DYSKRETNA ATRAKCJA “CIUCHOLANDU”

 

    Ja wiem, że to nieładnie podsłuchiwać, ale co mogłam zrobić, kiedy zostałam do tego zmuszona? Stojąc grzecznie w Centrum Jana Pawła II w kolejce do toalety,  nie miałam wyboru. Przecież trzeba wariata, ażeby opuścić wystane sobie miejsce, tylko dlatego, że ktoś inny głośno rozmawia. Byłam bowiem już w połowie drogi do tego upragnionego przybytku ulgi, kiedy do pani stojącej przede mną, podeszła kolesiówna i wszczęła rozmowę. Jeśli myślała, że w ten sposób wślizgnie się i skróci sobie czekanie – to się nacięła. Nie ze mną takie numery Brunnerówna! 

         Kolejka posuwała się bardzo powoli. Tak więc, chcąc nie chcąc, słuchałam relacji o jakiejś Danusi, która – „proszę ja ciebie, phi, prawie nie wychodzi z ciucholandu”. (W pierwszej chwili nie skojarzyłam. Moi znajomi nazywają takie sklepy „Lumpexem”. Dopiero kiedy padła nazwa Value Village, zrozumiałam.) A tymczasem ta pani, nadętym głosem, językiem nie zdradzającym doktoratu z polonistyki, w niewybredny sposób wyrażała swoje niezadowolenie i  dezaprobatę, suchej nitki na tej Danusi nie zostawiając. Ostatnim gwoździem do trumny miało być warknięcie, że to wstyd i hańba ażeby taka bogata kobieta – „czy ty wiesz, że jej mąż już trzeci truck do Arnolda wstawił?” – ubierała siebie i rodzinę w takiej szmatłowni. Pani przede mną milczała. Nie komentowała tyrady swojej rozmówczyni; może, jak reszta z nas, myślała tęsknie o dotarciu  na czas do wolnej kabiny.   

         A ja, z lekkim rozbawieniem  rozmyślałam nad tym,  co też to się z ludźmi teraz porobiło. Skąd to zadzieranie nosa? Czyżby światowej renomy projektanci mody, taki Armani czy Pierre Cardin otworzyli butiki w Pipidówce Niżnej? Skąd ta Francja-elegancja? Wygląd i ubiór tej pani nie wskazywały na to, że po mamusi świetny gust odziedziczyła. Wręcz przeciwnie.

Wszyscy wiemy na czym polegał awans społeczny w PRL’u. Jeśli ktoś myśli, że zmarł śmiercią naturalną – jest w błędzie. Był, jest i będzie. Tyle tylko, że się przekształcił. Zmienił profil. Wtedy oparty był na edukacji. Teraz tylko na finansach. Na szmalu. Na kasie. Wtedy szpanowano tytułami, teraz szpanuje się dobrami doczesnymi. Większy dom. Ilość aut przed domem. Wakacje na Karaibach.

         A „hrabinia” z Pipidówki Niżnej dalej w niewybrednych słowach, nabijała się z koleżanki, że korzysta z „Lumpexu”. Ciekawa jestem, czy przeszło jej przez głowę, że to może właśnie zapobiegliwość i oszczędność owej Danusi umożliwiła jej mężowi zakup trzeciego „trucka”? Szczególnie, jeśli mają kilkoro dzieci. Bowiem dzieci mają jeden niezwykle denerwujący nawyk. Wyrastają. Dzisiaj zakupionym ciuszkom czy buciczkom (jeśli nie ma drugiego dziecka), już za parę miesięcy można powiedzieć: good bye, Fruziu. I lecieć do sklepu po zakup następnych.

W mojej rodzinie, dzieci ubiera się wyłącznie w wyroby firmy OshKosh (jednej z najdroższych na rynku.) Szpaniarze ta moja rodzina! Będę musiała o tym pamiętać, kiedy znowu będę zmieniała testament. W jednym tygodniu, kiedy  6-cioletnia Holly dostała dżinsy, ja także kupiłam sobie modną parę u Searsa. Moje dżinsy kosztowały $9 mniej (przy czterokrotnej ilości materiału.) Jeśli się nadmiernie nie roztyję, moje będą mi służyć latami; Holly swoich po pół roku już nie włoży. Kiedy raz zapytałam, czy nie szkoda im pieniędzy, sądząc po ich oburzonych spojrzeniach, pojęłam, że nie tylko jestem wyrodną głową rodziny, ale już widać wyraźnie, że moje klepki w głowie gwałtownie zamieniają się w próchno.

Tymczasem w normalnym świecie, zaopatrywanie się w rzeczy używane, dawno zatraciło stygmat biedy. Wprost przeciwnie. Panie się licytują, która więcej i taniej coś kupi. Znam panie, które te sklepy traktują jak przygodę. Jak safari. Tak jak myśliwy tropi zwierzynę, tak one szukają (i znajdują) odzież z najelegantszych domów mody. Jaka szkoda, że nie można etykietki Givenchy, Versace czy Gucci nosić nazewnątrz, bo bez nich kto się na ciuchu pozna?  Moja przyjaciółka kupiła świetną bluzkę GAP za jedyne $3, podczas kiedy ta sama bluzka w ich firmowym sklepie kosztuje $45. Znajoma naszego red. J. Wichrowskiego, pani na stanowisku, doskonale zarabiająca, twierdzi, że Value Village to istna grota Alladyna. Tak samo pełna skarbów. Można tam znaleźć rzeczy zupełnie nowe (ze zbankrutowanych firm) i rzeczy na wpół nowe, podarowane. Ja także, co dwa lata – czego nie odddam przyjaciółkom, przekazuję instytucjom charytatywnym jak np. Diabetes Society. Te z kolei  odsprzedają dary (za gotówkę), tym właśnie sklepom. Przy odrobinie polotu i gustu, można sobie skompletować garderobę za wręcz dziecinnie niskie sumy.

Na ulicy Lakeshore mieści się conajmniej 10 sklepów, pod wdzięcznymi nazwami: „New yesterday”, albo „Twice is nice”, czy „Born again”.   Lecz te są na ogół drogie. Są to komisy, gdzie wstawiają na sprzedaż swoje kreacje znane aktorki, żony polityków, dyplomatów; w ogóle panie na świeczniku. W ich świecie, kiecka raz widziana na jakimś balu, jest „spalona”. Jak kwiat jednej nocy, zakwita i zaraz umiera. Zresztą właściciele tych drogich sklepów, wcale nie stronią od zakupów w Value Village. Sukienkę zakupioną za $15, wystawiają w swojej witrynie za $150. I, o dziwo, kupujących nigdy nie brakuje.  Seksapil z czasem przemija. Snobapil – nigdy!

W Londynie jest teraz moda na coś, co się nazywa „dress reversal party”. Jest to gra słów. „Dress rehearsal” znaczy kostiumowa „próba generalna” (w teatrze). „Dress reversal” można przetłumaczyć, acz niedokładnie, jako jakąś odmianę. Odwrót. W tym przypadku - zmianę właściciela. Skrzykują się na party. Każda pani idzie z torbą rzeczy od jakiegoś czasu nie noszonych. Może się jej znudziły. Może przytyła. Może preferuje teraz inne kolory.

Ciuchy rozkłada się na kanapie i każda z pań wybiera sobie to, na co ma ochotę. Kiedy przymierzają, mizdrzą się do lustra, debatują nad wyglądem, panom wstęp jest wzbroniony. Jest dużo śmiechu, jest pyszna zabawa i w sumie, każda pani wychodzi z nową (dla niej) garderobą. Przegrane są tylko panie przesadnie puszyste. Lub za stare na mini.  To co zostaje, oddaje się do Oxfam (odpowiednik naszego Goodwill’a). W ten sposób każdy jest wygrany. To wcale nie jest głupia sprawa i zastanawiam się, czy nie zapropagować by takiej „ciuch party” u nas.

Kupowanie używanych rzeczy nie jest niczym nowym. Skąd by brała się zawartość paczek, wysyłanych rodzinie w Polsce?  Skąd stara ciocia w Chicago czy Toronto miałaby mieć śpioszki czy rajtuzki dla dzieciaków w Pipidówce? Tutejsza wielodzietna biedota jest zmuszona korzystać z tych sklepów. Ta nie ma wyboru. Ale i wykwintna garderoba niejednej elegantki, pochodzi z tych samych sklepów. Tyle tylko, że o tym cicho, sza! To sekret.

Ja od lat noszę w sercu sentyment do jednej takiej „uprzednio kochanej” (czyli używanej) sukienki, która w Kanadzie, przez przypadek, pomogła mi odnaleźć grunt pod nogami.  Odzyskać wiarę w siebie.

Wiele lat temu, w Londynie oczywiście, w ramach jakiejś tam wymiany handlowej, przez jeden miesiąc wszystkie elitarne magazyny w mieście, promowały francuską haute couture.  Przypadek sprawił, że musiałam zatrzymać się na światłach. Leniwie patrzyłam na wystawy. Spojrzałam na witrynę Selfridge’a i....zakochałam się na śmierć. W najpiękniejszej sukni świata. Już sam kolor, to był poemat! Delikatny, tonowany, łososiowy pastel. Materiał zwiewny, no i ten krój! Korsarski kołnierz i kolosalne, bufiaste rękawy z wąskimi mankietami. Bez cięcia w pasie. Suknia uszyta z jednej długości, a jednak w pełny klosz. Wiecie jak to wyszczupla? Rano skoro świt (nno, prawie) ten ekskluzywny model, w milionie bibułek, spoczywał już w moim bagażniku.  Budżet zabiłam, to prawda, ale opłacało się. Suknia wszędzie robiła furorę!

Kiedy pakowałam się do Kanady, nie potrafiłam się z nią rozstać. Przywiozłam ją ze sobą ale tutaj kariery nie zrobiła. Po prostu była za elegancka; nie miałam gdzie jej nosić. Ze złamanym sercem, podarowałam ją córce. Błąd. Moja córka, kiedy nie nosi munduru, ubiera się sportowo. Ona też nie miała na nią zapotrzebowania. Z czasem przyznała mi się, że moja cudna suknia, wraz z jej  rzeczami, wylądowała w sklepie charytatywnym Wincentego a Paulo. W Brampton.

Przez pierwsze dla lata w Kanadzie, byłam jak na bezludnej wyspie. Poza pracą, nikogo nie znałam. Dopiero kiedy zaczęłam pisać do „Echa”, zadzwonił p. Marek, ażeby zapytać, czy nie jestem krewną Mieczysława, jego kolegi jeszcze z uniwersytetu. Kiedy potwierdziłam, że jestem wdową po nim, otworzyły się dla mnie  pierwsze, polskie drzwi  w Toronto.

Państwo Markowie byli już wtedy bardzo wiekowi i schorowani, a jednak kilka razy do roku  podejmowali przyjaciół z iście staropolską gościnnością. Przemili ludzie. Kulturalni, oczytani, cudowni gawędziarze i zawsze tacy pogodni. Skupiali wokół siebie tutejszą śmietankę towarzyską, w której, przyznaję, nie najlepiej się czułam. Nie mieliśmy wspólnego języka. A największy problem miałam z lwicą salonową, niejaką panią Kirą. Zapałała do mnie niezrozumiałą animozją, a ja nie wiedziałam dlaczego. Dopiero później miałam się dowiedzieć, że p.Kira brylowała w tutejszych salonach przez dekady i nie znosiła konkurencji. Ja zaś nie zdawałam sobie z tego sprawy, że w tym skostniałym towarzystwie, niechcący byłam przez pięć minut  świeżą krwią, nowizną, ewenementem i swoistym kuriozum. No bo jak to tak? Jakaś przybłęda zjawia się nagle i robi niepotrzebny szum. Nie przychodzi do nikogo z czapką w ręku po porady;  ba, w bardzo krótkim czasie sama ich w prasie udziela. Jeździ sportowym wozem, jest niezależna, świetnie sobie daje radę.  Nooo, tego było pani Kirze za wiele! Więc się mnie czepiała przy każdej okazji. Robiła sarkastyczne uwagi,  cokolwiek bym nie powiedziała – oponowała.  Osobiste „wycieczki” pod moim adresem zdawały się jej sprawiać niewymowną frajdę. Ale ja nie podnosiłam rękawicy. Patrzyłam tylko na nią rozbawiona, jak bernardyn patrzy na ratlerka, kiedy się stara nań nie nasikać. Ale w duchu wiedziałam, że wnet trzeba będzie się z tego towarzystwa  „wyprowadzić”, bo to nie dla mnie atmosfera.  Ja się nie chcę z nikim licytować. Ja szukam ludzi miłych, niekonfliktowych. 

Żal  mi było zacnych gospodarzy, ale zrozumiałam, że wnet muszę opuścić te gościnne progi, bo mi własnych nerwów żal. Lecz w pewien piękny, lipcowy wieczór, kiedy byłam pewna, że jestem tu już po raz ostatni, inicjatywę przejęła opatrzność. Bowiem pani Kira, ten aribiter elegantiarum tutejszych salonów, ten wzór wykwintu, nie wychodzący z Holt Renfrew (jak twierdziła), jak zwykłe lekko spóźniona dla większego efektu, wparowała do salonu w swej najnowszej kreacji, omal nie parsknęłam śmiechem. Pani Kira miała na sobie....moją suknię! O pomyłce nie było mowy. Przy ochach i achach zgromadzonych, popatrzyła na mnie triumfująco.  Joj! Jak słodka jest zemsta, wie tylko ten, kto jej doświadczył.  

Rozmawiałam z panami o komputerach (temat p.Kirze oczywiście nieznany), więc baba autorytatywnie orzekła, że elektronika to nie jest odpowiedni temat na towarzyskie przyjęcie. Skwapliwie przyznałam jej rację. Po czym podeszłam do niej i poprosiłam o dwa słowa na boku. I konspiracyjnym szeptem, powiedziałam jej w ucho: „ta suknia ślicznie na pani wygląda. Tylko niech pani nie siada z takim impetem. Ta plamka, o tutaj, po lewej stronie, nie jest wcale plamką. Jest artystyczną cerą. Facet mi kiedyś papierosem wypalił. Majątek to załatanie kosztowało.  Ale materiał jest w tym miejscu osłabiony, więc niech pani uważa”.

Tak musiała wyglądać żona Lota, kiedy zamieniła się w słup soli. Otwarte usta i bezmierna panika w oczach. A ja odżeglowałam majestatycznie ku panom i podjęłam przerwaną  rozmowę. O komputerach, oczywiście. Wiedziałam, że odtąd będę miała  babę z głowy. I mam. Do dzisiaj. Omija mnie jak zarazę.

Bo w tamtym towarzystwie  „ciucholandy” oficjalnie jeszcze ciągle uchodzą za dno. Co nie znaczy, że z nich nie korzystają. Tyle tylko, że w największej tajemnicy. I w innym mieście.  A kto nie korzysta, donasza kremplinę.  Tyż piknie!

Nowa  emigracja jest o niebo mądrzejsza i praktyczniejsza.  Wie na co i kiedy kogo stać. Ubiera się doskonale. Aż miło popatrzeć. Jedni odwiedzają butiki. Inni masówki, czyli domy towarowe. Jeszcze inni  „ciucholandy”. Wszak metka to jest tylko maciupeńki skrawek materiału, a skąd pochodzi – to niczyj zakichany interes.