursorem tych obecnych, magicznych sztuczek na scenie.
Albowiem to na jego mityngach
właśnie zaczęły się znane nam teraz masowe i jakże
wizualne ”cuda” z ludźmi, po jego dotyku dramatycznie odrzucającymi
kule, czy zrywającymi się
z wózków inwalidzkich. Ślepych, którzy nagle odzyskiwali wzrok Ludźmi,
którym na oczach setek widzów, odpadały jakieś straszliwe strupy.
Bruno ”leczył” wszystkie choroby. Ciurkiem. Jak leci. Pamachiwał
pa wsiem - można skazat. Od gruźlicy, egzemy, cukrzycy, uwiądu,
wszystkich raków, epilepsji, alergii, nawet sklerozy. Człowiek, który
jeszcze wczoraj nie pamiętał jak się nazywa, dzisiaj recytował
utwory Goethego. Tyż piknie!
Dusze leczył ”mit Stanniolkugel” tj. kulką urobioną z
cynfolii (?!) Kulka ta, jak twierdził, przejmowała na siebie złe
prądy nurtujące chorego, uzdrawiając go momentalnie. Sam pieniędzy
nigdy nie pobierał. Ale jego
pomocnicy – menadżerowie, w formie wolnych datków, zbierali miliony.
Jednak nie wszyscy dawali nabierać się na te sztuczki. Bruno
przed sądem stawał kilkakrotnie. Szybko płacił kary za
uprawianie ”leczenia” bez licencji i jeszcze szybciej reżyserował
kolejne, masowe spotkanie. Za spowodowanie śmierci 17-letniej dziewczyny,
trafił nawet do więzienia.
W późnych latach 50-tych zachorował. Po dłuższym
leczeniu klinicznym (a
więc nie swoim własnym - sic!), w
1959r zmarł w Paryżu, na raka żołądka. Dlaczego sam
siebie nie leczył? I nie wyleczył?
Przypuszczam, że ten szum wokół jego osoby, jest podtrzymywany
celowo. Syndrom ”dojnej krowy”. Myślę, że to jego druga
żona Josette, do dzisiaj nie pozwala umrzeć legendzie z prozaicznego
powodu: pieniądze, money, das Geld, dzieńgi, l’argent,
dinero, soldi, penize itd. Jeśli ktoś ”za jego przyczyną”
został uleczony, to pewna jestem, że ten ktoś albo wyleczył
się sam, lub w ogóle poważnie nie chorował. Nie jestem lekarzem,
nie wiem jak to działa, ale znane są przypadki, że człowiek
w ekstazie, psychozie, euforii, w stanie skrajnej histerii, jest w stanie
spowodować jakieś zmiany w organizmie. Autosugestia wzbudza
biochemiczną reakcję w mózgu człowieka.
Jeśli o dzieci chodzi, więcej niż połowa ze swych
przypadłości po prostu wyrasta. Ale jeśli Pani młoda znajoma
chce poczytać wyleczenie jej dziecka jako cud zza grobu, to jej i tak nic
nie przekona. Zdechł kanarek.
Ale, ale…. zawsze należy liczyć się z możliwością,
że ta nowa znajoma nie jest zupełną altruistką, lecz sprytną
osóbką, która z tych spotkań czerpie korzyści finansowe. Może
ta cała jej gadka to szukanie jelenia? Może organizując spotkania
propagujące i sławiące pozagrobowe ”cuda” Bruna Groeninga,
robi na tym niezłą kasę? Wszak żaden urząd podatkowy
nie może ocenić wysokości ”wolnych datków”.
Natura ludzka jest niezgłębiona. I przekorna. Czasami nawet
przekonująco i inteligentnie poddana w wątpliwość wiara w
nadprzyrodzone, nie przynosi skutków. Prawda jest bowiem taka, że jak długo
ludzie chcą w te sztuczki wierzyć, jak długo będą zapełniali
zebrania, kupowali butelki z wodą, dawali wiarę lewym atestom
magicznie ”uzdrowionych” i generalnie wierzyli w krasnoludki – szalbierze
będą mieli używanie! I wielki szmal!