DRAKA O ”BIG MAC ’a”

   

          Na spotkaniu u znajomych, pan Wiesio, pałaszując z widocznym ukontentowaniem chyba trzeciego już hamburgera (oraz czwartą butelkę ”Żywca”), ni z gruszki, ni z pietruszki, oświadczył nagle ex-cathedra, że Big Mac jest mimo wszystko, niebywałym świństwem. Że jego mięso zawiera wszystkie odpadki przemysłu mięsnego. Ścięgna, skórę, organy a nawet kości biednej krowy. Tylko o kopytach nic nie wspomniał.

Nagle rozgorzała żarliwa dyskusja. Ktoś spytał, skąd on to wie z taką pewnością, kiedy nic o tym nie wie konkurencja. Która przecież nigdy nie śpi. Która ze szczęścia by się opluła, gdyby coś takiego mogła udowodnić i nagłośnić. (Jest tajemnicą poliszynela, że wywiad gospodarczy zajmuje kolosalną pozycję w budżecie firm gastronomicznych.) No? No, więc jak to jest? Czy ma na to jakieś dowody? – zapytał ktoś inny. Pan Wiesio nieco się zmitygował i musiał w końcu przyznać, że informacja pochodzi od ”kobity kumpla brata”, osoby bezimiennej, tym samym niewiarygodnej.

          Było urocze popołudnie. W tegorocznym, zimnym lipcu, słonko zaświeciło nam, jak na zamówienie. Nasi gospodarze byli przemili. Kwiaty pachniały. Smakowite mięsko z BBQ, sałatki i inne pyszności radowały podniebienie. Byłam rozleniwiona; nie chciało mi się drzeć gęby, kiedy oni sobie do oczu skakali. Nie chciało mi się też pouczać pana Wiesia, że na Zachodzie, rozpowszechnianie tego rodzaju pomówień, nie dysponując dowodami, nie podając rzetelnego i obiektywnego źródła, takie bezpodstawne rzucanie kalumnii może się kiedyś okazać bardzo kosztowne. Niejeden, silnie uderzony po kieszeni, już się o tym przekonał.

Jadąc do domu, rozmyślałam o tej słownej utarczce. Doszłam do wniosku, że dobrze zrobiłam nie biorąc udziału w polemice z podpitym facetem. Ale napisać o tym powinnam. Może niepotrzebnie porywam się na obronę kogoś, kto tej obrony wcale nie potrzebuje. Ba, nawet nic o niej nigdy wiedzieć nie będzie. Ale ja mam w sobie głęboko zakorzenione poczucie savoir faire i diabli mnie biorą, kiedy ktoś kogoś, bez powodu, o coś pomawia. Tylko dlatego, że ten ktoś odniósł sukces. Kiedy bezsilna zawiść, czy może głupota, promuje krzywdzące plotki (jak te z ust pana Wiesia). Wówczas sumienie nakazuje mi, ażeby gwoli uczciwego spojrzenia na ten fenomen, stanąć w jego obronie.

          Nad kim się tak rozczulam? Ano, nad znanym wszystkim koncernem McDonald’sa. Sieci restauracji rozsianych po całym świecie. Bo w sumie, jednak biedny jest ten McD. Nie ma takiego miesiąca ażeby ktoś, gdzieś, nie oskarżał go o coś. Jedynie cel oskarżenia jest zawsze ten sam. Nadzieja na wielki szmal!

          Nie pamiętam wszystkich spraw sądowych dotyczących McD,  ale niektóre są wręcz niezapominalne. Jak, na przykład, pozew wniesiony przez Hindusów w USA, żądającym wielomilionowego odszkodowania za to, że frytki smażone są wprawdzie w tłuszczu roślinnym, lecz z małym dodatkiem łoju. Dla Hindusów, łój to straszne ziazie! Jako, że pochodzi z krowy. A w Indiach, krowa jest święta. No to co? Co nas obchodzi hinduski rytuał? W Indiach hamburgery robione są z baraniny, kury lub soi, ale my tam nie mieszkamy. Identyczny pozew, wnieśli równocześnie Hindusi w Vancouver (nikt mnie nie przekona, że to nie jest zorkiestrowana kampania), który powinien być oddalony. Albowiem w kanadyjskich restauracjach McD dostępne są informacje, które bardzo dokładnie wyszczególniają wszystkie składniki oraz ilość kalorii każdego dania. Nie wolno Hindusom jeść łoju? To niech nie jedzą! Wszak nikt ich nie zmusza.

          Znany jest ogólnie fakt, że Mennonici (sekta religijna), hołdują tylko zdrowej, organicznej żywności. Znam ludzi, którzy co tydzień zasuwają z Toronto do St. Jacob’s, bez szemrania odwalając te 200km (przy obecnych cenach benzyny, sic!), po to tylko, ażeby zakupić mięso i nabiał na ich straganach. Nikt się zatem nie dziwi, że za te ekologiczne produkty zakupione u Mennonitów, płaci się jak za zboże. A tymczasem ja i moja przyjaciółka, obwożąc gości z Europy (jako cicerone, tamte okolice figurują na mojej liście jako kanadyjskie kurioza), w restauracji McD w Elmira, napstrykałyśmy całą serię osobliwych fotografii. A mianowicie zdjęcia Mennonitek, grzecznie stojących wraz z nami w kolejce po Big Mac’a. Wielodzietne Mennonitki, w pełnym ”umundurowaniu”, czyli w czarnych, długich sukniach, w czepkach na głowie, czarnych butach na płaskim obcasie, wynosiły góry Big Mac’ów. Mamy także zdjęcia ich mężów, czekających na nie cierpliwie na tle ”Złotych Łuków”, na kozłach swych jednokonnych, czarnych bryczek-kibitek. Oni też w pełnej gali. Długie brody, czarne kapelusze z szerokim rondem, długie, czarne surduty. Ciuchy starożytne – posiłek nowożytny. I widocznie zdrowy, skoro Mennonici go konsumują. I dzieci nim karmią. Jeszcze jeden mit diabli wzięli.

          W przemyśle gastronomicznym, McD bezwzględnie króluje jako cel pod względem pomówień. Kilka lat temu, w Londynie zakończył się jego proces z Helen Steel i Dave Morris, dwójką nawiedzonych, którzy koncern McD uważali za Antychrysta. Ich ulotki, rozdawane w setkach tysięcy, twierdziły mniej-więcej to samo, co pan Wiesio. W końcu wkurzony tą szkodliwą akcją, McD pozwał ich do sądu. Proces trwał kilka lat, albowiem oskarżeni, broniący się sami, nie zawsze mieli ochotę pojawiać się na rozprawach. Wodzili wszystkich za nos, podczas kiedy McD zmuszony był utrzymywać sztab kosztownych adwokatów. McD sprawę, oczywiście, wygrał. Ale zwycięstwo było pyrrusowe, bowiem z zasądzonego odszkodowania złamanego centa nigdy nie uświadczył. Niesławny duet nigdzie nie pracował, żył z zasiłków rządowych i groszem nie śmierdział. Można się tylko domyślać, że byli członkami nieoficjalnej armii ”zawodowych protesterów”? Przez kogo (pod stołem) finansowani? Jak to, kogo? Proste. Przez konkurencję!

          A ta afera z głową myszy, znalezionej w Big Mac’u, pomiędzy liściem sałaty a plastrem pomidora? ”Przerażeni” rodzice z miejsca oświadczyli, że będą skarżyć o drobne 8 milionów dolarów. W imieniu ich dziecka, które przeżyło potworny szok. Które na pewno odtąd spać po nocach nie będzie. McD w pierwszej chwili przeraził się nie na żarty, przypuszczając, że to jakiś pracownik, mając jakąś zadrę w sercu, w ten sposób chciał się odegrać. Lecz, nie w ciemię bity kierownik, na wszelki wypadek wezwał policję. Głowa zdekapitowanej myszy wylądowała w laboratorium medycyny sądowej. A tam bardzo szybciutko stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że głowa myszki została pieczołowicie ułożona w bułce, na krótką chwilę przed podniesieniem rabanu. Wzięci na spytki rodzice niedoszłego milionera, z miejsca przyznali się do mistyfikacji, motywując swój uczynek tym, że im forsa jest bardzo pilnie potrzebna, a dla McD taka suma to przecież betka. Kto to słyszy – wont od myszy!

          O starszej pani, p. Stelli Liebeck, która miała nieodparte życzenie pić gorącą kawę w czasie jazdy samochodem, i która oblała sobie podołek ”wrzątkiem” - wie chyba cały świat. Pani Stella żądała US$2.7 miliona dolarów odszkodowania. Wynegocjowała wprawdzie tylko ułamek tej kwoty, ale McD, na wszelki wypadek, znacznie obniżył temperaturę kawy, na czym wszyscy ucierpieli.

          Pan Ceasar Barber żądał wielomilionowego odszkodowania za to, że stołując się (trzy razy dziennie) w restauracji McD, nadmiernie się roztył. Na czym ucierpiał jego wygląd i portfel. Jako, że nieustannie był zmuszony do zakupu nowej, coraz to obszerniejszej garderoby. Wyjątkowo rozgarnięty sędzia, pozew oddalił.

          Pani Veronica Martin zaskarżyła McD o odszkodowanie w wysokości US$110.000 za to, że gorący plasterek ogórka poparzył jej wargi i brodę. Pikanterii tej sprawie przysparza fakt, że jej mąż Darrin jednocześnie złożył pozew na sumę  US$15.000, za utratę usług małżeńskich swej żony. Facet widocznie nie jest zbyt namiętny. Tylko piętnaście tysięcy?! A swoją drogą, chętnie bym zobaczyła jak sformułowany jest ten pozew. Jak w nim określono ”francuską miłość”? Ot, biedaczek! A nie może, cholera, jak wszyscy inni…? Tak jak Pan Bóg przykazał?

Multi-miliardowy koncern McD, pionier i absolutny prekursor wszystkich ”fast food’ów”, jest ofiarą własnego sukcesu. Kiedy w Polsce na SGPiS i innych uniwersytetach znano już termin ”marketing”, w istocie była to tylko teoria. W praktyce, w ówczesnych realiach, ”marketing” sprowadzał się do pytania: rzucą czy nie rzucą? A jeśli rzucili, ustawiała się kolejka i kupowano wszystko. Nawet buty z Chełmka, rozmiar 46. Bo wszystko miało wartość wymienną. Stratą czasu byłaby nauka o reklamie, podaży i popycie, filozofii kuszenia, czy sztuka obsługi, klienta. Coś, co ja na mojej uczelni, musiałam na serio wkuwać przez wiele lat.

          Niejednokrotnie byłam pytana przez Czytelników, czy prawdą jest, że założyciel McD, Raymond Kroc był Polakiem. Nie. Nie był. To tylko my tak bardzo lubimy przyznawać się do wszystkich sławnych ludzi, których nazwiska kończą się na ”ski” czy ”cz” (gdyż oryginalnie nad literą ”c” był mały haczyk i nazwisko wymawiało się: Krocz.) Był pierwszą generacją amerykańskiego Słowaka. Choć nie miał nawet matury, był niezaprzeczalnie geniuszem. Urodził się w Oak Park, Illinois, w 1902r. Dodał sobie parę lat, ażeby móc uczestniczyć w I-szej Wojnie Światowej. Mając lat 15, był kierowcą sanitarki. Po powrocie do USA, imał się wszystkiego. Sprzedawał papierowe kubki, grał w knajpach na fortepianie, pomagał sprzedawać nieruchomości. W 1937r. zaczął sprzedawać maszyny zwane ”Multimixer” służące do produkcji miękkich lodów (shakes). Lody te sprzedawano wszędzie, lecz na ogół zamówienia opiewały na jedną maszynę. Dlatego, kiedy w 1954r. mała, nieznana restauracyjka w San Bernardino w Kalifornii, zamówiła naraz aż 8 sztuk, zaintrygowany Ray postanowił złożyć jej wizytę.

          Był to przełomowy dzień w jego (i naszym) życiu. Z samochodu na parkingu, obserwował nieustający ruch w kafejce. Ludzie wchodzili i wychodzili już po kilku minutach (wówczas w ”diner’ach” rzecz wręcz niesłychana). Sprawdził  zamówienie. Restauracja była własnością dwóch staruszków, Mac’a i Dick’a McDonald. Ray Kroc wszedł jako klient i… stanął olśniony. Natychmiast pojął potencjał tego, co zobaczył. Za jedyne 15 centów, każdy klient dostawał hamburgera w bułce, porcję frytek i ”shake”. Hamburgery i frytki podawane były z kuchni na taśmie. Jeden brat smażył i pakował, drugi nalewał ”shake” i inkasował należność.

          Ray Kroc bez zastanowienia, zaproponował staruszkom kupno ”franchise” (koncesji) na inne stany. Ci zgodzili się chętnie, na pół procenta od dochodu brutto, ale pod warunkiem, że zachowa ich nazwisko. Kiedy po korzystnie ubitej transakcji, siedział znowu w wozie na parkingu, nad dwoma górami w oddali, zachodziło słońce. Pomyślał, że będzie to doskonałe, wizualne logo dla jego nowej firmy. Pierwszą restaurację szybkiej obsługi otworzył w Des Plaines, Ill. Pierwszy, dzienny utarg wyniósł $366.12, co wtedy było majątkiem. Reszta, jest historią!

          Dewizami Kroca były: jakość, czystość, szybkość i niska cena. Do dnia dzisiejszego, zapakowany hamburger na półce, ma tylko 8 minut ”życia”. Niesprzedany w tym czasie, musi wylądować w pojemniku. McD zatrudnia armię lotnych inspektorów, którzy rygorystycznie pilnują jakości dań. Pierwsze wykroczenie kosztuje ajenturę $25.000, drugie $50.000. Trzeciego nie ma. Odbierają koncesję.

          McD stać na niskie ceny. Jest samowystarczalny. Ma własne bydło (hodowane pod kątem jakości mięsa a nie wagi), własne rzeźnie, własne ziemniaki (w Polsce - pół województwa poznańskiego, kontraktowo uprawia kartofle dla McD.) Pierwsze ”oczka” przyleciały oczywiście z USA. Jest to specjalna odmiana ziemniaka, niewchłaniająca za wiele tłuszczu. Dla McD wszędzie kultywuje się lokalnie własną odmianę kruchej sałaty, która za szybko nie wiotczeje. Koncern ma własne piekarnie. Ma własne chłodnie. Korzysta z własnego transportu.

          Przedsiębiorstwo McD jest filantropem na kolosalną skalę. Łoży miliony na dobrobyt dzieci upośledzonych, na szpitale dla dzieci, na badania nad chorobami wieku dziecięcego. Wozi chore dzieci do Disneyland’u, pomaga ich rodzinom. Tylko w samej Kanadzie wydaje miliony na utrzymanie 12-tu ”Domów Ronalda McDonald”, gdzie przebywają okresowo chore dzieci wraz z rodzinami.

          Pierwsza restauracja McD w Kanadzie, otworzyła swe podwoje w 1967r. w Richmond, w Brytyjskiej Kolumbii. Szczyci się tym, że była pierwszą placówką McD poza granicami USA.

          Dzisiaj nie ma chyba kraju na świecie, gdzie McD nie byłby reprezentowany i doskonale prosperował. O czym to świadczy? Że świat jest głupi, a pan Wiesio mądry? Nie sądzę. Sądzę raczej, że pan Wiesio, z przyzwyczajenia, powtarza bezpodstawne plotki. Bo my bardzo nie lubimy, kiedy innym dobrze się powodzi. Jeszcze jedna polska choroba?...