O BREDNIACH ‑ PRZEPOWIEDNIACH.
Dostałam fax. Poirytowana p. Stella, oburzona moim sceptycycznym
nastawieniem do kabalistyki i wizjonerstwa (wyrażonym w jednym z moich
felietonów), obtańcowała mnie jak św. Michał diabła;
odsądziła od czci i wiary za moją, ano właśnie -
niewiarę. Usilnie starając się mnie przekonać jak ważne
i trafne są wróżby, że nie wolno ich bagatelizować, nawiązała
nawet do znanej całemu światu nowojorskiej tragedii z 2001r.
Zacytowała, dawno przez siebie (sic!), jak twierdzi,
napisaną przepowiednię, ”która się przecież sprawdziła”.
I chce wiedzieć, co ja teraz sądzę o
jasnowidzeniu. Przepowiednia jest długa, zaczyna się słowami:
”Nie
minęło wiele lat, znów się zmienił w oczach świat”…(o
reszcie za chwilę)
List
zawierał też parę osobistych wycieczek pod moim adresem, (do których
każdy, przypuszczam, ma prawo, acz wdzięczna bym była gdyby ujęto
je w bardziej wybrednych słowach). Aliści pani Stella ma pecha. Moja
skleroza nie wybuchła jeszcze pełnym płomieniem i, przypadkowo,
zapamiętałam sobie akurat ten epos z przed lat. I tak się
dziwnie składa, że chociaż nie znam prawdziwego nazwiska
tajemniczej p. Stelii, znam wszelako nazwisko prawdziwego autora. Jest nim, ni mniej ni więcej, tylko sam
Tadeusz Różewicz i jest to fragment jego poematu, napisany zaraz po
wybuchu bomby w World Trade Center w lutym 1993r (a nie jakby tego chciała
p. Stella, we wrześniu 2001), podłożonej oczywiście przez
tą samą fanatyczną organizację.
Nie
z nadmiaru gorliwości, ani ochoty niszczenia delikatnej tkanki poezji,
ale wyłącznie z dobrego serca, chciałam powiadomić p.
Stellę, że jakiś tam facet w Polsce, pozwolił sobie na
plagiat jej elaboratu. Niestety.
Nazwisko p. Stelli okazało się fikcyjne. Podany numer telefonu też
”not in service”, czyli - nie egzystuje. Zaś adres i numer telefonu
na faxie, okazał się być sklepem Chińczyka, który za
swojego, chińskiego znaczy się, boga, za cholerę nie rozumiał,
co ja od niego chcę.
Tak
więc nie wiem, kim naprawdę jest p. Stella, ale wcale bym się
nie zdziwiła, gdyby była jedną z tych wróżek, które ogłaszają
się w polskiej prasie i którym ja, ta ”bzidka”, moim sarkazmem i
cynizmem, podważam ich wyrocznie i może (oby!) psuję ich
lukratywny interes. (Chociaż muszę przyznać, że bardziej
od wróżek brzydzę się i boję ”uzdrawiaczy”. Tych
magików, którzy w Mississauga kładą rękę na fotografii
chorego brata i w ten sposób ”wysyłają” magiczne fluidy przez
Atlantyk do, na przykład, Wrocławia. Tanim kosztem, bo tylko $80 (tych
marnych, kanadyjskich), od ręki ”leczą” chorego na raka brata,
zamieszkałego przy ul. Wrzosowej. A co się dzieje, jeśli chory
brat był akurat u lekarza i owe magiczne fluidy nie zastały go w
domu?)
Obcyndalanie
mnie na nic się nie zda. Ja nie zmienię zdania na temat wróżek
i jasnowidzów! Zawsze miałam wątpliwości, co do tej profesji,
ale dopiero na amen przypieczętowała je śmierć księżny
Diany.
To
też dzisiaj, śliczna Diana, zza grobu, posłuży mi jako dowód,
że przepowiednie to brednie i nie należy wierzyć w te banialuki.
Przypomniała mi się Diana, albowiem parę dni temu usłyszałam
w radio krótką wzmiankę o tym, że w Anglii policja zakończyła
swoje wieloletnie dochodzenia i definitywnie orzekła, że śmierć
Diany nastąpiła na skutek nieszczęśliwego wypadku. Sprawa
ma się jeszcze tylko oprzeć o ”coroner’s court” (nie znam
polskiego odpowiednika nazwy tego specjalnego sądu, rozpatrującego
niejasne zejścia śmiertelne) i na tym pewnie księżna Diana
zakończy swą pośmiertną karierę. Może w 10-tą
rocznicę jej śmierci, może, kiedy jej synowie będą się
żenili, padnie jeszcze jeden raz jej imię. Wtedy może prasa
przypomni sobie o niej na krótką chwilę. No cóż! Biedna Diana
przestała być ”news”; przestała ”sprzedawać”
gazety.
No,
a teraz ad rem: teraz moja
argumentacja. Mało kto wie, że w drugiej połowie lat 90 –tych,
za sprawą Diany, ślicznej, zaszczutej i nieszczęśliwej
Diany, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać w Londynie
”Salony Jasnowidzenia”. Diana miała zupełnego zaj... pardon,
świra na punkcie chiromancji. Sekretnie i dyskretnie latała od
jednej wróżki do drugiej. (Jak to się stało, że żadnej
z nich jej własna kryształowa kula nie pokazała całej
hurmy konkurentek?!)
Kiedy
Diana zakochał się w Dodim, namówiła go aby wraz z nią
udał się do ”najgenialniejszej” z nich, którą właśnie
odkryła. Wróżka, Rita Rogers, mieszkała w małej
wiosce, 160 mil na północ od Londynu. Dodi na to ‑ jak na lato.
Ale jak się tam dostać, kiedy na zewnątrz waruje sfora paparazzi?
Wymyślili. Jeden telefon do papy Doddiego i już po chwili, na
trawniku Kensington Palace wylądował zielony helikopter, ze znanym
na całym świecie logo: Harrods.
Zakochani
nie rozumują. Są ślepi i głusi. Nie pomyśleli o
sensacji, jaką wywoła wielki ”zielony ptak” lądujący
na wiejskim skwerku. Ani o tym, że od pół wieku nawet na wsi, każdy
ma aparat fotograficzny, a w latach 90-tych - co drugi nawet kamerę
video. Kiedy oni chyżo biegli do domku Rity, dziesiątki obiektywów
rejestrowało każdy ich krok. Wieczorem zawartość tych
rolek i kaset (odkupionych za niebagatelne sumy zresztą) wraz z
komentarzami ”operatorów”, wydrukowały WSZYSTKIE gazety.
Londyńskie
wróżki, których klientelą była wyłącznie high
society ‑ jasny szlag trafił. Nagle pogodzone, nagle
zjednoczone, zgodnym chórkiem ogłosiły, że każda z nich,
niezależnie od tego, co ta Rita miała do powiedzenia, jest w trakcie
stawiania Dianie nowego horoskopu. Gratis. Opublikują je w codziennej
prasie a czas pokaże, który z nich był trafny. Ergo,
która z nich jest najlepszą wróżką na świecie!
(Nowoczesną Pytią dla możnych?!?)
Poniżej
cytuję niektóre z tych wróżb, które ukazały się wtedy w
brytyjskiej prasie. Podaję oryginalne nazwiska i zawodowe samo‑opisy
tych pań w świecie kabalarskim :
Roz
Poland, fortune teller to the stars, (a
nie mogła się, psiakrew, inaczej nazywać? Przyp. mój oczywiście)
oświadczyła kategorycznie, że Diana z Dodim się pobiorą.
Ale kiedy euforia przeminie, nie będzie szczęśliwa. Diana
przejdzie na mahometanizm, będzie miała z nim jedno dziecko. Dodi będzie
ją zdradzał.
Maureen
Conway, the Royal's clairvoyant, ”widzi”, że
Diana z Dodim pobiorą się, ale dopiero w styczniu 1998. Niestety, nie
będzie to małżeństwo udane. Po dwóch latach Diana się
rozwiedzie i wyjdzie za mąż za rodowitego Anglika.
Nella
Jones, the queen of crystal, nie daje im więcej aniżeli
trzy lata, ze względu na dominującą naturę Dodiego.
Claire
Petulengro, astrologer on UK Living, odradza im małżeństwo.
Ich charaktery nie są zgodne. Diana będzie miała dziecko, ale nie
z nim i to dopiero za dwa lata.
Gypsy
Rosa Lee, psychic, ”widzi”, że Diana będzie
bardzo szczęśliwa z Dodim przez siedem miesięcy, po czym zostawi
go dla kogoś innego. Wyjdzie za mąż ponownie za mało znanego
potentata finansowego w roku 2001.
Tych
przepowiedni było oczywiście dużo więcej. Ale czasu szkoda
na ich przytaczanie. Wszak my już znamy epilog tej ”love story”.
Pieczołowicie przechowywana angielska gazeta, z której spisuję te
dane, nosi datę: 14‑go sierpnia 1997. Od tego dnia, od chwili
publikacji tych bzdur, zegar życia Diany zaczął wybijać
tragiczny, śmiertelny rytm. Dianie pozostało już tylko 17 dni
życia!
Jak
to jest, że te wszystkie ”genialne” astrolożki, wróżki czy
inna cholera, nie ”zobaczyły”, że za dwa i pół tygodnia nie
będzie Diany, nie będzie Dodiego. Nie będzie ślubu. Będą
tylko dwa pogrzeby. Jeden z pompą. Dlaczego ŻADNA z nich nie zobaczyła
śmierci? Kostuchy czekającej na nich w Paryżu? Czyżby
wszystkie miały pęknięte kryształowe kule? Czy tylko brudne?
A może te kule, tak jak ich właścicielki bez sumienia, też
były falsyfikatem, podróbą? Zamiast kryształu, zwykłe szkło?!
Dzisiaj
wszystkim jest znany horoskop Diany. Bez pomocy wróżki, wiemy (z detalami)
jak żyła i wiemy kiedy brutalnie przerwała się linia jej młodego
życia. Jaki z tego wniosek? O czym to świadczy? Chyba tylko o tym,
że my, szczęśliwie, nie znamy ni dnia ni godziny, choć każdemu
– bije dzwon…. Dlatego może lepiej w obecnym klimacie i ogólno‑światowym
niepokoju, żyć dniem dzisiejszym i ”endżojować” to, co
mamy. Bo JUTRO może nie nadejść. Obojętnie czy w 2007r,
2017r, czy później. Pamiętajmy mądre słowa Horacego: CARPE
DIEM (chwytaj dzień, korzystaj z niego)!
Panie‑wróżki
nie mają potrzeby się denerwować. Wszak ja im interesu zepsuć
nie jestem w stanie. Zakładam, że każda z nich widzi jasno w swej
kryształowej (szklanej) kuli, że im klientek nigdy nie zabraknie.
Naiwni – to też ludzie! A kula przecież nie kłamie!